Przejdź do głównej zawartości

ATOMOWY POKER 255

 

            19.10.1946, południe – Niemcy, Bonn, amerykańska strefa okupacyjna.


            - Smakowało? – pytanie Henryka było cokolwiek retoryczne. Jak mogło nie smakować, gdy spali prawie do dziewiątej, razem wzięli prysznic, następną godzinę namiętnie się kochali i dopiero gdy naprawdę poczuli wilczy głód, zeszli do hotelowej restauracji.

- Nawet nie wiesz jak bardzo! – Truda dopijała filiżankę kawy. – No, może z wyjątkiem tego pierwszego posiłku w stogu słomy, kiedy naprawdę już myślałam, że chyba umrę. Jadłam wtedy jak dzikie zwierzę!

- Przecież mówiłem, że ci na to nie pozwolę. Jak dobrze pójdzie, przed nami jeszcze wiele lat.

- Razem?

- Oczywiście, że tak. A wyobrażasz sobie cokolwiek innego, po tym co wspólnie przeszliśmy?

- Wiesz przecież, że nie. A tak przy okazji… Powiedziałeś wczoraj, że czeka mnie duża niespodzianka…

- I dotrzymam słowa.

- Teraz?

- Nie całkiem. Bo w tym celu najpierw musimy się udać na Pocztę Główną. Wykonam tam pewien telefon. A jutro będziemy musieli przemieścić się gdzie indziej.

- Daleko?

- Jakieś trzysta pięćdziesiąt kilometrów na północ. Albo raczej nieco na północny wschód.

- To będzie pewno z pół dnia jazdy pociągiem.

- A kto powiedział, że pojedziemy pociągiem?

- No, chyba nie weźmiemy taksówki… Samochodu też nie kupisz.

- Może i  nie kupię, ale myślę, że ten samochód jednak się znajdzie. I kto wie, czy nie ze swego rodzaju eskortą honorową.

- Żartujesz?

- Nie! Mówię poważnie.

- Czy to znaczy, że i tu nam coś grozi?

- Raczej nie, ale tam, gdzie chcę cię zabrać, będzie bardziej bezpiecznie… – Henryk nie chciał już rozwijać tematu, nad którym głowił się przez cały czas ich niedawnej ucieczki, a analiza ich położenia wskazywała na jedno. Do Polski nie ma już co wracać. Bo i cóż by tam robił? A Truda? Jak by ją przerobić na Polkę, tak, aby komunistyczne służby nie miały żadnych podejrzeń i nie wpadły na ich trop? Bo przecież gdyby wpadły, gdyby odkryto jego prawdziwą tożsamość, po długotrwałych i nieludzkich torturach skończyli by pewno z kulą w potylicy, w piwnicach jakiejś katowni komunistycznego UB. A nawet gdyby jakimś cudem przekazano go Sowietom, to co? Miałby ich doprowadzić do tych trzech atomowych bomb pod górą Mulenberg? Zdradzić tajemnice, przekazać części, technologie, pomóc zaszantażować albo nawet i zniszczyć wolny świat? Nie, to zupełnie nie wchodziło w grę. W Niemczech też by nie było lepiej, co już odczuł na własnej skórze. Wcześniej czy później został by zdemaskowany i diabli wiedzą, jak by się to skończyło. Wyjechać gdzieś? Przecież na pewno nie do Ameryki Południowej. Tam już był spalony i gdyby tylko wpadł w łapy ludzi Bormanna czy Manfelda, cało by z tego nie wyszli. A jak by już wyszli, to tylko jak ten nieszczęsny Wirth, za burtę i do wody, z kamieniem u stóp pozbawionych palców za pomocą gazowego palnika! Cóż więc pozostało? Niewątpliwie tylko Ameryka Północna, a generał Brown był jedyną osobą, która mogła mu to załatwić. I Trudzie również.

- Zamyśliłeś się przez chwilę… – dotarło nagle do niego.

- Owszem. Myślałem już o naszej jutrzejszej podróży.

- A później?

- Zobaczysz!

 

            Pół godziny później znaleźli się w holu poczty. Przejrzał Henryk książkę telefoniczną, sprawdził nazwy i adresy funkcjonujących w mieście hoteli, następnie zaś podszedł do okienka i poprosił o rozmowę międzymiastową.

- Dokąd?

- Bremen. Numer 11 - 22 - 47.

- Zapisałam – sucha odpowiedź urzędniczki kazała mu się upewnić, czy nie będzie tu tkwił w nieskończoność.

- A długo będę czekał?

- O tej porze? Chyba nie dłużej niż parę minut. A rozmowę przełączę na kabinę numer trzy. Proszę usiąść tam obok i spokojnie czekać.

   

19.10.1946, wczesne popołudnie – Niemcy, Bremen, amerykańska enklawa w brytyjskiej strefie okupacyjnej, siedziba Wywiadu Armii USA.


            Nuda! A w dodatku upłynęła dopiero połowa dyżuru. Jak przetrwać tę drugą, siedząc samotnie w telefonicznej centrali? Wypił już dwie kawy, posłuchał radia, przeczytał gazetę. Oczywiście nie jednym ciągiem. Przez pierwsze godziny, jak co dnia łączył sporo rozmów wewnętrznych, nie mając nawet paru minut na spokojne wyjście do toalety. Kończyło się to około czternastej, kiedy to panowie oficerowie wychodzili na obiad. Oczywiście z wyjątkiem oficera dyżurnego, będącego w służbie tak samo jak i on. – No, ale teraz już z górki – pomyślał  sierżant Benjamin Harris patrząc na wiszący nad biurkiem duży zegar. Służbowy telefon przestał się grzać, a ten drugi, cywilny, stojący przy końcu biurka nie powinien dzwonić. Nie powinien, bo chyba jeszcze nigdy nie zadzwonił. W każdym razie Harris nie słyszał o takim przypadku. Zamontowano go w połowie września, zaraz po ponownym przybyciu generała Browna z Ameryki. Pod szklaną podkładkę na której stał, wsunięto ściśle tajną informację dotyczącą hasła, które ktoś i kiedyś mógł podać. – Ktoś, kiedyś, mógł? – pomyślał znowu Harris. – Nie było jednak wiadomo kto, kiedy i czy w ogóle kiedykolwiek. Nie ma się więc co przejmować – odchylił fotel w tył, oparł stopy o blat biurka i wziął w dłonie pismo z krzyżówkami. Może chociaż w ten sposób dyżur minie szybciej.

            Nagły, ostry i niespodziewany dzwonek telefonu poderwał go na równe nogi. Bo i dźwięk, do którego się przyzwyczaił, był zupełnie inny. Ten zaś pochodził z cywilnego, jakby martwego dotychczas aparatu i w jednej chwili Harris wiedział, że to już nie będzie rutynowa służba. Zerknął jeszcze na instrukcję i zgodnie z jej dyspozycją powiedział do słuchawki coś, co od początku wydawało mu się po prostu głupie.

- Kwiaciarnia Magnolia, słucham…

- Dzwonię z salonu obuwniczego – usłyszał w odpowiedzi. – Czy to pan zamawiał brązowe buty firmy Bata, numer czterdzieści dwa i pół?

- Chwileczkę. Zaraz przełączę do szefa – złapał za słuchawkę służbowego telefonu, wcisnął czerwony przycisk i słysząc głos oficera dyżurnego, niezbyt regulaminowo, ale skutecznie wypalił jednym tchem – „Panie poruczniku! Mamy wreszcie telefon w sprawie tych butów! Przełączam!”.

 

            Oficer dyżurny znał swoje obowiązki. I chociaż generał Brown służbowo przebywał w Londynie, pod ręką był przecież major McFarland. Tyle, że on też chwilowo był nieobecny. Kilka minut wcześniej wyszedł na obiad, a w żadne szczegóły tej sprawy nikogo więcej nie wtajemniczono! Podjął jednak słuchawkę i znów padło umówione hasło.

- Kwiaciarnia Magnolia, słucham…

- Dzwonię z salonu obuwniczego. Czy to pan zamawiał brązowe buty firmy Bata, numer czterdzieści dwa i pół?

- Tak. Pokrótce wiem o co chodzi. Ale jest pewien problem. Nie ma tu w tej chwili ani numeru pierwszego ani nawet drugiego, a tylko oni mogą rozmawiać w tej sprawie. Więc może zadzwoni pan później? Powiedzmy, za jakąś godzinę?

- Nie bardzo… – słychać było, że rozmówca po drugiej stronie westchnął cicho. – Ale proponuję inne rozwiązanie. Proszę przekazać, że buty będą do odbioru jutro, o godzinie trzynastej. W Bonn, na parkingu przed hotelem Central. Ma po nie przyjechać przynajmniej numer drugi. Osobiście. Tylko proszę się nie spóźnić! – porucznik usłyszał już tylko trzask słuchawki i nastała cisza.

- „Proszę się nie spóźnić”? Ciekawe co to za facet, który tak kategorycznie wydaje polecenia, jakby był nie wiadomo kim… I jeszcze śmie dyrygować majorem, będącym tutaj prawą rękę generała Browna! Ale skoro wyznaczył spotkanie, to trzeba działać natychmiast – i nie czyniąc już dalszych dociekań, porucznik odwrócił się do pomocnika.

- Ściągaj mi tu majora McFarlanda. Natychmiast!

 

            19.10.1946, wczesne popołudnie – Niemcy, Bonn, amerykańska strefa okupacyjna.


            Wychodząc z kabiny, Henryk napotkał baczny, ale i zaniepokojony wzrok Trudy.

- Henryku, co się dzieje? Stałam tu i co nieco słyszałam. O co chodzi z tymi butami? Przecież ty nimi nie handlujesz. I dlaczego są do odbioru pod hotelem Central? Przecież mieszkamy w Kapitolu!

- To tylko dla zmyłki, gdyby ktoś podsłuchiwał. A ten Central? To dodatkowy środek ostrożności. 

- Ale mówiłeś jeszcze o jakimś numerze drugim…

- To jeszcze jedno zabezpieczenie. Bo tego gościa akurat znam osobiście. Ale o tym wszystkim opowiem ci może kiedy indziej.

- A kiedy?

- Kiedy? Jak już stąd bezpiecznie wyjedziemy.

 

            19.10.1946, wczesne popołudnie – Niemcy, Bremen, amerykańska enklawa w brytyjskiej strefie okupacyjnej, siedziba Wywiadu Armii USA.


            - Przepraszam, panie majorze! – pomocnik oficera dyżurnego wyprężył się na baczność, mimo, iż znajdował się w kasynie, a oficer do którego się zwracał, jadł spokojnie drugie danie. – Jest prośba o pilne zgłoszenie się do oficera dyżurnego.

- Nie widzisz, że jem? No, co tam się urodziło?

- Nie wiem. Oficer mi nie przekazał. Powiedział tylko, że prosi o pilny kontakt.

- To nic nie wiecie co się stało?

- Nic. Odebrał tylko jakiś telefon i polecił pana ściągnąć. Powiedział, że natychmiast. Aha, i jeszcze jedno… Rozmowę zaczął jakby pracował w jakiejś kwiaciarni. Podał nawet jej nazwę. „Magnolia”!

- No to czemu mi od razu tego nie mówisz? – McFarland zerwał się zza stolika, zostawiając na talerzu połowę steku. Wytarł usta papierową chusteczką, podciągnął pas i rzucił krótkie polecenie. – Idziemy!

 

            Dziesięć minut później działał już jak w transie. Telefon do Browna, dyspozycje dla garaży, kompletowanie sprzętu i ekipy. A potem jeszcze osobiste sprawdzenie wykonania poleceń. I gdy wreszcie wszystko było gotowe, pozostała ostatnia sprawa. Sprawdzenie mapy, która wykazała, że mają jutro do pokonania blisko trzysta pięćdziesiąt kilometrów! – Ile ? – w pierwszej chwili zaskoczony tą liczbą, sprawdził jeszcze raz, ale nic nie chciało się zmienić i McFarland musiał się pogodzić z tym, że będą w drodze dobre sześć godzin. A z uwzględnieniem godzinnej rezerwy nawet siedem. O której więc muszą wyjechać? Skoro „Janus” wyznaczył godzinę trzynastą, wyjazd musi nastąpić już o szóstej. Półgodzinna rezerwa na sprawdzenie gotowości to piąta trzydzieści. A sama pobudka jeszcze godzinę wcześniej! Niech to szlag trafi! Wstawać o tak barbarzyńskiej godzinie, do tego jeszcze o tej porze roku w całkowitych ciemnościach? – Trudno. Ale jak mus, to mus… – i McFarland, który nie znosił wczesnego wstawania, musiał zaakceptować takie rozwiązanie. Tym bardziej, że chodziło o kogoś naprawdę ważnego!

 

            20.10.1946, godzina 13.00 – Niemcy, Bonn, amerykańska strefa okupacyjna.


            - Widzicie go gdzieś? – major McFarland siedział jak na szpilkach, spoglądając na zegarek, którego wskazówki właśnie dochodziły do trzynastej.

- Nie, panie majorze! – pozostałych dwóch ludzi obecnych w samochodzie raz wpatrywało się w otoczenie, a raz w umieszczoną na desce rozdzielczej fotografię krótko ostrzyżonego, około czterdziestoletniego blondyna. – Druga  ekipa też chyba nie – jeden z nich popatrzył po trzech mężczyznach rozstawionych w pobliżu jako dodatkowa obserwacja i ubezpieczenie, ale ci również jak dotąd rozglądali się bezowocnie nie podejmując żadnych dodatkowych działań. – A jak ten gość po prostu nie przyjdzie?

- Nie kracz! – McFarlanda aż podniosło. – I zajmij się tym, co masz robić!

Zamilkli. Tylko wskazówki ich zegarków jakby na próżno przeskoczyły godzinę trzynastą, bo nadal nic się nie działo.

 

            - Najadłaś się? – Henryk z uśmiechem popatrzył na Trudę. – Bo z tego co widzę, nasi przyjaciele już są i pewno się też niecierpliwią. Przyjechał nawet numer dwa. Tylko nie mogę ci zagwarantować, że dysponują kuchnią równie dobrą jak ta tutaj – kończyli właśnie obiad, spoglądając przez przesłonięte firanką okno na parking przed hotelową restauracją. Ciemny ford stał z boku, w pobliżu kręciło się też trzech mężczyzn, mimo parszywej wietrznej pogody nie wyglądających na takich, którym by się gdzieś spieszyło.

- To co? Idziemy? – Truda spojrzała pytająco.

- Chyba tak… – Henryk podniósł rękę do góry. – Kelner! Proszę rachunek!

 

            - Szefie! To chyba ten! – kierowca siedzący obok McFarlanda wskazał palcem na wysokiego mężczyznę wychodzącego z hotelowej  z restauracji. – Ale jest z nim jeszcze jakaś kobieta.

- Chyba nawet wiem jaka… – McFarlandowi właśnie spadał kamień z serca. Blisko dwa miesiące poszukiwań nie dało żadnych rezultatów i ostatnio nawet Brown zaczynał wątpić w skuteczność ich działań, gdy nagle wszystko się odwróciło. Tyle, że to sam „Janus” nawiązał z nimi kontakt. Ciekawe dlaczego… Nie było jednak czasu na dalsze rozważania, gdyż obserwowana para zmierzała prosto do ich samochodu, a chwilę później otwierający tylne drzwi mężczyzna popatrzył po wnętrzu krytycznym wzrokiem.

- Ciasno będzie… – skwitował pokrótce.

- Smith! Do drugiego samochodu! – polecenie McFarlanda zostało natychmiast wykonane i stojąca obok auta para bez zwłoki zajęła wolne już siedzenie.

- Witamy mister Reszka! – major odwrócił się do nich, wyciągając dłoń na powitanie. – Rozumiem, że tajemnicza pani jest tą, o której wcześniej nie chciał pan rozmawiać. Nawet z nami.

- Dobrze pan myśli. I dopóki na zajedziemy na miejsce, niech pozostanie panią „X”.

- W porządku. Ruszamy – zwrócił się do kierowcy. – Bo zanim zajedziemy, będzie już wieczór. A i generał będzie na nas czekał.

- Generał? – wyrwało się Trudzie.

- Dokładnie tak. Ale o tym jak również o wydarzeniach ostatnich dwóch miesięcy, będziemy mogli porozmawiać wyłącznie na miejscu i wyłącznie w obecności generała. Na razie zaś proponuję kontemplować krajobraz. Jest tu parę miejsc, które warto by kiedyś zwiedzić. Oczywiście wyłącznie turystycznie.

 

Komentarze