Wyszedłszy ze stodoły nie poszedł bezpośrednio do Trudy.
Okrążył dom i upewniwszy się, że przez nikogo nie jest widziany, wziął z szopy szpadel. Chwilę później wbił go w ziemię dwa metry od pnia stojącej tam lipy i wkrótce wydobył stamtąd owinięte w gumę od dętki dwa niewielkie pakiety. W jednym leżące tam już od maja ubiegłego roku oryginalne dokumenty Trudy, w drugim otrzymane od Browna i niedawno zakopane jego dokumenty. Amerykański paszport na nazwisko Henry Reszka, papiery Grzegorza Beresia, jak również oryginalne niemieckie dokumenty tożsamości, w które należało tylko wpisać odpowiednie dane. Na wszelki wypadek starannie zakopał dołek, narzucając na wierzch nieco opadłych, zwiędłych już liści. Wróciwszy do domu ubrał się szybko, wyjął z kredensu nożyczki, kartkę papieru, słoiczek kleju, pióro, atrament i zasiadłszy za stołem rozłożył to wszystko przed sobą .
- Co robisz? – trzy minuty później głos wchodzącej do pokoju Trudy kompletnie go zaskoczył.
- Nic szczególnego. Przygotowuję papiery na nasze dalsze życie.
- Ale to przecież jeszcze te dawne. Te z poprzedniego okresu. Teraz wymieniają je na nowe – podeszła bliżej i popatrzyła na okładkę z zaklejoną już swastyką, lecz dalej widocznym hitlerowskim orłem.
- Owszem, ale z tego co wiem, takie jakie właśnie wypełniam ma jeszcze dobra połowa tutejszych mieszkańców. A po tym wszystkim co tu zaszło i co za pół godziny się tu stanie, nie możemy już używać nazwiska Haaze. Daj mi swoje papiery.
- Ale po co?
- Jak to po co? Jutro, w właściwie już dzisiaj rano, będzie to najbardziej poszukiwane nazwisko w całej francuskiej strefie. Przynieś więc swoje i wraz z moimi spłoną w piecyku. Im szybciej, tym lepiej.
Nie pytała o więcej. Przyniosła i dwie minuty później, wraz z niepotrzebną już, a przy przeszukaniu osób mogącą ich pogrążyć resztą papierów Henryka, płonęły pod kuchnią.
- To jak ja się teraz będę nazywać?
- Ja od tej chwili jestem Alfred Baumert – podsunął jej pod oczy świeżo wypisany dokument. – Ty zaś z powrotem będziesz Gertrudą Kohlert. Wyjąłem z naszej skrytki twoje oryginalne papiery. Swobodnie możesz się na nich poruszać. Jesteś czysta i nikt cię nie poszukuje.
- Ale dlaczego tak?
- To proste. Gdyby jednak mnie zatrzymali, bez względu na to z jakiego powodu i w jakich okolicznościach, ty masz być poza wszelkim podejrzeniem. Nawet zwyczajnie idąc ulicą musimy się więc trzymać co najmniej kilkanaście kroków od siebie. A w pociągu lub autobusie co najmniej kilka siedzeń. Tak, aby nikt nas z sobą nie skojarzył.
- A jakby tak wszystkich legitymowali?
- Tym się akurat zbytnio się nie przejmuj. Masz swoje oryginalne dokumenty, kompletnie nie związane z moimi. A jeżeli już kogoś legitymują, to z reguły nie kobiety. Tutaj zaś masz – wyciągnął do niej spory zwitek banknotów – pieniądze na bieżące potrzeby. Bo jakby co, nawet bilet na pociąg musimy kupować oddzielnie. Oczywiście, dopóki nie znajdziemy się w strefie amerykańskiej.
- Jest tam pan, panie Haaze? – dobiegający z podwórka głos Horsta zakończył tę rozmowę.
- Oczywiście. Zaraz idę do pana.
- No jak tam? – usłyszał już na zewnątrz. – Spakowani, przygotowani?
- Prawie. Żona już kończy.
- To dobrze, bo jest już za dwadzieścia trzecia. Chodźmy więc do tych naszych niewiniątek.
Weszli. Henrykowi od razu rzuciła się w oczy leżąca na środku klepiska gruba belka, na końcach której tkwiły dwie rozkraczone, pozbawione butów i spodni oraz przybite do niej za genitalia, brodate sylwetki. Obaj już przytomni, nienawistnym wzrokiem patrzyli raz na wchodzących, raz zaś na wbite w belkę i sterczące im przed oczami noże. Nie mogli ich jeszcze dosięgnąć, mając ręce związane z tyłu.
- No, zasrańcy! – głos Horsta brzmiał dziką satysfakcją. – Los daje wam dzisiaj niepowtarzalną szansę na ocalenie swojego parszywego życia, ale to od was będzie zależało czy z niej skorzystacie, czy też raczej nie. Bo chyba jednak lepiej żyć bez fiuta, niż umrzeć w płomieniach, co?
Odpowiedzi nie było, więc Horst już nie czekał. Grabiami ściągnął z sąsieka kilkanaście dużych porcji słomy, grubą warstwą rozkładając je wokół leżących. A potem wyjął nóż z kieszeni i leżącym przy belce porozcinał więzy, tym samym umożliwiając im zajęcie postawy siedzącej.
- To co panie Haaze? Pan tu jest gospodarzem i to panu chcieli zgwałcić żonę. Ma pan wiec pierwszeństwo, aby przygrzać naszych gości.
- Nie… Może jednak to pan… Jakoś nie chcę na to patrzyć i nadal nie jestem przekonany, aby w ten właśnie sposób… – skierował się Henryk w kierunku wyjścia i prawdopodobnie ten ruch ocalił mu życie. Bo właśnie w tym samym momencie jeden z noży stojących wcześniej przed Marokańczykami przeleciał mu tuż koło głowy i głęboko wbił się w ścianę, chwilę jeszcze sprężynując.
I to przeważyło… Obrócił się Henryk, zatrzymał. Wyjął z rąk Horsta lampę naftową, podniósł ją do góry i podszedł bliżej. Starannie, w jakiś straszny a jednocześnie dziwnie spokojny sposób, jakby martwym wzrokiem powoli obejrzał obie siedzące przy belce sylwetki i nagle przyjął słownictwo Horsta.
- No, zasrańcy, teraz już nie macie innego wyjścia. Będziecie się musieli podzielić pozostałym nożem.
Popatrzył jeszcze chwilę, nogą przygarnął słomę bliżej nich.
A potem rzucił tam lampę.
Opuszczając gospodarstwo Truda otworzyła jeszcze kurnik. Bo i niby po co narażać niewinne ptaki na śmierć w płomieniach? Wystarczyły już straszne krzyki dobiegające z ogarnianego właśnie ogniem sąsiedniego wnętrza. Wibrowały w powietrzu jakby zwiastując istne piekło, które za nimi zostawało. Obejrzał się Henryk jeszcze raz i drugi na szybko potężniejące płomienie, kiedy nagle otworzyły się drzwi stodoły. Wypadła z nich płonąca na głowie i plecach sylwetka, obydwoma rękami trzymając się za krocze. Nie dotarła jednak daleko, przewracając się przy studni i po kilku drgawkach już tam pozostała.
- Fertig! – brzmiał jedyny komentarz Horsta. – To teraz szczęśliwej drogi. Ja tymczasem wracam do poprzedniej meliny, a wy spieprzajcie stąd jak najszybciej i jak najdalej. Powodzenia!
09/10.10.1946 – Polska, wnętrze góry Moszna, obiekt „Centrum”.
Czekali do samej północy. Planowali co prawda wejść godzinę wcześniej, gdy nagle i zupełnie niespodziewanie Lachmut zaczął mieć złe przeczucia! Nie znał dotychczas czegoś takiego i chociaż swój stan starał się ukryć przed Lischką, wstrząsnęło to nim do głębi. W ciemnościach nocy skalna ściana tworzyła jakieś magiczne, a chwilami nawet wręcz demoniczne kształty, a sama myśl o wtargnięciu w jej wnętrze budziła w nim dziwną i niewytłumaczalną grozę. Wymógł więc na Lischce odsunięcie tej czynności jeszcze o godzinę, starając się w tym czasie uspokoić oddech i odsunąć od siebie wizję kamiennej pułapki. Otarł wreszcie czoło z występującego na nim mimo zimna potu, przeciągnął dłonią po lufie pepeszy i ten gest nieco go uspokoił. Odetchnął jeszcze głęboko raz i drugi, po czy spojrzał na swojego kompana.
- To co? Gotowy?
- Już od godziny. A ty dobrze się czujesz?
- Już tak. Chyba konserwa mi zaszkodziła… – Lachmut kłamał, nie chcąc się przyznać do prawdziwych powodów swojej słabości.
- To trzeba było powiedzieć i iść w krzaki. Jak by ci ulżyło, to od razu byś się lepiej poczuł. Czyli co? Ruszamy?
- Jak byś zgadł. Naprzód!
Podeszli do skały, namacali odpowiedni fragment i Lischka nacisnął mocno. Nic! Popatrzyli po sobie baranim wzrokiem i na to wszystko mieli tylko jedną receptę.
- Może jeszcze mocniej?
Zaparł się wiec Lischka nogami o ziemię, nacisnął mocniej i skała ustąpiła. Coś tam wewnątrz zazgrzytało, ukryty za ścianą hydrauliczny siłownik jakby westchnął i po chwili fragment skały cofnął się w głąb, jednoczesne odjeżdżając w bok. Owionęło ich natychmiast lodowate, jakby grobowe powietrze, niosące ze sobą dziwny zapach pleśni i śmierci.
- To teraz cicho – Lachmut nie miał wątpliwości. – Diabli wiedzą, gdzie oni są i co tam robią.
- O tej porze? – Lischka nie miał większych obaw. – Pewno śpią jak susły, bo przecież musieli być na nogach już od wczesnego rana. Tak samo jak i my.
- Niby tak, ale lepiej być ostrożnym. Idziemy więc na przysłowiowych paluszkach i palimy tylko jedną latarkę. Tak, aby jak najdłużej pozostać niewidocznym i niesłyszalnym.
Ruszyli więc w ciemną otchłań, zamykając jeszcze wejście za sobą. Krok po kroku pogrążali się coraz głębiej, czując mrowienie na plecach, kurczowo ściskając gotowe do strzału pepesze. Zatrzymywali się też co kilkanaście stopni pilnie nasłuchując wszelkich obcych odgłosów, ale jak dotychczas takich nie było.
- Może ich już tu nie ma? Może jest stąd jakieś inne wyjście? – Lischka wreszcie nie wytrzymał. – Bo cicho tu jak w grobie!
- Zamknij się! – Lachmut nie zamierzał tolerować takich dywagacji. – Jak będziesz tak gadał, to rzeczywiście tam wylądujesz. Bo w tej rozgrywce może być i tak, że przeżyje ten, kto będzie umiał trzymać mordę na kłódkę.
Nie usłyszał odpowiedzi więc ruszyli dalej, schodząc jakby do piekła. Nie liczyli schodków, a zresztą żaden z nich nie wiedział, ile tak naprawdę może ich być. Wreszcie po czasie, jakiego żaden z nich nie zdołał by określić, doszli do pomieszczenia z drewnianą ścianą.
- Co to jest do cholery? – Lachmut rozejrzał się dookoła. – Wszędzie skała, a tu jakieś drewno?
- Jak drewno, to coś tam musi być – szepty Lischki, tak jak i jego kompana były ledwie słyszalne. – Poświeć tam lepiej i może się to wyjaśni.
Faktycznie. Z boku znaleźli uchwyt, po pociągnięciu którego trafili do pomieszczenia wyglądającego jak składzik na środki czystości. Z niezbyt mądrymi minami oświetlili ściany, trafiając wreszcie na normalne drzwi.
- Gaszę latarkę – Lachmut natychmiast przejął inicjatywę. – Uchylę lekko drzwi i sprawdzimy, co jest za nimi. A ty trzymaj broń w pogotowiu.
Skrzypniecie zawiasów, mimo iż w ich uszach zabrzmiało jak dzwonek alarmowy, nie wywołało żadnej reakcji. Ciemność za drzwiami była cicha i martwa. Światła obu już latarek wydobyły z ciemności niewielki skalny korytarz z jakimiś wnękami, które po chwili okazały się wejściami do trzech toalet. I dopiero następny korytarz ujawnił właściwy cel ich wizyty. Zasypany wybuchami z obu końców, z jednej strony ujawnił dziwny skalny grób, z drugiej dwoje masywnych, pancernych drzwi. A przy drugich z nich stały butle z gazami do spawania!
- No to jesteśmy na miejscu! – Lachmut nie miał wątpliwości. – Byli tu, ale jeszcze nie wzięli się do roboty. A teraz odpoczywają.
- A skąd wiesz? – Lischka pozostawał sceptyczny.
- Jak to skąd? A popatrz na te butle – światło latarki skierował bezpośrednio na stalowe korpusy. – Wszystko tu pokryte jest kurzem i pleśnią, a na tych butlach prawie ich nie ma. To znaczy są, ale tylko od spodu. Wyżej wyglądają, jakby ktoś dosłownie przed chwilą je wycierał. Głowę dam, że przytaszczono je najdalej kilka godzin temu, a ci, którzy je tu dostarczyli, powycierali je własnymi ubraniami. Teraz zmęczeni, śpią jak zabici. A rano wezmą się za palniki.
- A skąd wiesz, że je tu przytaszczyli?
- To proste. Widzisz tu jakiś wózek transportowy? Gdyby tu był taki, to by go użyli. Musieli więc je nosić i stąd te butle takie powycierane. A wierz mi, że są one cholernie ciężkie. I do tego, nikt nie wpadł na pomysł, aby wyposażyć je w jakieś uchwyty.
- Czyli co? Skoro tak śpią, to od razu ich szukamy? Czy może zaczaimy się w tym pomieszczeniu ze szczotkami i wykosimy ich jak już dobiorą się do środka? Pozwolimy, aby robotę zrobili za nas?
- Zaraz… Daj pomyśleć – Lachmut podrapał się po głowie. – W zasadzie robotę już wykonaliśmy.
- Jak to?
- Normalnie. Jeżeli tylko wykonamy zdjęcia tych drzwi, nawet w tej chwili, to i tak misję mamy już zaliczoną. Wychodzimy na górę i do domu.
- Oszalałeś? A te wszystkie dobra, które możemy stąd sobie wziąć? Te wszystkie waluty, biżuterie i inne cenne przedmioty? Mielibyśmy to wszystko odpuścić?
- Oczywiście, że nie. Tak tylko teoretyzuję. A ponadto jest jeszcze klucz. Ten w szufladzie biura zastępcy dowódcy.
- No i co?
- Jak pokażemy zdjęcia drzwi, to padnie pytanie o ten klucz. I co wtedy powiemy?
- Jak to co? Że go tam nie było!
- Niby tak… Ale jak wyślą jeszcze jakąś ekipę i ta jednak ten klucz tam znajdzie? Nie darują nam oszustwa. Dorwą nas i urwą nam łby przy samej dupie!
- Może i masz rację….
- Czyli nie mamy wyjścia?
- Na to wychodzi. A poza tym…
- Co?
- Jeżeli przytargali tutaj te butle, to znaczy, że o kluczu nic nie wiedzą. Albo też go nie znaleźli.
- Czyli wychodzi na to, co mówiliśmy na początku. Trzeba ich dorwać, ale tak, aby jeden ocalał. I on nam powie to, co chcemy wiedzieć.
- A jak będzie uparty?
- Nie takich kiedyś zmuszaliśmy do mówienia… Co? Już zapomniałeś jak się to robi?
- Jasne, że nie.
- No to wykażmy się cierpliwością. Bo coś mi się wydaje, że o tym kluczu wiemy tylko my, ale jak teraz zaczniemy go szukać, możemy wpaść w niezłe gówno. Nie wiemy gdzie są, czy któryś z nich nie czuwa i zawsze może się coś zdarzyć, co sprawi, że to nie my, ale oni nas zaskoczą. A tak… Jak byśmy nie kombinowali, wiemy, że wcześniej czy później muszą przyjść właśnie tutaj, pod te drzwi. Zaczaimy się więc w tym składziku ze szczotkami, poczekamy aż wezmą się do roboty i bez zbędnych ceregieli skosimy dwóch z nich.
- Nie poczekamy, aż wejdą do środka?
- A po co? Trzeci nam powie co trzeba i też dostanie w łeb. A potem już pójdziemy po klucz.
- A jak od razu przyjdą tu z kluczem? Albo jakimś wytrychem?
- No, co ty? Jakby mieli coś takiego, to nie targali by tych butli. Ale teraz koniec już tych dywagacji. Idziemy do składziku i czekamy. Widziałem tam w kącie jakieś szmaty, więc na zmianę będzie można się nawet położyć, przykryć i nieco przespać. Chcesz pierwszy spać czy może czuwać?
- A która jest w tej chwili i po ile proponujesz?
- Praktyczne pierwsza. Po półtorej godziny?
- Dobra. Śpię pierwszy – Lischka szybko wybrał zmianę korzystając z propozycji i licząc na co najmniej dwie tury snu. – A potem działamy tak, jak właśnie ustaliliśmy.
Otworzył oczy, ale nic nie zobaczył. No tak… Idąc spać, ze względów bezpieczeństwa ale i z oszczędności, zgasili wiszącą na ścianie lampę naftową. Zakopali się pod ściągnięte z kilku pomieszczeń koce i nawet nie wiedząc kiedy, zasnęli kamiennym snem. Ale która to teraz może być godzina? Krzywiąc się na samą myśl wyciągnięcia ręki spod nakrycia, Moore przełamał się wreszcie i sięgnął w bok. Od razu poczuł wilgotny nieprzyjemny chłód, lecz już w następnej sekundzie na stojącym obok łóżka krześle dłoń jego trafiła na prostokątny kształt latarki i odnalazła niewielki włącznik. Przesunął go w dół i w tej samej chwili ciemną przestrzeń zalał wąski promień żółtawego światła, ujawniając dwa sąsiednie łóżka i chrapiących w nich jak smoki kompanów. Świecąc ku podłodze, zbliżył latarkę do przegubu lewej dłoni i mrużąc odwykłe od światła oczy spojrzał na zegarek. – No, ładnie… – pomyślał po chwili. – Śpimy jak susły, a tu wkrótce piąta! Niby na zewnątrz jeszcze ciemna noc, ale gnijemy w tych łóżkach już prawie siedem godzin, a robota czeka. Bo tak naprawdę to nie wiadomo, ile trzeba będzie pokonywać te drzwi. A jak się okaże, że mają z dziesięć cali grubości? Słyszał już o takich przypadkach, gdy bankowe skarbce zamawiały sejfy o podobnej specyfikacji. To ile wtedy trzeba będzie walczyć z palnikiem w dłoni? Może nawet do samego wieczora! Jednym słowem trzeba wstawać, coś zjeść i do roboty! Zastanawiał się jeszcze przez chwilę jaką pobudkę urządzić pozostałym, gdy nagle Williams przekręciwszy się na bok otworzył oczy i spojrzał w jego kierunku.
- To która?
- Czwarta czterdzieści pięć.
- No to żeśmy nieźle pospali. Chyba wystarczy?
- Myślę, że tak.
- O czym tak rozmawiacie? – z drugiej strony dał się słyszeć zaspany jeszcze głos Kowalsky’ego.
- Że trzeba wstawać. Niedługo piąta.
- A taki miałem piękny sen…
- Zostaw go na lepszą okazję. Bo teraz czeka nas robota.
- Jak mus, to mus! – Kowalsky przeciągnął się jeszcze, aż zatrzeszczały mu kości i wyskoczył spod koców jak na sprężynie. – To kto robi żarcie?
- Jak to kto? Ja dowodzę, a Moore będzie pruł drzwi. Więc wychodzi na ciebie!
- Wiedziałem! – wskazany zrobił kilka przysiadów i włożył na siebie kurtkę. – Teraz idę się odlać, umyję ręce pod kranem i już się biorę.
- To mamy tu wodę? – Moore spojrzał zdziwiony.
- Jakimś cudem jest. Kapie z kranu i to całkiem nieźle. Wydaje mi się, że to wody gruntowe, przedostające się do pękniętej prawdopodobnie po wcześniejszych wybuchach rury. Odkryłem to wczoraj, gdy poszedłem się odlać.
- A czemu nie powiedziałeś?
- Jakoś wyszło mi z głowy, gdy zobaczyłem te klucze w węźle łączności. A zaraz później poszliśmy spać.
- Dobra. Idź już i zaraz bierz się do roboty. My w tym czasie zapalimy ze dwie lampy i też pójdziemy przemyć oczy.
Dwadzieścia minut później przeżuli ostatnie kęsy chleba z konserwą i skupili się przy kuchence spirytusowej, nad którą bulgotała już woda w litrowej menażce. Zważywszy na panujące wokół warunki i czekający ich spory wysiłek, wrzucili tam podwójną porcję kawy oraz półtorej porcji cukru, odczekawszy nieco wypili gorący jeszcze napój i pobudziwszy w ten sposób otępiałe zmysły wyruszyli wreszcie w dół.
Komentarze
Prześlij komentarz