Przejdź do głównej zawartości

ATOMOWY POKER 245

 

            - Żyjesz? – dopadł Trudy i przyciągnął ja do siebie. – Nic ci się nie stało?

- Chyba nie – odpowiedź której oczekiwał padła jednak z ust Horsta. – Nie zdążył jej dopaść. Była szybsza o jakąś sekundę.

- Cała – po chwili usłyszeli też jej głos i Henryk głęboko odetchnął. – Potknęłam się tylko o wózek.

- Miałaś dużo szczęścia. Bo kiedy za tobą wyskoczyłem, musiałem się zmierzyć z jeszcze jednym napastnikiem. I wtedy przez chwilę straciłem cię z oczu.

- A propos… – głos  Horsta zabrzmiał niepokojem. – Co z tym drugim?

- Leży nieprzytomny, na podwórku. Zdaje się, że wyrwałem mu ramię ze stawu barkowego.

- Trzeba go zaraz stamtąd zabrać. Kto wie, co jeszcze może wykombinować. Zwłaszcza, że też musiał mieć broń.

- Ale przecież zemdlał.

- Nie szkodzi. Nigdy nie wiadomo, kiedy mu to minie.

- A ten trzeci? – nagłe pytanie Trudy zmroziło Horsta.

- Jaki znowu trzeci?

- No, ten w domu. Ten co dostał siekierą, gdy leżałam pod łóżkiem.

- Rąbnąłeś go pan siekierą? – w głosie Horsta zabrzmiały nutki zaskoczenia i niejakiego uznania. – Żyje?

- Nie wiem. Dostał z całej siły, ale tylko obuchem. W każdym razie padł od razu.

- Trzeba to natychmiast sprawdzić. Bo jeśli by zwiał, to marny nasz los.

- Co pan masz na myśli?

- Jak to co? Jeżeli zwieje i powiadomi swoich, to będziemy ścigani jak wściekłe psy. A gdyby tak nas dopadli, to żywcem wyprują z nas flaki. I to dosłownie, a nie w przenośni.

            Był to argument nie do odparcia. Ruszyli więc ku domowi, ale trzeciego napastnika już nie było! Pozostał po nim tylko krwawy ślad, prowadzący do sąsiedniego pokoju, a stamtąd do otwartego na oścież okna.

- O cholera! – Henryk stanął zaskoczony. – Przysiągł bym, ze jeszcze tu leży.

- Za nim! – Horst nie miał wątpliwości. – Nie może być daleko.

            Faktycznie. Wyskoczyli przez okno i nie ubiegli nawet dziesięciu kroków, gdy w nikłym świetle księżyca zobaczyli upiorną postać. Chwiejąc się na nogach, z twarzą zalaną krwią, obróciła się jednak ku nim, unosząc karabin do strzału. I kto wie, jak by się to skończyło, gdyby nie fakt, że palec szukający spustu po prostu go nie znalazł. Obuch siekiery trafił bowiem bezpośrednio w kabłąk spustu, miażdżąc go i przy okazji łamiąc język spustowy. Jakby nie wierząc własnym zmysłom Marokańczyk gmerał jeszcze przez chwilę przy swojej broni i to wystarczyło. Zanim wpadł na pomysł, aby użyć jej jako zwykłej ale śmiertelnie skutecznej maczugi, już leżał na ziemi przywalony obydwoma biegnącymi za nim postaciami. Chwilę później, walnięty pięścią w złamany wcześniej nos, zachłysnął się krwią i ponownie stracił przytomność.

- Bierzemy skurwysyna! – głos Horsta wybrzmiał jako pierwszy. – Do stodoły z nim. I jeszcze z tamtym przed domem.

Nie było z tym problemu. Poderwał go Henryk z ziemi, zarzucił na plecy i już pół minuty później złożył na klepisku. Równie szybko i skutecznie poszło z nieprzytomnym z podwórka oraz z bronią obu napastników.

- Trzeba ich związać – Horst komenderował z łatwością właściwą doświadczonym dowódcom. – Macie tutaj jakiś dobry sznur?

- Jest tam w komórce – Truda wskazała na budyneczek obok. – Wisi na ścianie, po prawej stronie.

- Przynieś! – głos i spojrzenie ich gościa nie pozostawało wątpliwości, że wypada spełnić to polecenia i już po minucie Truda pojawiła się w drzwiach ze zwojem mocnej linki w ręku.

- Temu z widłami już nie trzeba. Zdechł! – Horst nie miał żadnych wątpliwości. – Ale tym dwóm zboczeńcom wiążemy ręce i nogi. A potem zobaczymy kim są.

- Jak to zobaczymy? Niby w jaki sposób? Szybko się nie obudzą… – spojrzał Henryk na swoją pięść. 

- No jak to jaki? Bardzo prosty. Sięgamy do ich kieszeni i wyciągamy co tam mają. Bo na pierwszym miejscu powinni mieć książeczki wojskowe!

Rzeczywiście. Mocne węzły szybko unieruchomiły nieprzytomnych, a krótkie przeszukanie ujawniło trzy dokumenty tożsamości wypisane w języku francuskim. Chwilę później latarka skierowana na ich zawartość, ujawniła dane leżących pod ich nogami.

- Ten z widłami w bebechach to niejaki Haddad. Kapral – Horst popatrzył na zdjęcie i przez chwilę oświetlił twarz trupa.

- Na to wygląda – Henryk również nie miał wątpliwości.

- Ten z rozwaloną mordą to niewątpliwie Amir Hassan. Sierżant – Horst kontynuował swoje dzieło. – A tamten młodszy, to Yusuf Ali, zwykły szeregowiec. Nie ma co, zgrana paczka – niepotrzebne już dokumenty rzucił na ziemię. 

- To co my teraz zrobimy?

- Teraz? – Horst nie miał wątpliwości. – Musimy stąd spieprzać. Nie da się ukryć ich śmierci i nie da się zatrzeć wszystkich śladów.

- Ich śmierci? – Truda popatrzyła na swego gościa. – Jak to?

- A co pani myślała? Że zostawimy ich przy życiu? Po tym, co chcieli z wami zrobić?

- Ale przecież…

- Nie ma żadnego „ale”, ani żadnego „przecież”! To mordercy i gwałciciele. Jeżeli przeżyją, to nawet gdyby stanęli przed sądem będą zgodnie świadczyć przeciwko nam. Do tego stopnia, iż wyjdzie na to, że to myśmy ich napadli, kiedy przyszli grzecznie prosić o przysłowiową szklankę wody. Przypiszą nam wszelkie możliwe zbrodnie i zakończy się to w jedyny możliwy sposób.

- To znaczy?

- Pod gilotyną! – Horst przejechał palcem po gardle. – Mówi to pani coś?

- Ale przecież nie musimy ich zabijać. Możemy stąd uciec i to jeszcze tej nocy. A zanim ich tu znajdą…

- Dobrze… – dziwny ton w głosie Horsta skierował ich wzrok na jego twarz. – Skoro pani sobie życzy…

- Co pan ma na myśli? – Henryk przeczuwał coś strasznego.

- Wie pan jak dawniej karano gwałcicieli? Już nie pamiętam gdzie, ale kiedyś o tym czytałem.

- Czyli?

- W prosty i skuteczny sposób. Przybijano ich za fiuta do drzewa i wokół rozpalano ogień.

- Palono ich żywcem? – Trudzie zabrakło tchu.

- Niekoniecznie. Każdy z nich dostawał nóż do ręki. Jeżeli zdecydował się uciąć sobie co trzeba, to miał szansę przeżyć. Bez narzędzia gwałtu, ale jednak. A jeżeli nie, no to cóż… Sam wybrał swój los!

- I pan chce…

- Cicho! Któryś dochodzi do siebie.

Skierowane na leżących światło latarki ujawniło niezborne ruchy młodszego z nich. Mając związane z tyłu ręce usiłował powoli przekręcić się na bok, chyba jeszcze nie rozumiejąc, dlaczego idzie mu to tak opornie. Popatrzyli przez chwilę na niego i Horst ponownie zadecydował. – Wody!

- Wody? – głos Henryka nie ukrył zdziwienia.

- Oczywiście. I to takiej zimnej, ze studni. Przecież trzeba ich jakoś ocucić.

            Wyszedł więc Henryk na podwórze i wkrótce pojawił się z pełnym wiadrem, a chluśniecie lodowatą o tej porze roku cieczą przywróciło obu napastników do rzeczywistości.

- I co, zboczeńcy? – francuski Horsta, choć nie najlepszy okazał się dla nich całkowicie zrozumiały. – Zachciało wam się białej kobiety, tyle, że trafiliście nie tam gdzie trzeba i nie na tych co trzeba?

Nie było odpowiedzi. Tylko straszny, pełen nienawiści i chęci mordu wzrok obu delikwentów świdrował z dołu ich twarze.

- Zachciało się wam gwałtu, mordu i rabunku? Co? Odpowiadać! – kopnięty w żebra Ali zajęczał, ale po chwili zacisnął usta i odwrócił twarz.

- Dobrze… – Horst na zamierzał tego przeciągać. – Pani idzie do domu i spakuje rzeczy swoje oraz męża. Nie za dużo, ale w sam raz na ucieczkę. Pieniądze, trochę żarcia i picia, coś do przebrania się. A my tu zajmiemy się resztą.

- Ale dacie im szansę?

- Tak jak już mówiłem. Jeżeli będą mądrzy, mają szansę przeżyć.

Już nie oponowała. Zasłyszane wcześniej opowieści i dzisiejsza nocna napaść, a także zdecydowany ton głosu ich gościa nie dały jej wyboru. Poszła więc do domu, mając tylko cichą nadzieję, że to co właśnie przeżywa jest tylko nocnym, sennym koszmarem. 

- To co? Pomoże mi pan, czy sam mam to zrobić? – głos Horsta dał Henrykowi nieoczekiwaną alternatywę i ten natychmiast z niej skorzystał.

- Nie mam na to ochoty. A zresztą…

- Co?

- Może jednak chcieli nas tylko obrabować…

- Ooo… Niech pan nie będzie taki naiwny. Byłem półtora roku w DAK i tam ich dobrze poznałem. W stosunku do białych to prawie bez wyjątku mordercy i gwałciciele, bez krzty litości czy moralności.

- DAK?

- Nie wie pan co to było? Służyłem w Deutsches Afrikakorps pod dowództwem generała, później nawet awansowanego do stopnia feldmarszałka, Erwina Rommla. Niech mi pan wierzy… Znam tę nację i dokładnie wiem, do czego są zdolni. A wie pan, dlaczego pani Rettmann wylądowała w szpitalu?

- Ta, którą niedawno zgwałcono?

- Dokładnie. Myśli pan, że to się stało z samego gwałtu?

- A niby z czego?

- Mój naiwny przyjacielu… – Horst wpadł nagle w moralizatorski ton. – Pani Rettmann przez dwadzieścia parę lat miała męża i w tym czasie urodziła też troje dzieci, więc mówiąc kolokwialnie, tam na dole musiała być już nieźle rozkalibrowana. Od zwykłego gwałtu nie wylądowała by więc w szpitalu. Ten, który gwałcił ją ostatni, po wszystkim chciał ją jeszcze przebić bagnetem. Przypadek sprawił, że wymierzając cios, dostał postrzał w głowę. Już martwy, opadł na swoją ofiarę i bagnet niestety prawie na pięć centymetrów wbił się jej w pierś. I taka to była historia.

- Nie wiedziałem…

- I o pewnych sprawach czasem lepiej nie wiedzieć. A na razie poproszę o kawałek porządnego kija, sporą szmatę, młotek, parę porządnych gwoździ i jakąś roboczą rękawicę.

- Rękawicę?

- A co? Mam swoją aryjską dłonią dotykać brudnego arabskiego kutasa? Jakaś higiena pracy przecież musi być!

- A ten kij i szmata?

- To proste. Trzeba zrobić dość miękką pałkę i ogłuszyć ich jak świniaki przed zarżnięciem. Inaczej kopali by nogami i nici z naszej roboty. A, i jeszcze jedno. Proszę też przynieść jakieś dwa noże. Nie muszą być specjalnie ostre… – zaniósł się cichym, demonicznym śmiechem. 

            Pięć minut późnej wszystkie zamówione przez Horsta przedmioty znalazły się w stodole. Postał tam Henryk jeszcze przez chwilę, patrząc, jak Horst wyciąga z kąta leżącą tam dotąd grubą, około dwuipółmetrowej długości belkę, owija szmatą końcówkę grubego kija i wali nim w głowę obu delikwentów.

- To co? Zostanie pan jednak? – pytanie Horsta, choć niespodziewane, nie zmieniło decyzji Henryka.

- Nie. Pójdę teraz do żony. Ubiorę się wreszcie jak człowiek, pomogę jej trochę przy pakowaniu i przypilnuję, aby nie zabierała niczego zbędnego. A poza tym, mamy jeszcze czas.

- Jaki znowu czas?

- Do pociągu. Jest teraz – spojrzał na zegarek – dopiero druga. Za półtorej godziny z pobliskiej stacji jest pierwszy poranny pociąg do Koblenz. Wie pan, jeżdżą nim głównie kolejarze, pracownicy elektrowni, gazowni, wodociągów, mleczarni oraz rozwożący na rano pieczywo do sklepów. Do stacji idzie się stąd pół godziny. Proponuję więc nieco zaczekać. Tak, abyśmy mieli tę rezerwę czasową na dotarcie do niej. Pożar, jaki tu wybuchnie, najpierw przyjadą gasić straże pożarne. A kiedy już dojdą do tego, co tu się naprawdę stało, kiedy przyjedzie francuska żandarmeria i wszczną jakiś alarm oraz podejmą nasze poszukiwania, abyśmy byli już daleko. Być może nawet w amerykańskiej strefie.

- Ma pan łeb, panie Haaze. Nigdy bym pana o to nie podejrzewał. Zwykły cywil i takie coś?

- Zwykła logika – Henryk usiłował zbagatelizować nagłe zainteresowanie Horsta. – A pan, niech się za bardzo nie spieszy. Wystarczy, jak załatwimy się z nimi za jakieś trzy kwadranse.

 

Komentarze