01.10.1946, poranek – Niemcy, francuska strefa okupacyjna, wieś niedaleko Koblencji. Tym razem nikt nie zrywał ich z pościeli. Nosili właśnie ziarno do kurnika, gdy znajomy dźwięk dzwonka kazał im odwrócić głowy.
Godzinę później zdyszany Lischka zrobił ostatnie kółko na trasie wokół wskazanego mu sosnowego zagajnika i wreszcie stanął przed spoglądającym na zegarek Moderem.
Było ich trzech. Na rowerach, które na piaszczystej leśnej drodze przez poprzedni kilometr po prostu musieli pchać, w turbanach, z ciążącymi im na plecach karabinami i zwisającymi przy pasach krzywymi mauretańskim nożami, sprawiali nadzwyczaj groźne wrażenie.