- Oczywiście z moimi inicjałami? MB?
- Oczywiście. Hasło będzie potrzebne, bowiem jakoś jeszcze nigdy osobiście się z nim nie spotkałem. A co do reszty? Musiano by mnie permanentnie śledzić praktycznie stąd aż do samych Niemiec, a i tam na bieżąco oraz bez żadnej przerwy. W dodatku, aby posłać za mną ogon ktoś musiał by znać moją nową tożsamość, a na chwilę obecną znają ją tylko trzy osoby. Pan, ja oraz urzędnik, który mi te papiery wystawiał. Pan mnie nie zdradzi, ja sam siebie też, więc ewentualny przeciek mógłby nastąpić tylko ze strony tego Argentyńczyka. Ale on wie, że moja dekonspiracja to jego śmierć.
- A tam w Niemczech? Zagrożenia rozpoznane?
- Jest lepiej, niż jeszcze niedawno moglibyśmy przypuszczać. Przecież pan doskonale wie, że od pierwszego stycznia tego roku połączono strefy okupacyjne Anglików i Amerykanów. Powstała tak zwana ”Bizonia” i wewnętrzna kontrola na tym terenie zmalała niemalże do zera. A to stwarza nam w tych strefach praktycznie nieograniczone możliwości działania.
- Pięknie… Czyli wszystko dograne?
- Jak najbardziej. Bilet na statek do Europy też już załatwiony. Odpływam za tydzień z portu w Buenos Aires. Niecałe trzy tygodnie atlantyckiego rejsu i powinienem już być w Hamburgu.
- W porządku. Tylko nie zapomnij na bieżąco informować mnie o nawiązaniu kontaktów i przebiegu misji. Tak, jak to wcześniej rozkazałem!
- Jawohl, herr reichsleiter! Jako przedstawiciel handlowy będę dzwonił do Buenos. Do firmy „IMPA” Fritza Mandla. Przecież sam dyrektor oraz jego osobista sekretarka pracują tam dla pana. Mamy z nimi ustalone hasła i zwroty na wszelkie okoliczności, więc będzie wiadomo jak mi idzie. Rozmowa będzie pozornie handlowa, a oni wszystko będą zapisywać i natychmiast tu przekazywać. Zestawienie tego wszystkiego ma pan już w szufladzie biurka. A ja powinienem się odzywać co najmniej raz na miesiąc.
- Dobrze. Organizując tam naszą misję skorzystasz z zasobów, które dotychczas pozostają w dyspozycji Modera. I tak jak już uzgodniliśmy… Tym razem musi się udać. Odpowiadasz za to głową, Manfeld!
- Jawohl, herr reichsleiter! Ale…
- Co ale? Jakie ale? Co ty znowu kombinujesz?
- Chciałem tylko przypomnieć – Manfeld grał tu o własną skórę – że jak na razie - a to przecież pańska osobista decyzja - jest to misja praktycznie rozpoznawcza. Dopiero po jej wynikach - i to dla nas korzystnych - będziemy mogli myśleć o ewentualnych dalszych przedsięwzięciach, a w tej sytuacji nie mogę za wszystko osobiście odpowiadać. Do Polski przecież nie pojadę i to chociażby z tego powodu, że prawie nie znam ich języka. Przez cały czas mojej służby pracowałem tylko na kierunkach zachodnich. W tej sytuacji mogę tylko wybrać ludzi i działać z terenu Niemiec. Ale na resztę nie mam już żadnego wpływu.
- Nie przyjmuję tego do wiadomości, Manfeld! Słyszysz? Nie przyjmuję! Masz do dyspozycji wszelkie środki i zostało tam jeszcze sporo naszych ludzi, z którymi Moder ma bieżący kontakt.
- Z tym, że raczej nie jest to ta kategoria, co ludzie z dywizji „Brandenburg”. Owszem, niektórzy są cholernie dobrzy, ale jak się sprawdzą na terenach okupowanych przez Polaków? Ręczyć można tylko za tego gościa z ekipy Dietricha. Oni wszyscy dobrze znali język polski.
- To już twoja w tym głowa, Manfeld. I pamiętaj. Oczekuję tylko na pomyślne wiadomości. Maksymalnie do końca maja!
15.01.1947, południe – Stany Zjednoczone Ameryki Północnej, Karolina Północna, Fort Bragg.
- Proszę… Proszę panie Henryku! – siedzący w głębi pokoju poligonowego baraku McFarland wstał i wyciągnął rękę na powitanie. – Proszę usiąść. Dawno się nie widzieliśmy. I wygląda mi na to, że w pasie coś jakby pana ubyło.
- Że co proszę?
- To co mówię. Schudł pan, ale chyba trudno się dziwić. Z jednej strony całotygodniowe ciężkie treningi, z drugiej strony pani Gertruda… To musiało się tak skończyć…
- Prowadzący mnie instruktor mówi, że to bardzo dobrze. Zresztą zrobił mi tu cały wykład na ten temat.
- Ciekawe jaki…
- To proste. Kiedy spotykamy otyłą osobę większość ludzi mówi, że tak chyba musi być, bo ona widocznie na coś choruje. Często jedno i drugie ze sobą współgra, ale według naszego instruktora jest akurat odwrotnie. Nie dlatego ktoś jest gruby bo jest chory, tylko jest chory bo jest gruby. Jednym słowem, właśnie otyłość jest matką większości chorób.
- I ma na to jakieś lekarstwo?
- Oczywiście. On twierdzi, że są na to pewne i wypróbowane sposoby.
- Czyżby?
- Jak najbardziej. Może to nie będzie najlepszy przykład, ale w Oświęcimiu oraz dziesiątkach innych obozów koncentracyjnych Niemcy udowodnili, że każdego da się odchudzić. Nie ma odpornych na ich metody. A przy tym, w takich obozach podobno nie było znane pojęcie cukrzycy!
- Słyszałem, ale akurat nie o tym mamy rozmawiać. Zanim tu przyszedłem, wcześniej zapoznałem się z ocenami pańskich instruktorów.
- Chyba wykwalifikowanych sadystów? Bo czasem odnoszę wrażenie, że znakomicie by się sprawdzili jako poganiacze niewolników przy budowie piramid dla jakiegoś starożytnego egipskiego faraona albo innego bliskowschodniego satrapy.
- Ale to wszystko dla pańskiego dobra! – McFarland nieudolnie tłumił ogarniający go raptem śmiech.
- Oczywiście. Słyszałem to już chyba setki razy – Henryka również poddał się temu nastrojowi. – Ale co innego o tym mówić, a co innego osobiście przeżyć – tu wskazał na swoje brudne i przepocone ubranie. – Tak wyglądam już od rana, a jest dopiero środa.
- Spodziewałem się czegoś takiego. W końcu, ubrania zabierają do pralni raz na tydzień. W soboty, po zakończeniu tygodniowego cyklu szkoleniowego. A w ogóle, to podobno co trzy tygodnie trzeba je wymieniać na nowe.
- No, właśnie. A ja przez ten czas wyglądam jak jakiś neandertalczyk.
- Ale pani Gertruda chyba nie narzeka?
- Oczywiście, że nie. W soboty się golę, myję pod ciepłym prysznicem oraz zakładam świeże ubranie. I dopiero wtedy, do poniedziałku rano czuję się jak człowiek cywilizowany.
- Czyli wszystko jest w porządku?
- O ile te tortury można nazwać porządkiem, to tak.
- Świetnie. Widzę że humor dopisuje, a to dobry znak. I powiem w zaufaniu, że instruktorzy powoli zaczynają pana chwalić. Nie jest to u nich częste.
- Ale powoli?
- Aby się panu w głowie nie przewróciło. Bo jeszcze sporo czasu przed nami. Trzeba się będzie jeszcze wiele nauczyć.
- A konkretnie do kiedy?
- Generał wstępnie planował do końca marca. Ale z pewnych względów przesunął ten termin do połowy kwietnia.
- Oczywiście dla mojego dobra? – ironii w głosie Henryka nie dało się ukryć.
- Oj, niech pan już tak nie narzeka. Tym bardziej, że przywiozłem tu panu małą niespodziankę.
- Ciekawe jaką…
- Na razie może kawę?
- Chętnie. Ale to nie jest raczej ta niespodzianka?
- Oczywiście, że nie. Z tym, że przy kawie będzie nam się lepiej rozmawiało – McFarland sięgnął do telefonu i zamówił trzy kawy.
- Trzy? – Henryk nie potrafił ukryć zdziwienia.
- Tak. Bo za chwilę pozna pan swojego partnera, Roy C – 14. I proszę się nie dziwić, że od tej chwili będę się tak do pana zwracał, bo własnego imienia może pan używać jedynie w rozmowie ze mną. A i pański partner będzie się posługiwać tylko swoim kryptonimem. Swoich prawdziwych danych nie możecie też poznać co najmniej do ukończenia szkolenia. A możliwe, że i nigdy ich nie poznacie.
- W porządku. Ale dlaczego ktoś jeszcze?
- Generał doszedł do wniosku, że w tym przypadku duet znaczy o wiele więcej niż pojedynczy solista. Nawet najlepszy! Tym bardziej, że akurat ten facet jest jak wąż i tygrys jednocześnie. W razie czego usunie sprzed pana każdą przeszkodę. A jakby co, bez zastanowienia i zostawiania niepotrzebnych śladów zabije każdego, kto by stanął na pańskiej drodze.
- A więc?
- A więc czas go poznać – McFarland ponownie sięgnął po słuchawkę telefonu i wydał krótką dyspozycję. – Niech wejdzie!
Niespełna pół minuty później otworzyły się drzwi i do pokoju wszedł żołnierz w polowym mundurze bez żadnych oznaczeń. Ujrzawszy przed sobą ubranego na służbowo McFarlanda, stanął na baczność i natychmiast złożył właściwy meldunek. – Panie majorze, kursant Roy H – 07 melduje się na rozkaz!
- Spocznij, żołnierzu! – McFarland łaskawie wskazał mu krzesło. – Kawa ci chyba nie zaszkodzi?
- Yes, sir!
- To dobrze, bo zaraz ją tu przyniosą. Ażeby nie tracić czasu, poznajcie się – wskazał na Henryka. – To teraz będzie twój partner, Roy C – 14!
Podali sobie dłonie, popatrzyli po sobie. Przybysz nie był zbyt wysoki i Henryk ocenił go na jakieś 173 do 175 centymetrów wzrostu. Lat około trzydziestu, szczupły, żylasty, ogorzały, miał mocny uścisk i bystre, ale spokojne oczy. – Weteran! – ocenił go w myśli. – Tylko dlaczego też trafił na ten kurs? Bo przecież wszystko na to wskazuje, że mógłby tu być nawet instruktorem!
- „Czternastka” – McFarland operował skrótami – jest w tej sprawie wiodąca, co wcale nie znaczy, że „siódemka” jest mniej ważna. Obaj macie jednakowe zadanie, z tym, że „siódemka” zostanie z nim zapoznana dopiero po zakończeniu szkolenia. Na razie wie tylko, że będziecie działać na obcym terenie i to tymczasem musi mu wystarczyć. Zna zresztą zasady wykonywania takich zadań. Już w 1942, w Afryce operował za liniami niemieckich wojsk generała Erwina Rommla, potem na Sycylii i w końcu w Europie, we Francji i w Niemczech po inwazji na kontynent. Można powiedzieć, że zjadł zęby na takich działaniach.
- No to chyba mogę się już poczuć bardziej pewnie – komentarz Henryka zabrzmiał nieco humorystycznie. – Z taką niańką…
- To nie jest niańka C -14, a twój partner. Przekonasz się już dzisiaj, w swoim pokoju.
- Słucham? – Henryk prawie, że osłupiał.
- To proste. Jeszcze dziś do twojego pokoju wstawi się drugie łóżko. Dla H – 07. Od dzisiaj bowiem macie razem jeść, ćwiczyć i w ogóle przebywać z sobą aż do znudzenia. Macie się poznać do tego stopnia, że będziecie wiedzieli jak długo sika wasz partner rano po pobudce. I to wszystko oczywiście jest…
- Dla naszego dobra?
- Z ust mi to wyjąłeś, C – 14. Dokładnie tak!
- To co? Pewno zaskoczony? – już po wyjściu McFarlanda H - 07 uważniej popatrzył na Henryka.
- Nie powiem, że nie. Dotychczas bowiem nie było mowy, że…
- Będzie ktoś jeszcze?
- Jak by to powiedział major, z ust mi to wyjąłeś!
Roześmieli się obaj i każdy z nich już wiedział. Będzie się im razem dobrze pracowało.
28.01.1947 – Niemcy, Bremen, siedziba Wywiadu Armii USA.
- Pan już tutaj? – zdziwienie Browna kazało mu odstawić na biurko kubek z kawą. – O ile pamiętam, miał pan wrócić dopiero za dwa dni.
- Tak panie generale, ale zaszły pewne okoliczności, co do których uznałem, że powinien pan wiedzieć o nich jak najszybciej. A sama sprawa nie nadawała się do komunikowania drogą radiową czy telefoniczną.
- To proszę mówić, majorze.
- Mam tu - McFarland otworzył przykutą do swego nadgarstka i zaopatrzoną w szyfrowy zamek brązową teczkę – stenogramy ostatnich podsłuchanych rozmów telefonicznych z siedziby Bormanna. Niby znowu zmienili numer telefonu, ale linia wciąż pozostaje ta sama. A z tych rozmów wynika, że szykują jakąś dużą oraz ważną akcję. I to gdzieś tutaj.
- A konkretnie?
- Pamięta pan jeszcze stenogramy rozmów z początku września ubiegłego roku? Wtedy, gdy Bormann dzwonił do niejakiego Fritza Schaube?
- Oczywiście.
- Namierzyliśmy wtedy tego gościa. Bez żadnego zresztą trudu, bowiem już wcześniej na jego temat wiedzieliśmy sporo od doktora Reszki. Prowadził, a i z tego co wiemy, również do dzisiaj prowadzi firmę spedycyjną w ruskiej strefie okupacyjnej, w Poczdamie. Stary członek partii nazistowskiej, ale oficjalnie nigdy i nigdzie się nie przebił. Taki sobie, szeregowy, szary i praktycznie niewidoczny.
- No, właśnie… Ciekawe dlaczego?
- Prawdopodobnie celowo schowany pod dywan, bo na zewnątrz jako jakiś szczególnie aktywny czy prominentny nazista, przynajmniej od początku lat trzydziestych szerzej nie był znany. Owszem, jak setki tysięcy innych był też członkiem SA i to jakby wszystko. Za to pod spodem - co już wiemy - osobisty znajomy Bormanna, który mówił do niego po imieniu i tytułował go starym przyjacielem. Znają się do tego stopnia, że Schaube przez telefon poznał Bormanna po głosie.
- Pamiętam. I co dalej?
- Podawał wtedy Bormannowi imiona i adresy jakichś dwóch ludzi. Sprawdziliśmy wtedy te dane. Były lipne, bo jeden w ogóle nie istniał, gdyż kamienica pod tym numerem została zbombardowana w czasie wojny i do dzisiaj nie podjęto się jej odbudowy. Pod drugim zaś, nie mieszkał nikt o takim imieniu. Szykowali wtedy coś, o czym do dzisiaj nie mamy pojęcia.
- Już wtedy wiedzieliśmy, że prawie wszystko było szyfrowane.
- Tak jest. Prawie, bowiem Bormann w czasie tamtej rozmowy beztrosko wymienił nazwisko Gerhard Moder. Widać czuł się bardzo pewnie i nie dopuszczał myśli, że ktoś mógłby go podsłuchiwać. A my od razu wiedzieliśmy, że osoba wymieniona w tych rozmowach to nie kto inny jak sam SS – Brigadeführer Gerhard Moder, były bezpośredni przełożony naszego doktora Reszki. Mieszkał albo tymczasowo przebywał wtedy gdzieś we Frankfurcie, ale nie zdołaliśmy go zlokalizować, bowiem z Schaubem prawdopodobnie fizycznie się nie kontaktował. My przynajmniej takiego spotkania nie zdołaliśmy namierzyć. Inne połączenia telefoniczne z siedziby Bormanna też nas jakoś na niego nie wyprowadziły. Prawdopodobnie Manfeld, którego już wtedy zidentyfikowaliśmy po głosie, okazał się bardziej sprytny czy ostrożny niż z jego pryncypał i sprawy z Moderem załatwiał z innego miejsca i telefonu. Opis wykonany przez doktora Reszkę jak dotychczas nam nie pomógł, a żadnego zdjęcia Modera do dzisiaj nie mamy. Facet skutecznie zadbał o swoją anonimowość. Pod koniec wojny wyczyścił wszelkie akta, gdzie mogła by pozostać jego podobizna. A w dodatku w ich komórce legalizacyjnej załatwił sobie wtedy co najmniej kilka kompletów fałszywych, znakomicie podrobionych dokumentów.
Komentarze
Prześlij komentarz