Przejdź do głównej zawartości

ATOMOWY POKER 233

 

            Dwanaście minut później pożegnali uczynnego kierowcę i kierowani już tylko przez Jaroslava zagłębili się w las.

Nie było to łatwe ani przyjemne. Ciemna, pochmurna noc sprawiała, że widoczność powyżej dwudziestu metrów była już tylko iluzoryczna. Chłodny wiatr wciskał się im pod kurtki, zwiastując powoli zbliżającą się, zwykle wcześniejszą w górach niż na nizinach zimę. Głośno szumiały korony drzew, jakby cała przyroda obróciła się przeciwko tej wyprawie. I tylko Jaroslav nie wykazywał żadnego niepokoju. Prowadził pewnie, kierując się sobie tylko znanymi ścieżkami, aż wreszcie po niespełna kwadransie zatrzymał się przed gęstą kępą jałowców.

- To już tutaj. Widzicie tamten głaz?

- Który? – cała trójka wytrzeszczyła oczy.

- Nieco po lewej. Jakieś trzydzieści metrów od nas.

- No, jest. I co z tym głazem?

- Powinien tam czekać „Wolf”. Która to godzina?

- Już prawie wpół do ósmej – w świetle wyglądającego od czasu do czasu zza przemierzających niebo chmur księżyca, Williams zdołał odczytać godzinę.

- W porządku. To teraz cisza. Połóżcie się za tamtym krzakiem i czekajcie. Tak, jakby was tu nie było.

            Cichy gwizd pozostał bez odpowiedzi. Popatrzyli po sobie. Czyżby coś nieprzewidzianego? Skupione na Jaroslavie spojrzenia złagodniały jednak chwilę później, gdy ponowny, głośniejszy już gwizd przyniósł z tamtej strony stosowną odpowiedź. Kilka sekund później ukazała się też stamtąd szczupła ciemna sylwetka, która szybko stanęła przed ich przewodnikiem.

- Spóźniacie się – przybysz popukał palcem w przegub lewej ręki. – Już prawie o pół godziny.

- Nie szalej, „Wolf”. Nie mówiłem, że przyprowadzę ich tu punktualnie na 19.00. Powiedziałem, że po 19.00.

- Niby tak. To co? Gdzie są ci „turyści”?

- Chodźcie. Wszystko w porządku – Jaroslav skinął ręką i zza krzaka podniosły się trzy, przyczajone dotąd sylwetki.

- Oni? – „Wolf” obejrzał ich uważnie, jakby mimo nocy chciał dokładnie zapamiętać ich sylwetki.

- No, co się tak na nas gapisz? Ludzi nie widziałeś? – Kowalsky zareagował pierwszy.

- Nie, dlaczego? Zastanawiam się tylko czy macie odpowiednią kasę – odpowiedź „Wolfa” nie brzmiała zbyt uprzejmie.

- A, o to chodzi… – Williams sięgnął do kieszeni. – Stawka się nie zmieniła? Nadal sto pięćdziesiąt?

- Jak na razie tak. Ale to jest stawka za samo przeprowadzenie przez granicę, z ewentualnym doprowadzeniem do Szklarskiej Poręby. Jeżeli chcecie gdzieś dalej, to dojdzie opłata ekstra.

- A gdybyśmy tak chcieli do samego Wrocławia? – Williams, jak i inni członkowie swojego zespołu cały czas mówił po polsku, wymawiając też w tym języku nową, polską już nazwę miasta.

- O, to będzie co najmniej drugie tyle.

- Co? Przecież to granica jest najtrudniejsza. A od Szklarskiej można już przecież jechać pociągiem. Nie trzeba drałować na piechotę.

- Chyba dawno tu nie byliście – „Wolf” popatrzył jeszcze bardziej uważnie. – Linia kolejowa na trasie Szklarska Poręba – Jelenia Góra jest nieczynna.

- To jeszcze jej nie uruchomiono?

- Co wy? Chyba żeście z księżyca spadli. Zaraz po wojnie ruscy ukradli całą sieć elektryczną. Rozmontowali co tylko się dało i wywieźli do tego ich Sojuza. Rzekomo w ramach wojennych reparacji, ale tak naprawdę była to zwykła kradzież. Przecież wiadomo było, że te tereny przypadną Polsce – przewodnik nie zdobył się na to, aby powiedzieć „nam”.

- A parowozy tam nie jeżdżą? Szyny przecież chyba ocalały? Raczej ich nie wywieźli?

- Owszem, ale w Jeleniej Górze most kolejowy na Bobrze nadal jest zniszczony. Nie wszystko da się tak szybko odtworzyć.

- No, może dość już tego – Jaroslav Pospichal nie zamierzał sterczeć tu w nieskończoność. – Ja zrobiłem swoje i zmykam z powrotem. Wy bawcie się dalej. Złamcie kark! – po kolei uścisnął im dłonie i chwilę później zniknął w ciemnościach.

 

            Pozostali sami. A właściwie nie sami, bo z aniołem stróżem w postaci przewodnika. Tylko dlaczego ten przewodnik tak ich oglądał? I dlaczego właściwie sam siebie nazywał „Wolf”? Obudziło to w nich instynkt samozachowawczy, zwłaszcza gdy padły dalsze pytania.

- To co? Gotowi? Możecie już iść?

- Jasne. To na razie prowadź do tej Szklarskiej. A później pomyślimy co dalej.

- Czyli co? Rezygnujecie z Breslau? To znaczy z Wrocławia – poprawił się szybko.

- Zastanowimy się – Williams nie zamierzał wdawać się w nadmierne dywagacje.

- A w tych waszych tobołach… – „Wolf” wskazał na plecaki. – Macie tam coś ciekawego na sprzedaż? Bo może sam bym kupił?

- Na razie prowadź – Williamsowi coraz mniej podobał się przewodnik. – I co godzinę odpoczynek. Nie mam ochoty, aby w tych cholernych ciemnościach, ktoś z nas ze zmęczenia skręcił nogę.

- Jak sobie chcecie – „Wolfowi” było to nawet na rękę. Bo przecież pod Szklarską miał ich doprowadzić wraz ze świtem. A dalej to już nie jego sprawa. Tam niech się nimi zajmie kapitan Aleksiejew i jego Kałmucy.

 

04.10.1946, wieczór – Niemcy, francuska strefa okupacyjna, wieś w pobliżu Koblencji.

   

            Myśleli już, że nie przyjdą. Bo przecież jeszcze przed dziewiętnastą zapadł zmrok, a jakoś dotychczas nikt się nie pojawił. Jak to mówią, ani widu, ani słychu. Wreszcie, kwadrans po dwudziestej coś usłyszeli. Przywarli do okna, wyjrzeli na zewnątrz. Otwierała się ich furtka, cicho popiskując dawno nie oliwionymi zawiasami. Pojawiły się w niej dwie na ciemno ubrane sylwetki, z których jedna kubek w kubek pasowała do ich listonosza. Przybysze podeszli bliżej i już kilka sekund później usłyszeli ciche pukanie do drzwi.

- Idę! – podchodząc do wejścia Henryk nieco podniósł głos. – Zaraz otwieram – przekręcił klucz w drzwiach i uchylił je szeroko.

- Dobry wieczór herr Haaze – listonosz odezwał się pierwszy, wyciągając dłoń do powitania.

- Dobry wieczór herr Neugebauer – Henryk już wcześniej postanowił być wyjątkowo uprzejmy. – A z kim to jeszcze mam przyjemność? – wskazał na drugiego z gości.

- Alois Gruhn, do usług – przybysz wyrzucił ramię w górę, w geście nazistowskiego pozdrowienia.

- Miło mi – Henryk nie zareagował, wyciągając dłoń do normalnego powitania. – Paul Haaze. Ale te czasy chyba się już skończyły, herr Gruhn? A ponadto jeżeli już, to gdzie całość powitania?

- Całość? – Gruhn nie zrozumiał.

- A gdzie „Heil Hitler”? Bo przecież to dopiero tworzy całość!

- No, tak – Gruhn był z lekka skonsternowany. Ma pan rację. Ale przecież führer już nie żyje. Więc…

- Więc albo pozdrawiamy się w całości i po dawnemu, albo jednak zrezygnujmy z tej gimnastyki – mimo woli Henryk był nieco sarkastyczny. – Bo jeszcze ktoś z zewnątrz zobaczy i …

- Przecież jesteśmy tu sami. Chyba, że nie całkiem…

- Całkiem. Jesteśmy tu tylko we trzech i moja żona. Zaraz przyniesie coś na kolację. 

- O, to świetnie – Neugebauer wszedł im w rozmowę. – Bo przynieśliśmy też to – z kieszeni wyciągnął butelkę wódki. – Na dobry początek!

- Proszę do stołu – Henryk wskazał drzwi do pokoju. – Na początek czego?

- Zaraz sobie wyjaśnimy – listonosz odsunął krzesło od stołu i usiadł jako pierwszy. – O, ale pani szybka, frau Haaze – dodał na widok Trudy wnoszącej półmisek pełen kanapek.

- Coś do popicia?

- Bardzo proszę.

- Kawa, herbata czy może kompot?

- Do tego co przynieśliśmy, to chyba raczej kompot.

- Rozumiem. Zaraz przyniosę.

- Ma pan bardzo sprawną żonę, herr Haaze – Gruhn przyglądał się Trudzie z zainteresowaniem.

- Nie mogę narzekać. Wzajemnie się uzupełniamy.

- Proszę – dosłownie po minucie Truda znów pojawiła się w drzwiach, z dzbankiem kompotu, z kieliszkami i czterema szklaneczkami, po czym również usiadła przy stole.

- A pani też będzie tu z nami? Bo my przecież będziemy omawiać ważne sprawy – Neugebauerowi wychowanemu na przysłowiu, że miejsce niemieckiej kobiety jest w kuchni, kościele i przy dzieciach, nie mieściło się w głowie to co zobaczył.

- Przed moją żoną nie mam tajemnic. Więc albo rozmawiamy we czwórkę, albo wcale – Henryk nie zamierzał ustępować.

- A daje pan gwarancję, że dotrzyma tajemnicy? – Gruhn był również sceptyczny.

- Tak, jak ja sam. I nie zamierzam więcej na ten temat dyskutować!

- Bez urazy, herr Haaze. Skoro tak pan mówi…

- No to do rzeczy, herr Neugebauer!

- Napijmy się najpierw – listonosz otworzył butelkę i rozlał cztery kieliszki. – Prosit!

            Wypili, popili kompotem, zagryźli po kanapce. Wreszcie listonosz zabrał głos.

- Niewątpliwie wiecie państwo, co tu się ostatnio działo?

- Oczywiście. Wszyscy słyszeli.

- No właśnie. Było tu cicho i względnie bezpiecznie, aż do czasu, gdy późną jesienią, albo jak kto chce wczesną zimą ubiegłego roku, pod Koblencją zakwaterowano Marokańczyków. Zaraz też zaczęły się kradzieże, włamania, gwałty, rozboje, a nawet zabójstwa. Najpierw w mieście, bo tam z początku czuli się bezpiecznie. Niemniej jednak powoli zaczęła im deptać po piętach nasza niemiecka policja porządkowa, a później i francuscy żandarmi, zalewani przez ludność cywilną stosem różnych skarg. Zaczęto ich ściślej nadzorować i w końcu przenieśli się bardziej na prowincję. Taką jak tutaj.

- Mówił pan już o tym.

- Mówiłem, ale i nie dokończyłem. Słyszał pan może o Werwolfie?

- O Werwolfie? To chyba wszyscy słyszeli. Wiosną ubiegłego roku minister Goebbels trąbił o tym w radiu dzień w dzień. 

- No właśnie. Zetknął się pan z czymś takim?

- Jakoś nie…

- No to właśnie ma pan okazję!

- Nie rozumiem…

- A co tu jest do nie rozumienia? My jesteśmy Werwolfem!

- Jak to? – mimo, iż wcześniej już domyślali się o co może chodzić, zarówno Henryk jak i Truda zrobili - chyba nawet przesadnie - wielkie oczy.

- Normalnie. Ale teraz musicie przyrzec – z ukrytą groźbą w głosie Gruhn popatrzył na oboje – że nikomu i w żadnych okolicznościach nie zdradzicie treści tej rozmowy. Bo inaczej… – nie dokończył.

- Już dobrze Alois. Oczywiście, że nic nikomu nie powiedzą – głos Neugebauera również w tym momencie miał dziwne tony.

- Przyrzekamy! – po chwili zarówno Henryk, jak i Truda wypowiedzieli to magiczne słowo, po którym atmosfera spotkania wyraźnie się już rozluźniła. A może też miał na to wpływ drugi już kieliszek wódki? Jak było tak było, gdy Neugebauer znów zabrał głos.

- U nas też powstała taka komórka. Z tym, że była to czysta teoria, bowiem nie zdążono nas przeszkolić, zapewnić jakąkolwiek broń czy materiały wybuchowe. Dano nam tylko podręcznik sabotażu, tak zwany „Kleinkrieg”, ale to już była druga połowa kwietnia. Sami więc zorganizowaliśmy sporo amunicji, blisko dziesięć karabinów oraz kilka automatów i pistoletów, po porzucających broń żołnierzach, którym w momencie kapitulacji było już wszystko jedno. Nie podjęliśmy jednak żadnej działalności aż do jesieni ubiegłego roku, kiedy to w odwecie za rekwizycję żywności dla wojska udało nam się podpalić francuski skład paliw. Chociaż wykonanie było amatorskie, naszym ludziom udało się zbiec, a pożar zatarł ślady podpalenia. Nie było więc za to żadnych represji.

- I co dalej? Robiliście jeszcze jakieś akcje?

- Nie. A właściwie, prawie nie. Obserwowaliśmy, analizowaliśmy, ale siedzieliśmy cicho, aż do napadu i gwałtu na pani Rettmann. Wtedy to jeden z naszych, trochę kłusownik ale w porządku, całkiem przypadkowo znalazł się we właściwym miejscu i czasie. Jako weteran frontu wschodniego szybko zorientował się w sytuacji, a że w ręku miał akurat mauzera, bez większego namysłu odstrzelił jednego ze sprawców. Praktycznie, zrobił to nie jako członek Werwolfu po którym tak naprawdę pozostała już tylko nazwa, a jako dobry Niemiec, świadomy obywatel oraz członek samoobrony przed bezprawiem ze strony obcych bandytów w mundurach. A to jest cholerna różnica!

- A my niedługo po tej śmierci przeżyliśmy tu rewizję – wtrąciła Truda. – Przyjechała francuska żandarmeria z oficerem na czele i przeszukali nam zabudowania. Ostrzegali przed jakimikolwiek kontaktami z Werwolfem.

- Wiemy – Neugebauer skwitował to krótko. – Podobnych przeszukań było zresztą więcej. Osoby nie byli w stanie zidentyfikować, wiec zaraz potem przerzucili się na poszukiwanie broni i amunicji. Mało wtedy nie odkryli naszego  wcześniejszego magazynu.

- I co? – dopytywała się Truda.

- Postanowiliśmy go przenieść do lasu. Bo gdyby go odkryli w zabudowaniach któregokolwiek z naszych gospodarzy, to ten człowiek by zgnił w ich więzieniu, o ile oczywiście nie trafił by w końcu pod gilotynę. A w lesie, którego akurat ten fragment formalnie nie należy do nikogo…

- Jak to do nikogo?

- No, niby nie ma tu bezpańskich gruntów, ale ten fragment należy akurat do gminy. Czyli indywidualnie do nikogo.

- Zaraz… – Henryk już zrozumiał. – To wtedy, kiedy po południu przechodziliśmy przez las, wy ukrywaliście tam broń?

- Nie do końca, ale prawie. Właśnie kończyliśmy urządzanie tam skrytki, kiedy to o mało na nas nie weszliście. Zauważyliśmy też, że odkryliście rower w paprociach i nie było już wyjścia. Moi młodsi koledzy nieco spanikowali i bez ostrzeżenia ruszyli do was. Ja akurat nieco odszedłem za potrzebą i nie mogłem natychmiast zareagować.

- Czyli już się wyjaśniło…

- No, prawie. Bo od tej chwili musicie milczeć jak grób. Jesteście względnie bezpieczni, bo jakby co, to nie jest wasz las i nigdy tam też nie chodziliście. Nie mieliście i nie macie takiej potrzeby.

- Jasne – Henryk odetchnął głębiej. – Jakby co, to nie nasze małpy i nie nasz cyrk!

 

Komentarze