18.10.1946, popołudnie – Niemcy, francuska strefa okupacyjna, granica ze strefą amerykańską.
Stanęło na jednym. Ponieważ kontrole praktycznie już ustały, Truda mogła jechać jako zwykła i elegancko ubrana pasażerka, na swoich autentycznych dokumentach.
Oczywiście nie sama. Czuwać miał nad nią zaufany człowiek, na co dzień niemiecki policjant z Koblenz, utrzymujący służbowe kontakty ze swoimi odpowiednikami w strefie amerykańskiej. Nie było to zbyt trudne ani podejrzane, bowiem bratanek Neugebauera był przecież oficerem policji. Nieco więcej zachodu było z Henrykiem, ale i tu znaleziono rozwiązanie. Wyrobiono mu dokumenty pracownika kolei, ubrano w wyszmelcowane ubranie, naciśnięto na czoło czapkę z daszkiem i wysmarowano gębę kawałkiem węgla. Tak ucharakteryzowany znalazł się teraz w tendrze lokomotywy, zmierzającej na północ w kierunku Bonn.- No, dawaj ojciec! – młody pomocnik maszynisty nie miał ani za grosz szacunku dla szuflującego węgiel Henryka. – Bo jak tak dalej pójdzie, to staniemy w pół drogi!
- Zamknij się! – wtajemniczony w sprawę starszy już wiekiem maszynista nie zamierzał tolerować wyskoków młokosa. – Bo jeszcze chwila i sam pójdziesz tam zapieprzać!
Faktycznie. Niby podłoga w tendrze była nieco nachylona w kierunku lokomotywy, co znakomicie ułatwiało zsuwanie się węgla, ale robota ta wymagała specyficznych zdolności. Przestrzeni było mało i chociaż szufla miała krótkie stylisko, nie było łatwo właściwie nią operować. Dopiero po kilku minutach i przy właściwym ustawieniu nóg, udało się Henrykowi dostosować swoje ruchy do bezproblemowego podawania węgla. Cieszyła go ta robota po trzech dniach bezczynnego siedzenia w stogu słomy, kiedy to w nocy musiał wychodzić, aby choć trochę się rozprostować. A jeszcze coraz bliższa perspektywa wyrwania się z tej francuskiej pułapki? I to jeszcze z Trudą, podróżującą raptem trzy wagony dalej? Szuflował więc bez protestów, mimo narastającego bólu w ramionach. – No, cóż… – pomyślał. – To i tak jest niska cena za możliwość wyrwania się na wolność.
- Hamuj! – dotarło wreszcie do jego uszu polecenie wydane pomocnikowi. – Zaraz będzie granica strefy. Zobaczymy, ile będą nas tu trzymać.
- Ile? – młodemu zdawało się, że zjadł wszystkie rozumy. – Według rozkładu, mają na to dziesięć minut.
- Oj, żebyś się nie zdziwił. Kiedy jechałem tu tydzień temu, trzymali nas prawie pół godziny. Legitymowali wszystkich w pociągu.
- Obsługę też?
- Jak byś zgadł. Wszyscy i to bez wyjątku musieli okazać dokumenty. Dwoje pasażerów nawet zatrzymali. Mężczyznę i kobietę. Ale teraz podobno już się poprawiło. Zabrano Marokańczyków.
- To oni też tu byli?
- Jak najbardziej. Wzmocniono nimi patrole graniczne. Ale od trzech dni jakoś ich wycofano. Nie wiem dlaczego – maszynista rozłożył ręce.
- To chyba jednak będzie tak, jak mówiłem! – młokos z tryumfem w głosie zakończył dyskusję. – Bo na peronie nie widzę żadnych patroli.
Patrole jednak były. Tyle, że spośród pasażerów legitymowano już tylko mężczyzn. Obsługi pociągu nie sprawdzano i rzeczywiście po planowanych dziesięciu minutach cały skład ruszył dalej, wjeżdżając do strefy amerykańskiej.
Na stacji w Bonn zakończyli tę maskaradę. Wydobył Henryk spod sterty węgla spory pakunek z zawartością nowych czystych ubrań, zorganizowanych i ukrytych tu wcześniej przez Neugebauera i jego ludzi. Zaprowadzony przez maszynistę do służbowej umywalni zmył z siebie ciemne węglowe zacieki i po dwudziestu paru minutach wyszedł stamtąd jako zupełnie inny człowiek. Ze skórzaną teczką w dłoni, w szarym szykownym garniturze, brązowych pantoflach, ciemnym płaszczu, takimż szaliku i brązowym kapeluszu na głowie wyglądał na jakiegoś ważnego urzędnika czy naukowca. I takim właśnie chwilę później zobaczyła go oczekująca w dworcowej poczekalni, równie szykownie ubrana Truda.
- No, nie! – mało nie parsknęła śmiechem. – Gdybym nie wiedziała, że to ty, to chyba bym cię nie poznała!
- A to jest bardzo pozytywny objaw. Bo właśnie dokładnie o to chodzi.
- Ale co teraz? – rozejrzała się wokoło. – Obce miasto i niedługo noc. To co robimy?
- Jak to co? Kiedy się ma pieniądze, można robić wszystko. Na początek bierzemy taksówkę i każemy się wieźć do jakiegoś dobrego hotelu. Wynajmujemy dwie jedynki - naturalnie obok siebie - a potem idziemy do restauracji na dobrą kolację. Z szampanem!
- Dwie jedynki? Jak to?
- Normalnie. Dokumentów państwa Haaze już nie mamy. Spłonęły pod kuchnią, a według papierów jesteśmy teraz osobami obcymi. Nikt by nas nie zameldował w dwuosobowym pokoju. A przynajmniej nie w żadnym lepszym hotelu.
- A noc…
- Noc i tak spędzimy ze sobą. A jutro być może czeka cię naprawdę duża niespodzianka!
Rozdział V
Nowe rozdanie.
19.10.1946, rano – Polska, Jelenia Góra, siedziba Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego.
- Siadajcie, towarzysze! – prowadzący naradę popatrzył wokoło wzrokiem zimnym jak syberyjska noc. – W obliczu aktualnej sytuacji, kiedy to mimo szeroko zakrojonych działań nie osiągnęliście żadnych założonych i oczekiwanych przez nas rezultatów, z upoważnienia samego Ministra Bezpieczeństwa Publicznego mam przeprowadzić działania zmierzające do ustalenia winnych. Jeżeli ktoś tego nie rozumie, to powiem jaśniej. Mam was rozliczyć. Bo chyba wiecie, że nie ma wam tu czego gratulować. Minęły prawie dwa tygodnie i pozytywów żadnych nie widać. Owszem, ogólnie rzecz biorąc chwilowo poprawił się stan bezpieczeństwa oraz spadła ilość pospolitych przestępstw, ale w tym konkretnym przypadku naprawdę nie o to chodziło. Co z tego, że niejako przy okazji ujęto takiego czy innego zwykłego złodzieja lub przemytnika? Co z tego, się pytam! – prowadzący naradę wyraźnie podniósł głos. – Zapewniano nas, że zbrodnicza dwójka z przejścia granicznego w Zgorzelcu, kiedy to zamordowano radzieckiego oficera i przy okazji jeszcze niemieckiego strażnika, zostanie ujęta. I co? Gdzie oni są? A tajemnicza trójka, która przeszła przez granicę pod Szklarska Porębą i rozpłynęła się jak we mgle? Myślicie może, że byli to zwykli turyści, co? Pokażcie mi areszt, w którym oni siedzą!
Zapadła cisza. No bo kto i po co miałby się narażać na pierwszy gniew specjalnie przybyłego aż z Warszawy generała? Siedzieli więc milcząc, z częściowo spuszczonymi głowami, nerwowo wertując przywiezione ze sobą sprawozdania i notatki, z których tak naprawdę niewiele wynikało. Oczywiście statystyki były świetne. Miały chronić ich tyłki, tym bardziej, że oczekiwanych przez przełożonych rezultatów jakoś nie było. Milczeli więc dalej, licząc na to, że to nie oni a któryś z sąsiadów zostanie jako pierwszy wywołany do odpowiedzi. Na razie jednak generał ponownie zabrał głos, widząc atmosferę panującą na sali.
- Milczycie? I słusznie, bo ja tu nie widzę żadnego usprawiedliwienia. Tym bardziej, że w waszych szeregach ujawniono istny burdel! Tak jest! Burdel! – wykrzyczał to prawie i sięgnął wreszcie po szklankę z herbatą, która od początku narady zdążyła już lekko wystygnąć. Upił łyk, skrzywił się i sięgnął do cukiernicy, sypiąc do szklanki aż cztery łyżeczki.
- Nigdy nie był w burdelu… – siedzący przy końcu stołu szpakowaty major szepnął do swojego sąsiada.
- A skąd to wiadomo? – odpowiedział szept.
- To proste. Burdel, to z reguły wzór ładu i porządku. Bo gdyby tak nie było, to nic by tam nie działało. A tu, to co najwyżej można mówić o jakimś pieprzonym bałaganie!
- Cisza tam! – dobiegł ich po chwili rozgniewany głos. – Jeszcze nie skończyłem. Przyjdzie czas, to udzielę wam głosu!
Zamilkli. A chwilę później, gdy przełożony otworzył swą teczkę i wyjął z niej kilka gęsto zapisanych kartek, słuchali dalej.
- Jest tu przedstawiciel Milicji Obywatelskiej? No, proszę… – ironia przełożonego aż biła po uszach. – To może mi towarzyszu wyjaśnicie, jak to się stało, że wasi funkcjonariusze z posterunku w… - chwilę szperał w papierach, aż wreszcie znalazł właściwą informację - w Szyszkowej, zostali okradzeni z broni służbowej i wszystko na to wskazuje, że w stanie kompletnego upojenia alkoholowego? Tak, alkoholowego! W cholerę poszły trzy pepesze z zapasem amunicji. W dodatku wbrew obowiązkowi nie zgłosili tego faktu i gdyby nie nasze nadzwyczajne działania, nigdy byśmy się tym nie dowiedzieli! Milczycie? Ja już pomijam, że wcześniej odkryli w lesie magazyn żywnościowy Werwolfu i zrobili sobie z niego swój prywatny sklepik. Prokuratura już się zajęła tą sprawą i mogę was zapewnić, że spędzą w więzieniu długie lata. W dodatku stwierdzam, że w waszych strukturach nie ma i nie było żadnego przepływu informacji. Każdy sobie rzepkę skrobie. Dodatkowo okazało się, że w Szyszkowej skradziono też dwa rowery. Nie zgłoszono tego również. I co? Nie sądzicie towarzysze, że mogło być to sprawką tych dwóch morderców - mówię dwóch, bo trzeci rower, mimo, iż sprawny, uszkodzili i porzucili - którzy dzięki temu uzyskali znakomity środek lokomocji? Cichy, mobilny, nie wymagający żadnego paliwa. A kilka dni później patrol Wojsk Ochrony Pogranicza ujawnił w lesie właśnie dwa ukryte rowery. Co prawda przy południowym zboczu góry Moszna, czyli już poza rejonem naszych wzmożonych działań, ale jednak. A tak przy okazji? Co dalej z tymi rowerami?
- Pilnujemy ich, towarzyszy generale. Zorganizowaliśmy w pobliżu zasadzkę i czekamy. Ktoś w końcu musi po nie przyjść.
- A jak nie przyjdzie? Bo może zostały po prostu porzucone!
- Wzięliśmy pod uwagę i takie rozwiązanie, ale to mało prawdopodobne. Porzucić takie dobro? Na naszym terenie to zbyt cenny towar. Równie dobrze można by przyjąć, że we Wrocławiu ktoś, ot tak sobie, pozostawił na ulicy dwa motocykle. Albo nawet i samochód osobowy. Nie, towarzysze… To się wydaje zbyt nieprawdopodobne – przedstawiciel WOP – u rozejrzał się wokoło widząc potakujące kiwania głowami.
- No, dobrze. Chociaż to nie zostało spartolone. Ale nie sądzicie towarzysze, że te sprawy mogą być ze sobą powiązane? Tym bardziej, że ta góra leży w samym centrum podziemnych tajemnic i sztolni pozostałych po byłej już III Rzeszy! I oczywiście obie służby o tych wydarzeniach nie raczyły wzajemnie się poinformować. To co ja mam sądzić o waszych działaniach? Bo ewidentnie ktoś tu zaniedbał stworzenia jakiegoś centrum czy sztabu zbierającego informacje, analizującego je i koordynującego wzajemne działania. Zabrakło jakiegoś pomyślunku, co? Czy te dwa fakty są ze sobą w jakiś sposób powiązane, teraz już nie stwierdzimy. I to jest wasza wina, zwłaszcza w sytuacji, kiedy na wyniki naciskają nasi radzieccy towarzysze. No, co tak otwieracie oczy? To naprawdę niespodzianka, że za wszelką cenę chcą ująć morderców swojego oficera? Prowadzą też działania dziwnie korespondujące z innymi naszymi zainteresowaniami, wyprzedzając nas przy tym co najmniej o krok. Nie dalej jak dwa dni temu rozpoczęli ponowną eksplorację walimskich sztolni, a ich ludzie intensywnie patrolują w tej chwili tamtejsze rejony. I co? Nawet nie wiecie dlaczego!
- Nie poinformowali nas o tym? – odważył się zapytać jeden z obecnych.
- Nie muszą i chyba nie trzeba tłumaczyć z jakiego powodu. Wy skupcie się na tym, co sami spieprzyliście. Teraz zarządzam małą przerwę, abyście to sobie wszystko przemyśleli. A za piętnaście minut będę was wzywał pojedynczo.
Narada trwała aż do późnego popołudnia i mimo nacisków generała nic mądrego już nie wymyślono. Kilku niewinnych ukarano dla przykładu, oficjalnie zakończono też dotychczasowe działania, w zamian jednak pozostawiając pewną furtkę. Na podstawie bieżących analiz oraz dyrektyw z Warszawy zarządzono utrzymanie zasadzki przy rowerach, wzmożone patrole Wojsk Ochrony Pogranicza, Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego i Milicji Obywatelskiej w okolicach góry Moszna oraz terenów przyległych, a także comiesięczne odprawy na ten temat. Do odwołania!
Komentarze
Prześlij komentarz