01.10.1946, poranek – Niemcy, francuska strefa okupacyjna, wieś niedaleko Koblencji.
Tym razem nikt nie zrywał ich z pościeli. Nosili właśnie ziarno do kurnika, gdy znajomy dźwięk dzwonka kazał im odwrócić głowy.
To listonosz pozdrawiał ich tym sygnałem, mającym w sobie nieco sąsiedzkiej swojskości, a jednocześnie oznajmiającym o jakichś listach czy przesyłkach. Dotąd co prawda dostali tylko dwa pisma z gminy, bo i któż by pisał do nich prywatne listy, ale dzwonek i tak był sygnałem, na który Henryk zwyczajowo odpowiadał nieznacznie podnosząc dłoń do góry. Tym razem też pozdrowił listonosza, ale widząc go zatrzymującego się u furtki, postawił wiadro z pszenicą i podszedł do płotu.- A co tak dziś wcześnie, herr Neugebauer? – zagadnął, jednocześnie podając mu rękę. – Dopiero siódma.
- A, wie pan… Wczoraj nie zdążyłem wszystkiego rozwieźć, więc dzisiaj jadę nieco wcześniej. Dorzuciłem tylko do torby popołudniowe przesyłki i jestem.
- To co pan ma dla nas? Jakiś nowy podatek?
- Prawdę mówiąc nic. Tak się tylko zatrzymałem, aby chwilę pogadać. No, chyba że nie ma pan czasu…
- Nie jest tak źle. Kury mogą nieco poczekać. Zresztą żona już je karmi. To o czym chciał pan porozmawiać? – spojrzał uważniej na listonosza.
- Jak by tu powiedzieć… – wahanie listonosza widoczne było gołym okiem. – Zauważył pan, że od ostatniego gwałtu, a i od odstrzału tych dwóch Marokańczyków, jakoś się tu uspokoiło?
- Owszem, zauważyłem. Chociaż może nie do końca, bo jeszcze parę dni temu francuska żandarmeria węszyła tu jak wściekła.
- To już przeszłość, herr Haaze. Węszyła, węszyła i nic nie wywęszyła. I mogę pana przy tym zapewnić, że nigdy nic nie wywęszą.
- Jednym słowem, coś pan o tym wie…
- Może wiem, a może i nie… Jak się tak co dzień jeździ wśród ludzi, niejedno się widzi i słyszy.
- I rozumiem, że choć trochę chciałby się pan tym ze mną podzielić?
- A pan chciałby, aby się z panem podzielono?
- Zależy czym… – Henryk powoli już się domyślał, ale wolał być ostrożny. Niech ten cały herr Hubert Neugebauer sam wreszcie powie o co mu chodzi.
- Może tylko ostrzeżeniem?
- Ale jakim? Niech pan to wreszcie z siebie wydusi!
- Może jeszcze nie teraz. A na razie, tak jak już kiedyś mówiłem. Niech pan wreszcie kupi sobie porządnego psa i dalej na noc rygluje okna i drzwi.
- Chwila! – widząc, że listonosz jakby się wycofuje, Henryk postanowił wyjaśnić sytuację. – Przecież sam pan mówił, że sytuacja się uspokoiła. Więc jak? Albo mamy już spokój i nie jest to potrzebne, bo ktoś inny zadbał o nasze bezpieczeństwo, albo też…
- Albo czasem sami musimy o nie zadbać. Tak, jak ten ktoś inny.
- Więc chyba nie biernie? Bo raczej nie chodzi tu tylko o psa czy zamykanie okien i drzwi?
- Domyślny pan jest, herr Haaze.
- A więc?
- No, wie pan… Ja jestem tylko pośrednikiem.
- Miedzy mną, a…
- Dzisiaj już panu nic nie powiem. Może za jakiś czas przyjadę tu z kimś, z kim będzie mógł pan szerzej porozmawiać. A na razie proszę dalej być ostrożnym. Bo ta kolorowa marokańska hałastra w turbanach, może jeszcze szykować jakąś zemstę.
01.101946, wczesne przedpołudnie – Niemcy, Bremen, amerykańska enklawa w brytyjskiej strefie okupacyjnej, siedziba Wywiadu Armii USA.
- Pytania? – McFarland skierował wzrok w stronę trójki, która miała działać na oficjalnych papierach.
- Jest jedno – porucznik Jones miał jeszcze pewne wątpliwości. – Dlaczego nie możemy znać szczegółowych zadań dla grupy Williamsa? Chociażby po to, aby w razie czego im pomóc. W końcu to przecież nasi kumple i towarzysze broni.
- Nie będzie takiej potrzeby, a właściwie nie będzie nawet takiej możliwości, abyście bezpośrednio się z nimi zetknęli. Wy macie tam robić swoją robotę, mieszać i plątać tropy ile tylko się da. Ogólnie rzecz biorąc, być taką swoistą przynętą, odciągając przeciwnika od rejonu Gór Sowich. I dlatego też musicie być aż tak aktywni. Wywoła to pewno wściekłość wśród pracowników ich Urzędu Bezpieczeństwa, ale tym się nie martwcie. Macie autentyczne oficjalne papiery, chroni was umowa międzyrządowa, nasza dyplomacja i w ogóle cała potęga Ameryki. Będziecie więc robić swoje oraz oczekiwać na nasz sygnał. I dopiero po jego otrzymaniu zakończycie swoją misję. Coś jeszcze?
- Nie… Już chyba nic – Jones nie wydawał się być przekonany.
- To zbierajcie się do kancelarii. Dostaniecie tam dokumenty o których mówiłem i do wieczora nauczycie się ich na pamięć. Nawet gdybym obudził któregoś z was w nocy i o północy, to macie się przedstawiać według wpisanych tam danych.
- To może jeszcze pytanie – jeden z sierżantów nie wytrzymał. – Dlaczego nie jedziemy na naszych prawdziwych papierach i nazwiskach? Bo skoro mamy tam być oficjalnie…
- Żołnierzu… – McFarland znacząco zawiesił głos. – Służycie w jednostce specjalnej, więc nie powinniście nawet zadawać takich pytań. A poza tym, po co przeciwnik ma znać wasze prawdziwe dane? Bo przecież nigdy nie wiadomo co przyniesie przyszłość.
- Yes, sir! – odpowiedź pytającego była krótka, a nieco drwiące spojrzenie Jonesa spowodowało, iż nikt już pytań nie zadawał.
- W porządku. Wasza grupa jest już wolna. Zostaje Williams i jego ludzie, bo o ich zadaniach będziemy musieli porozmawiać znacznie szerzej.
- Jakby co, wy też nie będziecie na własnych dokumentach. Dostaniecie polskie i to odpowiednio podniszczone. Polskie, bo jedziecie przecież do Polski, a miejscowe dokumenty zawsze będą lepsze niż jakiekolwiek inne lub co gorsza brak dokumentów. W razie jakiejś kontroli, w tym drugim przypadku chcieli by was natychmiast zamknąć i to co najmniej do wyjaśnienia. A tego nie chcemy, prawda? – informacja McFarlanda padła dosłownie sekundę po tym, jak za grupą Jonesa zamknęły się drzwi.
- Yes, sir! – padła prawie jednoczesna odpowiedź.
- To co? Gotowi na ryzyko?
- Jak zawsze – Williams nie raczył odpowiedzieć tradycyjnym „yes, sir”, ale tym razem major postanowił to zbagatelizować. – Widać ma to swoje „ego” – pomyślał – na poziomie niedostępnym dla zwykłych żołnierzy i byłoby głupotą wywoływać teraz awanturę o takie pierdoły. A w każdym razie nie przed taką akcją. Puścił więc to mimo uszu i jak gdyby nigdy nic kontynuował.
- To co teraz usłyszycie stanowi najściślejszą tajemnicę naszego kraju i prawdopodobnie nigdy i nikomu nie będziecie mogli o niej opowiadać. Nawet swoim wnukom, o ile oczywiście będziecie ich kiedyś mieli. Zaraz też po naszym spotkaniu zaprowadzę was do tajnej kancelarii, gdzie podpiszecie stosowne zobowiązania. Zdrada tej tajemnicy to natychmiastowa gwarancja co najmniej piętnastu lat ciężkiego więzienia. Czy w związku z tym, ktoś się może chce wycofać? – zadał to pytanie, wiedząc już wcześniej i to jeszcze w Ameryce, że wytypowani przez majora Pattersona żołnierze, z góry, ochotniczo i w ciemno podjęli się nieznanego im jeszcze wyzwania. Nie widząc jednak jakiejkolwiek reakcji przeszedł do części zasadniczej. – W takim razie muszę was poinformować, że to nie my zbudowaliśmy pierwsze bomby atomowe.
- Że co? – wyrwało się jednemu z nich.
- Tak, jak powiedziałem. To nie my zbudowaliśmy pierwsze bomby atomowe. Zrobili to Niemcy.
- To dlaczego ich nie użyli?
- Nie mogę o tym szczegółowo opowiadać. Wystarczy, że ktoś im w tym przeszkodził.
- Jakiś nasz agent?
- Proszę o następne pytanie.
- To w końcu gdzie i co właściwie mamy zrobić? – Williams przeszedł do konkretów.
- O! I od tego zacznijmy, chociaż szczegóły mogą być dla was szokujące.
- Nie pierwszy raz. Dwóch z nas było już w Inalco. A tam też działy się dziwne sprawy…
- Więc do rzeczy. Tak samo jak i my, Niemcy prowadzili intensywne badania nad wykorzystaniem energii atomu. Mieli świetnych fizyków i wielkie osiągnięcia. Już przed wojną zrozumieli, że rozbicie atomów uranu może wyzwolić ogromną energię. Na początku wyraźnie to zlekceważyli, ale po pierwszych porażkach na froncie wschodnim na poważnie wrócili do tematu. Stworzyli kilka zespołów pracujących w najściślejszej tajemnicy i praktycznie niezależnie od siebie, co zresztą finalnie okazało się ich poważnym błędem. Pierwsze efekty osiągnęli już jednak na początku października 1944 - go, kiedy to na wyspie Rugia udało się im odpalić pierwszy, a zaraz później i drugi niewielki ładunek. Następne dwa, posiadające już znacznie większy potencjał, prawdopodobnie nawet ponad trzykrotnie większy od naszych bomb zrzuconych na Hiroszimę i Nagasaki, pozytywnie przetestowali w marcu 1945 - go na poligonie Ohrdruf, w Turyngii. Powiedziałem potencjał, bo obawiając się nadmiernych zniszczeń sztucznie i celowo ograniczyli tam siłę wybuchów. Zaraz potem udało im się nawet zbudować ładunek mieszczący się w głowicy rakiety V – 2. Z pewnych względów nie została ona skutecznie użyta, ale nad tym też nie będę się rozwodził.
- Czyli jednak agent – Williams miał już pewność.
- Tego nie powiedziałem…
- Jak to mówią, „no comment”…
- Przechodzimy do dalszej części – McFarland nie zamierzał wtajemniczać ich w szczegóły nie mające bezpośredniego związku z planowaną akcją. – W ostatnim miesiącu wojny i na podstawie swoich wcześniejszych doświadczeń zbudowali w końcu trzy w pełni sprawne, funkcjonalne i nadające się już do bojowego użycia bomby, a właściwie głowice atomowe. Mówię głowice, bowiem ich waga ograniczona została do jednej tony, a rozmiar pozwalał na wykorzystanie w seryjnie produkowanych rakietach balistycznych V – 2. Niezależnie od tego, spokojnie można je było umieścić w kadłubach ich największych konwencjonalnych bomb i w razie potrzeby zrzucić ze zwykłego bombowca.
- I to właśnie my mamy je zniszczyć! – Williams nie miał już żadnych wątpliwości.
- A one same znajdują się gdzieś na terytorium kontrolowanym teraz przez Sowietów – Kowalsky również zabrał głos, głośno wyrażając to, o czym od paru chwil myślał cały zespół.
- To już wiecie? – niedowierzające pytanie McFarlanda zawisło w powietrzu.
- Mimo woli, ale sam nam pan przed chwilą powiedział – Williams uśmiechnął się pobłażliwie. – Bo skoro nam pan tak o nich opowiada, to znaczy, że ich nie mamy. Albo inaczej… Nie przejęliśmy ich. Nie są też w naszej strefie, ani też w którejkolwiek ze stref naszych prawdziwych sojuszników, bo po prostu byśmy je stamtąd wywieźli i to bez żadnych ceregieli. Jednym słowem, są gdzieś u Sowietów, którzy albo o nich jeszcze nie wiedzą, albo też się do nich jeszcze nie dorwali. W obu jednak przypadkach istnieje ryzyko, że te bomby w końcu wpadną im w ręce. A ponieważ wydobycie ich i transport do naszej strefy byłby zbyt wielkim ryzykiem, a nasz zespół jest zbyt mały do takiego zadania, myślę, że mamy je po prostu zniszczyć na miejscu.
- Więc dobrze… – McFarland popatrzył po siedzącej przed nim trójce. – Nie ma już co dalej tego ciągnąć, ani owijać w bawełnę… To teraz przejdźmy do części zasadniczej. Bomby znajdują się w Polsce.
- O cholera! A konkretnie gdzie?
- W południowo - zachodniej części Polski, na terenie byłego niemieckiego Niederschlesien, czyli dzisiejszego, polskiego już Dolnego Śląska. Tu są – otworzył teczkę wyciągając z niej kilka arkuszy – mapy tego terenu. Ogólna przeglądowa w skali 1:300000, daje nam obraz całego tego terenu, od Nysy Łużyckiej aż po Wałbrzych. O, tu – pokazał palcem na pierwszej rozłożonej mapie.
- Waldenburg – odczytał Moore, trzeci członek zespołu.
- A tak. Zarówno ta mapa jak i inne, które zaraz wam pokażę, jest niemiecka, bo tylko takimi dysponujemy. Nie stanowi to zresztą problemu, bo naprawdę są znakomite. Waldenburg, to po prostu dzisiejszy polski Wałbrzych. A tu – wyciągnął następne arkusze – to już kilometrówka. Jeden centymetr na mapie, to jeden kilometr w terenie – widząc jednak ich rozbawione miny McFarland zrezygnował z takich dywagacji. – W porządku. Widzę, że takich spraw nie trzeba wam tłumaczyć. Te mapy musicie znać na pamięć, bo może to być kwestia waszego życia lub śmierci. Tam właśnie będziecie się poruszać i stamtąd też powinniście wracać.
- Po wykonaniu zadania?
- Oczywiście. A teraz jeszcze jedna mapa. Bardzo szczegółowa, na której widnieje wasz cel. Popatrzcie tu… Góra Mulenberg. To pod nią znajdują się bomby o których już wam mówiłem.
- Ale to sama góra. Nic więcej tu nie ma, a mapa opracowana została aż dwanaście lat temu. – Kowalsky spojrzał w dół arkusza. – Jest jeszcze aktualna?
- Oczywiście, że tak. W tym sensie, że góra się przecież nie przesunęła. Nadal tam stoi.
- A więc?
- Dla was najważniejsze są te plany – McFarland wyciągnął z teczki jeszcze kilka arkuszy, ale nie były to już mapy, a odręcznie narysowane szkice. – To cztery, prawdopodobnie do dzisiaj drożne sztolnie obiektu Wolfsberg. Góra o tej nazwie jest tutaj – pokazał na mapie. – Następny obiekt to Ramenberg. Tu nie wiemy co dokładnie tam wykuto, ale wiemy, że i pod tą górą jest tajny obiekt.
- Jest do dzisiaj?
- Powiedzmy, że był. Oba te obiekty połączone były tunelami z obiektem pod górą Mulenberg. Niemcy nazywali go „Centrum”. Z Wolfsberga można było się tam dostać tajnym i zamaskowanym tunelem, leżącym o tu, jakieś dwieście czy dwieście pięćdziesiąt metrów w lewo od skrajnego i normalnie widocznego. Co do Ramenberga, żadnych wiarygodnych danych nie udało się nam uzyskać.
- To którędy mamy się dostać do tego całego „Centrum”? Tym tajnym tunelem? A jeżeli okaże się, że jest wysadzony, albo tak zamaskowany, że nie zdołamy go odnaleźć?
- Spokojnie. Jest jeszcze trzecia droga, o której do chwili obecnej na całym świecie wie tylko czterech ludzi. Generał Brown, ja, ktoś na drugim krańcu świata i ten, który nam o niej opowiedział. A za chwilę będzie wiedziało już siedmiu.
- Ten ostatni, co to o niej opowiedział, to chyba powinien być wymieniony na pierwszym miejscu – Williams uważnie popatrzył na McFarlanda.
- Brawo. To człowiek, który tam był. Był i stamtąd wyszedł.
- A czy przypadkiem, to nie on zbudował te bomby? – Moore wykazał się intuicją.
- Może tak, a może nie… – McFarland nie zmierzał mówić więcej, niż było to niezbędne. – Ale to akurat nie jest istotne przy tym, co macie tam wykonać.
Komentarze
Prześlij komentarz