Przejdź do głównej zawartości

ATOMOWY POKER 265

 

- No, mistrzu… Do roboty! – Walker nie zamierzał tracić czasu. – Bo coś mi się widzi, że to nie będzie takie proste.

Rzeczywiście. Pomalowana na ciemną zieleń, bez jakichkolwiek zbędnych zdobień, stała sobie jak gdyby nigdy nic, strzegąc w swych trzewiach nieznaną im zawartość. Walker, który pierwszy raz w życiu był w takiej sytuacji, uważnie patrzył jak kasiarz obejrzał ją naokoło po czym wyrzekł tylko jedno słowo. „Wertheim”!

- Że co?

- Kasa. Wyprodukowana przez firmę, którą jeszcze w połowie ubiegłego wieku założył w Wiedniu Franz Freiherr von Wertheim. Jednym słowem klasyk. O, tu jest nawet tabliczka znamionowa – wskazał na owalny mosiężny kształt, na którym można było odczytać rok produkcji. – 1898 – kasiarz wskazał na dół tabliczki. – Dobry rocznik – zażartował. – Jak wino.

- Ty mi tutaj nie o winie! – Walkerowi aż skoczyło ciśnienie. – Lepiej mów, czy dasz radę ją otworzyć!

- Spokojnie, panie poruczniku… – wyciągając z podwójnego dna pęk kluczy i kilka niewielkich pilników, kasiarz jakby z politowaniem popatrzył na przełożonego. – To model, który już od roku 1863 wyposażony jest w zamki bębenkowe wynalezione zresztą przez naszego rodaka, mechanika i wynalazcę Linusa Yale’a. Stare, ale dobre rozwiązanie. Na tyle skuteczne, że w monarchii Austro-Węgier zakupił je ich Bank Narodowy, Urzędy Podatkowe i liczne instytucje kredytowe. Znam je na wylot. Dwa zamknięcia kluczowe i jedno literowe. Ale i z tym damy sobie radę. Gorzej jest z czym innym.

- Co znowu? – Walker popatrzył na kasę, a później na podwładnego.

- Niby niewiele, ale już teraz proszę myśleć nad planem numer trzy. Kasa ma dospawane wpusty wmurowane w ścianę. Bez kucia muru, na co zresztą nie możemy sobie pozwolić, nie ruszymy jej z miejsca. Więc jakby co, nawet dla niepoznaki nie da się jej ukraść w całości.

- Jak to w całości? I dla jakiej niepoznaki?

- Normalnie. Na przykład na ciężarówce, co by sugerowało zwykły napad rabunkowy zrealizowany zresztą przez dyletantów. Jest też przy okazji ogniotrwała, co eliminuje zniszczenie wnętrza przez jakiś pożar. Nie da się więc wyjąć interesującego nas listu, z powrotem zamknąć kasę i liczyć na to, że po pożarze nikt się nie zorientuje co konkretne z niej zginęło.

- Niech to szlag trafi! – Walker nie potrafił się opanować. – Tak to jest, gdy przełożeni chcą tylko wyników, bez właściwego wcześniejszego rozpoznania i przygotowania. Wszystko na łapu, capu… Ale trudno. Otwieraj ją, a później zobaczymy co dalej. 

- Już działam. Ale od tej chwili proszę być cicho – kasiarz z kieszeni wyciągnął stetoskop. – Bo bez tego nic nie będzie.

Trwało prawie pięć minut, gdy coś cicho szczęknęło we wnętrzu, po czym kasiarz wziął klucze i zabrał się za pozostałe zamki. Tu już poszło szybciej, bowiem po następnych trzech minutach drzwi kasy wreszcie stanęły otworem.

- No, to herr Schaube nieźle się nachapał! – kasiarz pierwszy zajrzał do wnętrza i wziął w dłoń gruby plik reichsmarek. – A tu jeszcze dolary i sowieckie ruble! Czyżby pracował również dla Rosjan?

- Zostaw! Szukamy listu – Walker zaświecił po półkach, ujawniając na dole cztery tekturowe pudełka po butach. Zdjął pokrywkę z jednego z nich i wreszcie zobaczyli to, czego tak usilnie szukali. Listy, rachunki, pokwitowania! Było tego sporo, bowiem zawierały je również trzy pozostałe pudełka, ale szybki przegląd zawartości doprowadził ich w końcu do zamierzonego celu.

- Jest! – kasiarz wyciągnął jeden z listów w kierunku Walkera. – Chyba ten. Znaczek ma naderwany lewy dolny róg!

- Pokaż! – porucznik starannie obejrzał list i schował go do kieszeni, a następnie spojrzał na zegarek. – Już prawie wpół do dwunastej. I mam już właściwy pomysł!

- To co robimy?

- Też pożar, ale nieco inny. Po pierwsze, zabieramy wszystkie pieniądze. Będzie to sugerować zwykły napad rabunkowy. Po drugie, resztę papierów wypieprzamy na podłogę przed kasą i po prostu je podpalamy. Tak jakby ze zwykłego wandalizmu albo z zemsty za mizerny łup. Zaś później do samochodu i odjazd.

- A stróż?

- Co stróż?

- Co z nim? Przecież ogień się rozprzestrzeni.

- Nic mu nie będzie. Budka stoi dobre dziesięć metrów od budynku, więc ogień raczej jej nie sięgnie. Zresztą, jakby co skutecznie go obudzą sygnały dźwiękowe nadjeżdżającej straży pożarnej.

 

            Kwadrans później, kiedy już wskakiwali do ciężarówki, zatrzymało ich głośne „Halt”! I pomimo tęgiego już mrozu zrobiło się im nagle gorąco, bowiem od strony komisariatu zmierzał właśnie w ich stronę dwuosobowy patrol pieszy.

- A wy co tu robicie? Dokumenty!

- Jedziemy do roboty, panie sierżancie – Walker wysunął się lekko do przodu, umożliwiając w tym czasie zajecie elektrykowi miejsca za kierownicą. Kasiarz też nie czekał na rozwój sytuacji rezygnując jednak z wskakiwania pod plandekę i po chwili stał już za plecami porucznika, dyskretnie asekurując go na wypadek niekorzystnego rozwoju sytuacji. 

- Jak do roboty? Co za roboty? O tej porze? Wysiadać! – stojący obok i od początku patrzący nieufnie drugi policjant wskazał na kierowcę i już zaczął odpinać kaburę pistoletu, gdy nagle Walkerowi jak piorun z nieba przyszła z pomocą powoli jaśniejąca z tyłu łuna.

- Jak to jakiej? Do pożaru! O, tam! – machnął ręką za ich plecy. – Jesteśmy  strażakami ochotnikami i właśnie jedziemy po sprzęt do remizy. Zaalarmował nas telefonicznie sam komendant!

Rzeczywiście. Odwrócili się obaj, popatrzyli po szybko potężniejącej poświacie i nie było już problemów.

- No to na co jeszcze czekacie? Jazda stąd i do gaszenia! – zakomenderował wreszcie starszy z nich. – A my też pędzimy na miejsce. Bo kto wie, czy nie trzeba tam ostrzec jakichś ludzi!

 

            04.02.1947, późne popołudnie – Niemcy, Bremen, siedziba Wywiadu Armii USA.


            - To jest ten list? – wchodzący do gabinetu Brown nie bawił się tym razem w żadne uprzejmości.

- Tak jest, panie generale – McFarland położył list na biurko. Dostarczono go raptem czterdzieści minut temu. Już go nawet przeczytałem. I tak jak jeszcze w Argentynie mówił doktor Reszka, jego treść jest zupełnie obojętna. Na pierwszy rzut oka czysto handlowa.

- Czyli ważny jest sam adres?

- Na to wygląda. Od pół godziny zajmują się nim nasi specjaliści. Porównując z danymi z wrześniowych podsłuchów sugerują też, że zarówno miasto jak i ulica prawdopodobnie mogą być prawdziwe.

- Jak to? Przecież wrześniowe sprawdzenia nie doprowadziły do takich wniosków…

- Jednoznacznie nie, ale już wtedy była taka sugestia. Nie zdołaliśmy jej sprawdzić, a tym bardziej potwierdzić, bowiem zmyliło nas fiasko tamtych poszukiwań, a jednoczesne zajęci byliśmy przygotowaniem do naszej, własnej wyprawy. Teraz jednak twierdzą, że na sto procent powinniśmy się skupić na wymienionych adresach. Bo może być tak, że do podanych numerów domów i mieszkań należy dodać lub odjąć jakąś cyfrę. Na przykład cztery czy pięć.

- I dopiero teraz pan mi o tym mówi?

- Przepraszam, panie generale, ale ta analiza pochodzi dosłownie sprzed kwadransa. A ja właśnie czekałem na pana, aby uzyskać zgodę na poszukiwania pod tym kątem. Bo gdyby to wypaliło…

- Słusznie. To o jakie miasto tym razem chodzi?

- Frankfurt am Main.

- A ulica?

- Imienia Richarda Wagnera. Zresztą ulubionego przez Hitlera kompozytora. Adolf regularnie bywał na festiwalach wagnerowskich, organizowanych corocznie i to już od 1876 roku w bawarskim Bayreuth.

- Chodzi oczywiście o tego Wagnera? Od „Cwału Walkirii”?

- Dokładnie tak. A ulica niestety jedna z większych – McFarland wyciągnął z teczki plan miasta i wskazał palcem. – Wygląda na to, że może tam być ze sto numerów.

- Ale przecież do cholery, w adresach nie zaniżyli numerów domów na przykład o pięćdziesiąt czy nawet trzydzieści, bo eliminowało by to wszystkie mniejsze ulice. Więc numer posesji czy mieszkania, nawet jeżeli jest niższy, to tylko o pięć czy ewentualnie o siedem. A tak na logikę, powinien chyba jednak być wyższy. Bo jakby tak ktoś zamieszkał pod numerem jeden, to w jaki sposób zapisać taki adres? 

- I właśnie tą drogą chcemy pójść.

- W porządku – Brown wreszcie usiadł za biurkiem. – Na jutro rano montuj następną ekipę. Co najmniej dziesięciu ludzi. Wyjazd najpóźniej o piątej trzydzieści, bo to jednak kupa kilometrów. Przygotować broń, samochody, sprzęt, środki łączności i co tam jeszcze potrzeba. Zwrócić szczególną uwagę na zasady wzajemnego ubezpieczania się, bo jakby co, nie będziecie tam mieli do czynienia z jakimś zwykłym skautem. Na miejscu nawiązać współpracę i wykorzystać wszelkie dane i informacje frankfurckiej policji oraz ewentualnie rozpoznanie lokatorskie niewątpliwie posiadane przez pracowników poczty, gazowni czy elektrowni. Oni najlepiej znają ludzi i swoje rewiry. Sprawdzić też książki meldunkowe, bo nasz „stary przyjaciel” musiał tam zamieszkać już po piątym września ubiegłego roku. Tak przynajmniej wynika z logiki i podsłuchów. Jak już go namierzycie, warto też będzie odpowiednio porozmawiać z dozorcą domu. Tacy często wiedzą najwięcej. A legenda dla niemieckiej policji może być taka, że poszukujemy niebezpiecznego gwałciciela.

- Jeśli można…

- Tak?

- Z tą niemiecką policją może być różnie. Ne wszędzie zbyt chętnie współpracują. Czasem tylko udają, w rzeczywistości po cichu sabotując nasze polecenia.

- A co to za problem? Wiem, że będzie to swego rodzaju nadużycie, ale powie pan na przykład, że gwałciciel jest pochodzenia żydowskiego. Antysemityzm w nich nigdy nie zginie. Można jeszcze dodać, że ma na sumieniu jedną Amerykankę i co najmniej dwie, albo nawet i trzy rodowite Niemki. Zobaczy pan wtedy jak ochoczo będą współpracować. Rzucą się do roboty jak jakieś charty. Aha, i jeszcze jedno… Jakby co, to chcę tego klienta widzieć tu żywego. Bo rozmowa z nim może być dla nas wielce pouczająca!

- Nie wiem jednak, czy do rana zdążymy. Bo przecież…

- Słucham? – Brown aż podniósł brwi do góry. – My pracujemy w wywiadzie, czy też może w jakiejś cholernej fabryce gwoździ?

- Yes, sir! - McFarlandowi nie pozostawało nic innego, jak tylko potwierdzić rozkaz przełożonego. – Będą gotowi na piątą trzydzieści. Osobiście dopilnuję!

- Chciał pan dodać, że nie tylko dopilnuję, ale osobiście pojadę i na miejscu pokieruję akcją. Oby skutecznie. No! – tymi słowami Brown zakończył pierwszą fazę przygotowań.

 

05.02.1947, południe – Stany Zjednoczone Ameryki Północnej, Karolina Północna, Fort Bragg. 


            - To teraz następny numer – mimo, iż zajęcia trwały już trzy godziny, instruktor od brudnej walki wręcz nie zamierzał odpuszczać wyciągając z kieszeni zwykły ołówek. – Co można z nim zrobić? – spojrzawszy na H – 07 pokręcił przecząco głową i przyłożył palec do ust. – Pytam C – 14!

- Można go użyć jako noża – odpowiedź Henryka chociaż szybka, nie była precyzyjna i zaraz ją uściślił. – Oczywiście nie jako narzędzie tnące, ale kłujące.

- W jaki sposób?

- Można go wbić w oko, ucho, czy też w tętnicę szyjną. Efekt murowany.

- No to spróbuj, C – 14! – rzucił ołówek w jego kierunku. – No, śmiało! – dodał widząc jego wahanie. – Najpierw w oko.

Było tak, jak Henryk się spodziewał. Najpierw blok, zejście z linii ciosu i bolesna kontra, po której wylądował na podłodze.

- Wstawaj. Jaki błąd popełniłeś?

- Atak sygnalizowany?

- Coś koło tego. Owszem, wiedziałem, że celujesz prosto w twarz, ale zawodowca nie zaskoczysz. Widziałeś jak instynktownie uchyliłem głowę? Amator też to może zrobić.

- To jak to obejść?

- Zaraz zobaczysz. A teraz spróbuj w ucho.

Wynik starcia, zarówno ataku na ucho jak i zaraz potem na szyję był taki sam i wstając z podłogi Henryk był już poważnie wkurzony.

- Co, coś nie tak C - 14?

- Wiedział pan, gdzie zaatakuję!

- Owszem, ale na wszystkie te ataki jest co najmniej jeden prosty blok. A co byś powiedział na spód podbródka?

- Też chyba można zablokować.

- Owszem, ale tylko wtedy, gdy od razu zdradzisz kierunek ataku.

- Czyli? – Henryk nie był przekonany.

Nie doczekał się odpowiedzi. Szpic trzymanego przez instruktora ołówka nagle wystrzelił w kierunku jego brzucha, co zmusiło go do ugięcia tułowia, jednocześnie wstawiając szczękę do przodu. Trzymająca ołówek dłoń wykonała jednak błyskawiczny skręt, ułamek sekundy później zatrzymując ostrze na granicy jego podbródka.

- Teraz rozumiesz? Widząc atak na brzuch, instynktownie cofasz go do tyłu. Nie myślisz wtedy o szczęce, którą wystawiasz jak na tacy. A wbity tam ołówek, pióro, śrubokręt czy w ogóle cokolwiek ostrego, eliminuje cię natychmiast. Zrozumiano?

- Yes, sir!

- No! To teraz ćwiczysz to z H – 07. Całą godzinę. A potem przejdziemy do rzucania nożami.

- Nożami?

- A dlaczegóż by  nie? Żebyś się zbytnio nie dziwił, to powiem ci jeszcze jedno. Od jutra rana rozpoczynamy też kurs walki z użyciem prostych, a zarazem podręcznych i powszechnie dostępnych narzędzi gospodarskich. Widły, cepy, kosy, sierpy czy siekiery. Bo i takie umiejętności mogą wam się przydać!

 

Komentarze