Przejdź do głównej zawartości

ATOMOWY POKER 266

 

05.02.1947, popołudnie – Niemcy, Frankfurt nad Menem.


            - To ile jeszcze panie majorze? – kierujący pierwszym samochodem kapral po raz kolejny poprawił się na siedzeniu. – Bo jeszcze trochę i dupa mi odpadnie. Jedziemy już prawie siedem godzin, tylko z przerwą na tankowanie.

- Nie marudź. Jeszcze jakaś godzina. Przecież mówiłem, że do Frankfurtu jest około 450 kilometrów.

- Ciężka sprawa. Tak na raz…

- Cisza! Powiedziałem, że mamy przyjechać na trzynastą trzydzieści i tak ma być. Niemcy są punktualni, więc i my nie możemy być gorsi.

- Ale sam pan widzi, panie majorze… Drogi śliskie, miejscami prawie w ogóle nie odśnieżone.

- A wy podobno jesteście mistrzami kierownicy? Ci dwaj z tyłu również. Czy może się mylę?

- Nie myli się pan, panie majorze!

- To nie marudzić. Odpoczniecie, jak już zajedziemy na miejsce. Albo też i nie…

 

            Zajechali z sześciominutowym zapasem. Wyskoczył McFarland z samochodu, wyprostował zdrętwiałe nogi, spojrzał na zegarek.

- Dobra – skinął głową do załóg wszystkich trzech samochodów. – Wysiadać i za mną!

Minutę później wchodzili na dyżurkę, gdzie policjant za szybą stał już na baczność.

- Jesteśmy umówieni z komendantem! Gdzie jego gabinet?

- Tam! – policjant wskazał dłonią na schody. – Posterunkowy Schutt zaprowadzi.

Ruszyli za młodym chłopakiem, w widoczny sposób przejętym przydzieloną mu funkcją. Podprowadził ich pod obite skórą drzwi, na których do dzisiaj widniało wgłębienie po hitlerowskim jeszcze orle ze swastyką pod spodem.

- Proszę – usłyszeli. – Komendant oczekuje panów.

 

            Piętnaście minut później zaczął się gorączkowy ruch. Jedna ekipa niemieckich policjantów pojechała do ratusza przeglądać księgi meldunkowe, następne do elektrowni, gazowni i na pocztę, ściągać do komendy obu inkasentów oraz miejscowego listonosza. Nie było to zbyt trudne, bowiem odbywało się jeszcze w godzinach pracy i w końcu o czternastej czterdzieści siedem pierwsza z ekip była już z powrotem.

- Czy można? – sierżant dowodzący grupą wysłaną do ratusza pierwszy uchylił drzwi.

- Wejść! – komendant nie bawił się w uprzejmości. – Jakie ustalenia?

- Zgodnie z rozkazem sprawdziliśmy meldunki na Richard Wagner Strasse od numeru siedemnastego do dziesięciu numerów naprzód, a mieszkania w tych posesjach od jedenastego do dwudziestego drugiego. Łącznie prawie siedemdziesiąt adresów.

- Prawie?

- Tak jest, panie komendancie. Prawie, bo w kilku mniejszych budynkach nie ma nawet jedenastu mieszkań, a jedna z posesji to po prostu hotel. Natrafiliśmy jednak na cztery przypadki, kiedy to po piątym września ubiegłego roku właśnie w tym rejonie ktoś nowy się wprowadził. Dwa przypadki z góry można wyeliminować. Pierwszy to wdowa z dwojgiem nastoletnich dzieci, drugi to prawie osiemdziesięcioletni emerytowany nauczyciel. A co do tego Żydka, którego poszykujemy – tu zmiarkowawszy, że może coś jednak źle powiedział, niespokojne spojrzał na McFarlanda – to mogą to być dwa pozostałe adresy. Jeden to numer 21, mieszkania 19. Stara czynszowa kamienica, na dole nocna knajpa, na dwóch piętrach mieszkania lokatorskie. Towarzystwo nieciekawe, bo jak na dole knajpa, to wiadomo… Nikt porządny tam nie zamieszka. Zaś facet, który jednak się tam zameldował nazywa się Hugon Krause, lat trzydzieści trzy i jak podał w papierach, z zawodu jest kelnerem. Na chwilę obecną nie wiadomo gdzie pracuje, ale wydaje się, że może to być właśnie lokal na dole.  Drugi, to numer 25, mieszkania 12. Hydraulik, Josef Zimmer, lat czterdzieści. Też nie wiadomo gdzie pracuje, ale zaraz tu powinien być dzielnicowy. Kończy służbę o piętnastej, więc może on coś…

- To dawać mi go tutaj! Natychmiast!

- Tak jest, panie komendancie! Lecę na dół, bo może dyżurny już go rozlicza.

 

            - Dobrze znasz swój rejon? – pytanie nie pozostawiało wątpliwości, jakiej odpowiedzi oczekuje przełożony.

- Tak jest, panie komendancie!

- To powiedz mi coś o tych dwóch ludziach. Tu są nazwiska i adresy – podsunął dzielnicowemu dwie zapisane kartki.

- Zimmer… – dzielnicowy jakby czegoś szukał w pamięci. – Taki grubawy, niewysoki?

- Nie mam pojęcia. No to co? Znasz go czy nie? Wiesz coś o nim?

- Trochę tak. Prowadzi prywatną działalność gospodarczą. Pamiętam, że wzywali go niedawno do sklepu Hoffmana. Pękła tam rura od kaloryferów i on ją naprawiał. Rozmawiałem z nim wtedy. Ma chorą żonę i trzynastoletniego syna. Tak przynajmniej twierdził. Podobno mały uczy się gry na skrzypcach.

- A poza tym?

- Ne było z nim żadnych problemów. Nie notowany.

- A ten drugi?

- Krause? Nic o nim nie wiem. Też nie stwarzał problemów, tak, że dotychczas nie przewijał się w naszych materiałach.

- No to niewiele się dowiedzieliśmy… Możecie odejść!

- Czyli teraz po dozorcę – McFarland skwitował sytuację w czterech słowach. – Zimmera chyba możemy wyeliminować, wiec zaczynamy od Krausego.

- Z pod numeru 21? Już wysyłam – komendant sięgnął po telefon.

- Tylko dyskretnie. I proszę wysłać policjantów po cywilnemu. Nikt nie może się zorientować o co tu właściwie chodzi.

 

            Melduję się, panie komendancie! Mamy ich!

- Ich, to znaczy kogo?

- Tych trzech – policjant był w doskonałym humorze. – Gazownik, elektryk i listonosz. Pierwszy z nich wie chyba najwięcej.

- To dawaj ich tu! Po kolei!

 

            - To było tak… – zaniepokojony sytuacją gazownik rozglądał się po gabinecie. – Gość wprowadził się tam w listopadzie, bo w październiku nie mogłem odczytać stanu gazomierza. Dozorca powiedział, że od trzech tygodni mieszkanie stoi puste, gdyż poprzedni lokator zrezygnował. Za duży hałas z dołu. A jak nikt nie mieszka, to gaz się nie zużywa, prawda?

- Do rzeczy Kopke! – mając przed sobą jego dokument tożsamości, komendant walił gazownikowi po nazwisku. – Nas nie interesuje zużycie gazu!

- Już mówię, panie komendancie – gazownik uderzył w uniżone tony. – Pierwszy raz zobaczyłem go piętnastego listopada, bo właśnie w tych dniach sprawdzam tam gazomierze. Ma go w przedpokoju, we wnęce po lewej stronie, jak wszyscy. Na początku uchylił tylko drzwi, ale dalej były zamknięte na mocny łańcuch. Musiał go sam zamontować, bo wcześniej nic takiego tam nie było. W ogóle mi się nie podobał, bo patrzył na mnie jak na zbója, a zanim mnie wpuścił, to zażądał legitymacji, żeby sprawdzić czy naprawdę jestem z gazowni. Jak już tam wszedłem, cały czas stał bezpośrednio przy mnie. I z ulgą wyszedłem, bo pod marynarką miał takie dziwne wybrzuszenie. Jakby broń czy co?

- Był sam?

- Chyba tak, bo nikogo więcej tam nie widziałem ani nie słyszałem. I musiał się wprowadzić dopiero co, bo na łóżku w pokoju, które widać przez drzwi, leżała otwarta walizka. Była jeszcze nie rozpakowana.

- Czyli sprawdzasz liczniki co miesiąc?

- Tak. Na tej ulicy zawsze piętnastego, ale on zużywa niewiele gazu. Jeszcze w grudniu pytał też, czy muszę chodzić tak wcześnie, bo on pracuje nocami i sypia po nich nawet do jedenastej. Powiedziałem wtedy, że mogę przychodzić tam koło południa i tak już było w styczniu. Ale też najpierw sprawdzał, kto dzwoni do drzwi i stał przy mnie kiedy spisywałem stan licznika.

- A jak wygląda?

- Nieco ponad trzydziestkę. Twarz przeciętna.

- A coś więcej?

- Wysoki… Chyba ponad metr osiemdziesiąt. Mocno zbudowany. Ciemny brunet, ale z lekko już siwiejącymi skroniami.

- Jakieś blizny, zmaniona, oznaki kalectwa?

- Nie zauważyłem. Czy mogę już odejść? – gazownik był coraz bardziej zdenerwowany.

- Ode mnie tak. Ale udzielimy ci gościny, prawdopodobnie jeszcze przez parę godzin. Żebyś nawet przez przypadek coś komuś nie wychlapał.          

 

            Pięćdziesiąt pięć minut później i po wysłuchaniu dwóch następnych delikwentów, a następnie przywiezionego w międzyczasie dozorcy, popatrzyli po sobie z tryumfującymi minami.

- Czyli już wiemy co trzeba, a przy okazji wiemy też gdzie i w jakich godzinach pracuje. A swoją drogą daleko nie ma. Dwa piętra w dół i już w robocie!

- Ładna mi robota - McFarland nie wytrzymał. – Handel walutą i stręczenie prostytutek. Bo dyskretny hotelik - burdelik tuż obok.

- W tej profesji to niestety częsta przypadłość – niemiecki komendant pokiwał głową. – Nie ma czystych czy niewinnych kelnerów, ani żadnych innych, którzy pracują w knajpach lub hotelach. Każdy jest w czymś ubabrany. Jak nie dziwki, narkotyki czy handel walutą, to co najmniej machinacje z rachunkami i podawaną gościom wódką. Ale żeby jeszcze gwałty?

- To już nieistotne – McFarland właśnie podjął decyzję. – Dziękujemy za dotychczasową współpracę. Ponieważ nasz cel zaczyna pracę o dwudziestej, od dziewiętnastej trzydzieści proszę z tego rejonu wycofać też wszystkich swoich ludzi. Żeby nie było zdziwienia, na jakąś odprawę czy coś…

- Czy to znaczy, że sami go zatrzymacie?

- Tak. Najpierw oczywiście wykonamy rozpoznanie. Natomiast od pana oczekujemy będącej w gotowości do natychmiastowego działania karetki pogotowia ratunkowego i ostrego dyżuru oddziału chirurgii najbliższego szpitala.

- Obawia się pan, że…

- Nie obawiam się, ale trzeba brać pod uwagę wszelkie możliwości. Facet może być uzbrojony i zdesperowany, a w takim stanie to nigdy nic nie wiadomo.

 

            Założenie było proste. Najpierw dozorca pod pozorem odśnieżenia schodów i zamiecenia holu zlustrował wnętrze knajpy. A kiedy okazało się, że Hugon Krause już się tam krząta, trzech ludzi klatką schodową cicho i dyskretnie podążyło na drugie piętro, prosto pod lokal numer 19. Jeden z nich obejrzał zamek, a następne wyjął z kieszeni pęk wytrychów. Korzystając z trzymanej w zębach niewielkiej latarki pogmerał wewnątrz jednym z nich i już po niespełna minucie pokonał drzwi, po czym grupa jak duchy zniknęła we wnętrzu.

- Dobra, chłopaki. Ty John zostajesz przy drzwiach. Pilnuj – kierujący akcją działał szybko i zdecydowanie. – Ja z Davidem tymczasem przeszukam lokal. Kto wie, co interesującego nasz szanowny kelner może tu ukrywać.

Zaledwie jednopokojowe mieszkanie umeblowane było wręcz spartańsko, a szybkie dziesięciominutowe przeszukanie ujawniło jedynie zamknięty w kuchennej szufladzie pistolet Walther P – 38 z dwoma magazynkami amunicji oraz plik dolarów i dokumenty na nazwisko Hugon Jaschke w łóżku pod materacem. A skoro nic więcej tu już nie było, przystąpiono do dalszej części planu. Kierujący akcją podszedł do okna i dając latarką trzy krótkie sygnały świetlne uruchomił pozostałą część ekipy. W tym też czasie drugi otworzył drzwi wylewając na korytarz napełnione przed chwilą pełne wiadro wody, natomiast trzeci odkręcił nieco żarówkę w przedpokoju. Przekręcił jeszcze włącznikiem raz i drugi upewniając się, że żarówka nie zaświeci i od tej chwili odpowiednio przygotowani zastygli w ciemnościach oczekując na cel. 

 

            - Panie Krause! – kierownik zmiany podszedł do Hugona. – Był tu przed chwilą nasz dozorca. Mówi, że zalewa pan lokatorkę z dołu. Woda podobno aż się wylewa spod pańskich drzwi!

- O cholera! – kelner prawie rzucił niesione naczynia. – Przytrzyma pan? Bo skoro się tam tak leje, to ja muszę…

- Oczywiście. Pędź pan!

 

            Pokonując biegiem ostatni schodek o mało nie wylądował na mokrej, śliskiej podłodze. – Że też cholera akurat mnie musiało się to przytrafić – pomyślał jeszcze, przekręcając klucz w drzwiach. I chociaż był kiedyś wszechstronnie wyszkolony, półtoraroczny okres stosunkowo spokojnej egzystencji zabił w nim wcześniejszą czujność. Wchodząc do mieszkania przekręcił jeszcze włącznik w przedpokoju, ale już nie zdążył się zdziwić, że nie dało to żadnego rezultatu. Coś jakby mignęło w powietrzu, czego jego nieprzyzwyczajone jeszcze do mroku oczy nie zdążyły już zarejestrować, a potem nagle nastała ciemność. Spadła nań bowiem wypełniona wilgotnym piachem mocna skarpeta, pomysł zapożyczony przez McFarlanda jeszcze od doktora Reszki, zaś uderzenie w głowę było na tyle precyzyjne, że aż trzeba było go złapać, aby bezwładnie nie runął na podłogę. Chwilę później jeszcze go zakneblowano, nie zapominając o związaniu rąk i nóg.

- No dobra! – dowodzący grupą odetchnął głęboko. – Dawaj teraz dwa sygnały – zwrócił się do speca od wytrychów. – Niech tu przyjdą i nam pomogą. Bo targać go po wąskich schodach to nie będzie takie proste.

 

Komentarze