Przejdź do głównej zawartości

ATOMOWY POKER 261

 

            26.11.1946 – Stany Zjednoczone Ameryki Północnej, Karolina Północna, Fort Bragg.

 

            - Czy to już? Chyba niemożliwe… Przecież dopiero się położyłem, a ból mięśni nadal czuję w całym ciele – mimo tych, przebiegających mu przez głowę i jeszcze w półśnie myśli, spojrzał Henryk na dzwoniący budzik. – Co? Już szósta? To jakiś koszmar! A jeśli nawet wytrwam do końca tego dnia, będzie to chyba ostatni dzień mojego życia!

Zwlókł się jednak z żelaznego koszarowego łóżka z cienkim materacem, odrzucił z siebie dwa przykrywające go koce. Spojrzał przez okno, gdzie nisko wiszące ołowiane chmury bezlitośnie siekły zimnym deszczem całą okolicę. – Cholera! – pomyślał. – Czuję się trochę tak, jak pod koniec wojny, w obiekcie „Centrum”. Tam też było takie łóżko, twarde drewniane krzesła, tam też było chłodno, wilgotno i ciemno. Tu niby jest światło dzienne, ale przecież o tej porze roku dzień jest już krótszy o ponad osiem godzin. Tak, że zajęcia zaczynają jeszcze o szarówce, a kończą już po zachodzie słońca. – Zajęcia? – pomyślał jeszcze po chwili. – To nie są żadne zajęcia tylko istne tortury, a instruktorzy to jacyś wyrafinowani sadyści. Do dzisiaj pamiętał pierwszy dzień, kiedy to po pozornie krótkim ale morderczym biegu, przyszło mu zapoznać się z pistoletem maszynowym Thompson. Niby instruktor był przyjacielski, trzy razy pokazywał i tłumaczył rozkładanie i składanie broni, działanie wszystkich części i mechanizmów, ale potem nagle dołączył magazynek i bez żadnego ostrzeżenia wpakował w ziemię długą serię, dwadzieścia centymetrów od jego butów! Kompletne zaskoczył tym Henryka, który w pierwszej chwili miał nawet nieodpartą chęć uskoczyć do tyłu, ale też nagle jakiś wewnętrzny głos kazał mu to wytrzymać. Patrzył tylko bez słowa w twarz strzelającego, a gdy ten wreszcie podniósł oczy, spotkali się wzrokiem. I o dziwo, ujrzał Henryk w tym spojrzeniu coś na kształt uznania. Nie trwało to jednak więcej niż kilka sekund, bowiem już chwilę później został przegoniony przez całą długość strzelnicy, aby natychmiast trafić w ręce innego sadysty, bawiącego się zawleczką właśnie wyciągniętą z trzymanego w drugiej ręce granatu. Jak się później okazało, tym pierwszym razem był to jedynie granat ćwiczebny, ale już następne były całkiem na serio. Nie mówiąc już o tym, że następny instruktor potraktował go jako żywy treningowy cel, po komendzie „baczność” obrzucając jego nieruchomą sylwetkę nożami trafiającymi tuż obok w  drewnianą tarczę. I niechby tylko się poruszył… Niespodzianek było oczywiście o wiele więcej, ale czasu na rozpamiętywanie takich przypadków tutaj nie przewidywano. Zajął się więc Henryk poranną toaletą, do której używano tylko zimnej wody, szybko się ubrał w przepocone ciuchy, które jedynie w soboty zabierano do pralni, a następnie zszedł na stołówkę, gdzie zjadł śniadanie ze swoim „aniołem stróżem”, specjalistą od walki wręcz. I jak na razie nie było to miłe towarzystwo, bowiem jeszcze w ubiegłym tygodniu boleśnie się przekonał, że dotychczasowe jego umiejętności są mocno niewystarczające. Niby instruktor był uprzejmy, uśmiechał się nawet podczas śniadania, ale już podczas zajęć żartów z nim nie było. I jeszcze ciągle powtarzał, że to wszystko dla jego dobra!

Ale trudno. Niespełna kwadrans po śniadaniu przyszedł czas na następną porcję tych wątpliwych przyjemności i nauczony dotychczasowym doświadczeniem, już bez żadnych zbędnych wyjaśnień pobiegł Henryk przez grząskie błoto za swoim instruktorem, tym razem zmierzając ku salce, w której przewidziano kurs uwalniania się z różnego rodzaju i wszelkiej konstrukcji kajdanek. Oczywiście dla jego dobra!

 

15.12.1946 – Niemcy, Bremen, amerykańska enklawa w brytyjskiej strefie okupacyjnej, siedziba Wywiadu Armii USA.


- I jak tam nasz doktor, majorze? Jakoś jeszcze żyje? Bo słyszałem, że nikt go tam nie oszczędza!

- Żyje panie generale! Oczywiście! Zaledwie wczoraj rozmawiałem telefonicznie z komendantem ośrodka. Stwierdził, że chociaż nasz doktor nie ma już niestety kondycji dwudziestolatka, ale jednak jest to prawdziwy twardziel. I uczy się przy tym cholernie szybko – McFarland ani chwili nie wahał się z odpowiedzią.

- Czyli do końca marca będzie gotowy?

- Jak najbardziej. Bo skoro jego misję planujemy na kwiecień…

- A ja mam ostatnio pewne przemyślenia.

- Tak?

- Termin kwietniowy jest zbyt wczesny. To przecież góry. Przy gorszej pogodzie może tam jeszcze leżeć śnieg. A to niezmiernie utrudnia działania do jakich chcemy go wysłać. Myślę, że jednak znacznie lepszy będzie maj.

- Może być i maj. Nawet jak tu przyjedzie nieco wcześniej i straci nieco na kondycji, to reszta zdolności pozostanie przecież na wystarczającym poziomie.

- Właśnie. I nie może iść tam sam! – Brown wypowiedział to twierdzenie kategorycznym tonem.

- Dotychczas nie mówiliśmy o tym…

- A powinniśmy. Doszedłem bowiem do wniosku, że jeden człowiek, chociażby perfekcyjnie wyszkolony, to zbyt wielkie ryzyko. Musi mieć jakieś wsparcie. Jakąś swego rodzaju asekurację.  

- A co konkretnie pan generał ma na myśli?

- Muszą iść we dwóch. Doktor Reszka i jeszcze ktoś. Trzeba będzie u nas wyszukać jakiegoś nie rzucającego się fizycznie w oczy człowieka, który bardzo dobrze mówi zarówno po polsku jak i po niemiecku, a jednocześnie jest wszechstronnie wyszkolonym komandosem.

- Co do komandosa sprawa jest stosunkowo prosta. Gorzej będzie z językami. Nie jest to łatwe…

- Wiem. Ale od rzeczy niemożliwych mam właśnie pana, majorze. Czy może się mylę?

- Oczywiście, że nie.

- Co do języka, niech go przeegzaminuje nasz lektor pracujący z doktorem Reszką. Jeżeli stwierdzi, że trzeba go w tym zakresie podciągnąć, to ma jeszcze czas do końca marca, aby wyeliminować ewentualne braki. Może nawet do połowy kwietnia.  

- Czyli jednego?

- Tak. Trzech facetów to już czasem podejrzana sprawa. A jak idzie dwóch, z których jeden tak na wygląd jest zupełnym przeciętniakiem, to co można pomyśleć? Może to sąsiedzi, a może koledzy wracający z pracy lub idący na piwo? Dwójka raczej nie wzbudzi podejrzeń. Aha, i jeszcze jedno. Od tej pory, zarówno dla doktora jak i jego przyszłego partnera, zakaz chodzenia do fryzjera.

- Zakaz?

- A co pan myślał, majorze? Muszą mieć nieco dłuższe włosy, chociażby po to, aby wyglądali jak zwykli cywile. Przecież nie mogą przypominać jakichś rekrutów i w żadnej mierze kojarzyć się z wojskiem. To by mogło budzić niezdrowe podejrzenia.

- Tak jest! A co do tego partnera… Do kiedy mam go znaleźć?

- Za parę dni poleci pan do kraju. Zaraz potem będą święta Bożego Narodzenia. Zazdroszczę. Spędzi je pan z rodziną. Ale po świętach będzie pan miał nie więcej niż dwa tygodnie. I musi to być cholernie dobry wybór. Najpóźniej do piętnastego stycznia ten człowiek ma się już znaleźć w ośrodku szkoleniowym. Ma być cieniem i partnerem doktora Reszki. Do końca marca mają się zgrać i poznać na tyle, aby porozumiewać się bez słów! I to pan za to odpowiada, majorze… Osobiście!

 

14.01.1947 – Stany Zjednoczone Ameryki Północnej, Karolina Północna, Fort Bragg.

 

- Spotkamy się nie wcześniej niż za miesiąc! Pamiętał Henryk te słowa McFarlanda, ale padły one już równo dwa miesiące temu. Jakby całą wieczność wstecz! A tymczasem ani majora, ani żadnych nowych informacji dotyczących jego przyszłości. Wciąż tylko trening i trening. Chyba o nim nie zapomnieli? A tak w ogóle mimo dobrego i obfitego jedzenia, mimo, iż wyraźnie przybyło mu mięśni, schudł już prawie pięć kilo, co instruktor od kondycji raczył niedawno dyskretnie pochwalić. Bo i wyniki biegów, ostatnio nawet na siedem mil były coraz lepsze, mimo wszechobecnie zalegającego śniegu i błota. Ale i jest już pełne dwa miesiące, od kiedy tyra tu jak jakiś niewolnik. Owszem, jak dotychczas nauczył się takich rzeczy o których wcześniej nawet mu się nie śniło. Umiał już ukraść samochód uruchamiając go bez kluczyka, a jedynie stykając odpowiednie przewody, umiał założyć podsłuch w telefonie czy też otworzyć pancerny sejf. Owszem, to ostatnie nieźle opanował już blisko ćwierć wieku temu podczas szkolenia w Polsce, ale po tylu latach okazało się to guzik warte. Brak systematycznego treningu zrobił jednak swoje. Jak to mówią, organ nieużywany zanika… A tak w ogóle… Myślący człowiek czasem jednak potrzebuje jakiejś odmiany, jakiegoś określenia przyszłości. A tu… Nie mogły tego zapewnić nawet codzienne wizyty lektora, po których na początku musiał się zastanawiać, jak to się stało, że jego polszczyzna stała się tak niedzisiejsza. Uczył się jednak tych nowych słów, ich znaczeń, tych dziwnych i wcześniej nieznanych sobie zwrotów, tego akcentu tak odmiennego od jego wieloletnich nawyków. Ale co dalej? I kiedy się to skończy? Tym bardziej więc zaskoczyła go informacja, że McFarland będzie raptem już jutro. I że ma dla niego prawdziwą niespodziankę.

 

15.01.1947, rano – Argentyna, San Carlos de Bariloche, siedziba Martina Bormanna.


- Wszystko zrozumiałeś?

- Jawohl, herr reichsleiter!

- Wyposażenie?

- Kompletne. Na samą podróż mam oryginalny argentyński paszport, specjalnie dla mnie wyrobiony przez jednego z urzędników tutejszego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Facet od lat siedzi w naszej kieszeni i praktycznie jest na każde nasze gwizdnięcie. Wie pan, kto to jest… Esteban Lopez. Kiedyś już się pan z nim spotkał.

- A, tak… Pamiętam – Bormann przez chwile zmarszczył czoło, przypominając sobie niewielkiego, dziwnie ugrzecznionego, gładko zaczesanego do tyłu czarnowłosego Argentyńczyka. Sprawił on na nim wrażenie oślizgłego gada, ale czasem i tacy ludzie są do czegoś potrzebni. Zwłaszcza gdy chodzi o to, aby coś zrobić za pieniądze.   

- Właśnie. Oficjalnie więc, od teraz nazywam się Matias Oviedo, a sam paszport jest nie do podważenia. Jadę tam jako handlowiec, oferujący wygłodzonej i wyziębniętej Europie mięso, skóry i wyroby z wełny. Oczywiście dla bezpieczeństwa mam kilka prawdziwych ofert, z tym, że wszystkie pochodzą z przedsiębiorstw będących naszą zakamuflowaną własnością lub co najmniej kontrolowanych przez naszych ludzi. Możemy przy tym nieźle zarobić i to na nasze tutaj potrzeby, a takie kontakty często też są bezcenne.

- Paszport i legenda oczywiście ważne. A jak tam ta twoja ranka po usunięciu tatuażu z grupą krwi? Goi się?

- Jak najbardziej. Doktor Weber to specjalista z naszej najwyższej półki. Dwa tygodnie od zabiegu, a już tylko z najwyższym trudem można by poznać, że coś mi tam usunięto.

- Świetnie! Bo jakby co, nie możemy ryzykować powodzenia operacji dla tak błahego szczegółu.

- Chyba nie tak błahego… Tatuaż esesmana, to czasem jak wyrok śmierci!

- No, dobrze… A twój hiszpański wystarczy? Bo skoro jedziesz tam jako Argentyńczyk…

- Nie ma obawy. Przecież pan wie, że już jesienią 1936 znalazłem się w Hiszpanii, kiedy to jako jeden z pierwszych ochotników wstąpiłem do Legionu Condor. A nawet po zakończeniu tej misji, jako przedstawiciel RSHA przebywałem tam jeszcze do 1943, kiedy to odwołano mnie do Rzeszy. Przez ponad sześć lat codziennego obcowania z Hiszpanami nauczyłem się go prawie perfekcyjne.

- Słyszałem, że i z Hiszpankami?

- Nie powiem, że nie. Nie mam mentalności pustelnika, a tamtejsze kobiety bywają naprawdę gorące. A co do języka, to jeszcze należy doliczyć okres od września 1944. Sporo się tu obracałem wśród miejscowych i wystarczająco poznałem jego tutejszą odmianę. 

- Dobrze. A reszta? W Niemczech?

- Mam potrzebną wiedzę, pieniądze i dopiero tam nawiążę osobisty kontakt z Gerhardem Moderem. Natomiast on sam - co wiemy jeszcze z wrześniowej rozmowy - jest w stałym kontakcie z byłym pracownikiem działu legalizacji SD. To znakomity fałszerz, a w dodatku zatrudnił się w pewnej dużej drukarni i przez to ma dostęp do wszelkich potrzebnych technologii. Jak trzeba będzie, na Niemcy wyrobi mi nowe dokumenty i to takie, że lepszych nie trzeba.

- A gdyby ktoś jednak podsłuchał te twoje rozmowy? Nie rozszyfruje naszych zamiarów?

- Nie ma obawy. Jeszcze we wrześniu, z Moderem rozmawiałem z zupełnie innego telefonu. Na wszelki wypadek… Niemożliwe, aby ktoś to inwigilował. Teraz i z Fritzem Schaube rozmawiałem tylko o tym, czy może odnaleźli się jacyś nasi starzy przyjaciele. Okazało się, że od półtora miesiąca ma jeszcze jeden namiar na człowieka od Dietricha i przekaże mi go w rozmowie telefonicznej. Ale dla bezpieczeństwa wykonywanej już z terenu Niemiec.

- Moment… – Bormann zmarszczył czoło, usiłując zrozumieć poczynania Manfelda. – Jak już z nim rozmawiałeś, to dlaczego od razu nie wziąłeś tego adresu?

- Ostrożność, herr reichsleiter! We wrześniu podał nam adresy tych dwóch i przepadli jak kamień w wodę.

- Więc jednak boisz się podsłuchów?

- Zawsze trzeba się ich bać… Co prawda nie mamy żadnych sygnałów, aby ktoś tu nas namierzył, ale czasem lepiej dmuchać na zimne.

- A tam na miejscu nikt cię nie namierzy?

- Nie ma obaw. Dzwonić będę z przypadkowej poczty, do której nigdy już nie wrócę. Schaube nie wie i nigdy nie będzie wiedział kiedy i skąd będę do niego telefonował. Żadnych haseł, żadnych terminów, żadnych umawianych miejsc, żadnych innych danych przez telefon, nawet tych zaszyfrowanych. Zaś kontakt z Moderem, dla maksymalnego bezpieczeństwa nawiążę dopiero z budki telefonicznej w Duisburgu.

- Z budki? A dlaczego akurat z budki?

- To proste. Rozmowy międzymiastowe trzeba zamawiać. Zarówno na poczcie jak i w centrali łączności są one odnotowywane. Pozostaje więc ślad. Dlatego właśnie nawet i tutaj, co dwa miesiące zmieniamy nasz numer. Natomiast budka telefoniczna automatycznie łączy rozmowy tylko na terenie danego miasta i nikt tego nie wychwyci. Tak więc do Modera zadzwonię z budki. Zna mój głos, bowiem rozmawialiśmy już przez telefon uzgadniając wrześniowe przedsięwzięcia. Teraz tylko ustalimy miejsce i czas, bowiem hasło wciąż pozostaje to samo.

 

Komentarze