Przejdź do głównej zawartości

ATOMOWY POKER 225

 

            Było ich trzech. Na rowerach, które na piaszczystej leśnej drodze przez poprzedni kilometr po prostu musieli pchać, w turbanach, z ciążącymi im na plecach karabinami i zwisającymi przy pasach krzywymi mauretańskim nożami, sprawiali nadzwyczaj groźne wrażenie.

I było by to może pożądane, gdyby takie wrażenie wywoływali na wrogach, mających przy tym broń w ręku. Tu jednak, już ponad rok po wojnie wśród spokojnej a przy tym bezbronnej ludności, był to wyraźny przerost formy nad treścią. Butni, spoglądający z góry i bez względu na dotychczasowe działania z reguły bezkarni, wywoływali wśród miejscowych tylko strach i nienawiść. Teraz też jechali pewni, że cały ten okupowany kraj należy tylko do nich i może dlatego żaden z nich nie zauważył czających się w krzakach na skraju lasu trzech niewyraźnych postaci.

 

            - I jak? Co widzisz? Jest czy nie? – głos Engela brzmiał już napięciem.

- Zaraz… - głos dziewczyny też zdradzał niecodzienne pobudzenie. – Niech jeszcze podjadą nieco bliżej.

- To patrz uważnie. Bo za niecałą minutę zejdą mi z linii strzału.

- Już… - usłyszał kilka sekund później. – To ten!

- Który?

- Ten z lewej. Poznaję go. To ta twarz. Nigdy jej nie zapomnę.

- Dobra. To teraz się przygotujcie. Bo bezpośrednio po strzale spieprzamy do tyłu.

- A skąd będziemy wiedzieli, że twój strzał był celny? Że bandzior poniósł zasłużoną karę?

- O to też się nie martwcie. Zjawi się tu właściwa osoba, która potwierdzi jego śmierć.

Nie padło już żadne zbędne słowo. Jak wiele już razy wcześniej na froncie, Engel spokojnie wymierzył w sam środek piersi, wstrzymał na chwilę oddech i powoli ściągnął spust. Padł strzał, a sekundę później zerwali się jak oparzeni i pobiegli w las, nie oglądając się już na przewrócony rower i leżące w piachu zakrwawione ciało.

 

Czterdzieści minut później, obok obecnej wokół trupa, biegającej i przeszukującej pobliskie krzaki gromady żandarmów i policjantów, przejeżdżał miejscowy listonosz. Zatrzymał nawet na moment swój rower, ale natychmiast przegnany z tego miejsca, nacisnął tylko mocniej na pedały i pojechał dalej. Zdziwił by się jednak postronny obserwator, gdyby chwilę później zobaczył jego twarz. Błąkał się bowiem na niej nikły, jakby ironiczny, a jednocześnie pełen satysfakcji uśmieszek.

 

            22.09.1946, późne popołudnie – Niemcy, Koblenz, komenda francuskiej żandarmerii wojskowej.


            - To co z tym zrobimy? – major Pierre Bertrand spoglądał na siedzącego naprzeciw porucznika Louisa Duranda. – Bo po tych wszystkich ustaleniach, naprawdę mam mieszane uczucia.

- Mówi pan o tych papierach? – Durand spojrzał na leżące przed nim dokumenty.

- Właśnie. Z jednej strony nie możemy bowiem tolerować zamachów na życie naszych żołnierzy. Z drugiej, byli to zwykli gwałciciele, przynoszący tylko hańbę naszemu mundurowi. Ale przecież tak nie może być! – nagle uderzył pięścią w stół.

- Oczywiście – Durand też nie miał wątpliwości. – Cały czas prowadzimy intensywne czynności zmierzające do ustalenia sprawców. Przesłuchania, przeszukania gospodarstw, zatrudniliśmy też dwóch najlepszych techników kryminalistyki i przewodnika psa tropiącego. Jest duża szansa, że nam się nie wymkną.

- Nie o tym mówię – Bertrand niecierpliwie potrząsnął głową. – Chodzi mi o to, że dotychczasowe śledztwo bezspornie wykazało, iż obaj zabici byli sprawcami gwałtu. Jak ona się nazywała? – zmienił nagle tok myślenia. – Bo jakoś wyszło mi z głowy.

- Ale kto? – w pierwszej chwili porucznik nie zrozumiał.

- No, ta Niemka zgwałcona tydzień temu. Wtedy, gdy zabito pierwszego ze sprawców.

- Rettmann. Emma Rettmann.

- Co robi? Gdzie teraz jest?

- Ją zdecydowanie należy wykluczyć. Po tym co przeszła, do dzisiaj przebywa w szpitalu. Wyjdzie dopiero za parę dni.

- Jaką posiada rodzinę?

- To wdowa. Mąż i dwaj synowie polegli na wojnie. Została jej tylko szesnastoletnia córka, która podczas gwałtu na swojej matce uciekła do sąsiedniej wsi. Już półnaga, wyrwała się im w ostatniej chwili. 

- Przesłuchano ją?

- Tak i to nawet dwukrotnie. Najpierw na drugi dzień po gwałcie, a drugi raz dzisiaj rano. Wtedy była jeszcze w szoku, teraz zaś już spokojniejsza.

- I co? Może coś ukrywać?

- Myślę, że nie. Za pierwszym razem było fizycznie niemożliwe aby to ona zastrzeliła sprawcę. Nie zgadzał się ani czas, ani miejsce. Teraz też nic nie wskazuje, aby miała z tym cokolwiek wspólnego. Ma zresztą na ten okres bardzo mocne alibi. Tak więc wygląda mi to na robotę jakiegoś samozwańczego mściciela. Albo jak kto woli, samotnego wilka czy też wilkołaka.

- Wilkołaka? Myśli pan o Werwolfie? Od poprzedniej jesieni nie mieliśmy tu już żadnych sygnałów o jakiejkolwiek ich działalności. Chyba, że mówimy o tym pożarze, kiedy to spłonął nasz skład paliwa, ale przeprowadzone wtedy postępowanie nie wykazało, aby było to jakieś podpalenie. W każdym razie nasi specjaliści takich śladów nie wykryli.

- Co nie znaczy, że to nie jest ich sprawka – Durand był mocno sceptyczny.

- Oczywiście. Ale proszę pamiętać, poruczniku. Na wszystko muszą być dowody. A przynajmniej mocne poszlaki. Mamy takie w tej sprawie?

- Tych dwóch śmierci? Przecież pan wie, że jeszcze nie…

- No, to do roboty. I jakoś mnie zbytnio nie zmartwi, jeżeli wyjątkowo, tym razem sprawcy nie odnajdziemy.

- Słucham? – twarz Duranda wyrażała największe zdziwienie.

- Ma pan żonę albo dzieci poruczniku?

- Jakoś jeszcze nie…

- No to niech pan pamięta. Bo kiedy już będzie pan je miał, a zwłaszcza jakąś córkę, to wtedy dopiero pan zrozumie co przed chwilą powiedziałem.

 

24.09.1946 – Niemcy, Bremen, amerykańska enklawa w brytyjskiej strefie okupacyjnej, siedziba Wywiadu Armii USA.


            - Czyli co? Minęły całe dwa tygodnie i dalej nic nie wiemy. Jesteśmy w punkcie wyjścia…

- Na to wychodzi, panie generale – McFarland nie był szczęśliwy, że to właśnie on musiał być świadkiem, a pośrednio nawet uczestnikiem dwóch ostatnich poważnych porażek.

- Tak… - Brown zapalił nowe cygaro. – Doktor Reszka wsiąkł jak kamfora, a my zostaliśmy po prostu ośmieszeni. Te trzy barany z obserwacji najpierw zawaliły sprawę, a teraz jeszcze nie potrafiły go odnaleźć. I co teraz?

            Mimo, iż pytanie było czysto retoryczne, a McFarland już wcześniej przedyskutował z generałem wszelkie możliwe przyszłe przedsięwzięcia, w tej sytuacji niejako poczuł się wywołany do tablicy. Zaczerpnął więc tchu i najbardziej spokojnym tonem na jaki było go stać, wygłosił swoje credo.

- Myślę – zaczął ostrożnie – że w tej sytuacji na jakiś czas doktora Reszkę powinniśmy sobie odpuścić. Nie żeby całkiem – dodał szybko widząc zmarszczkę na czole Browna – tylko na jakiś czas. A właściwie, to powinniśmy go poszukiwać przez cały czas, ale nie jako priorytetowy cel i kierunek naszych działań. Na dzień dzisiejszy jest bowiem cel znacznie ważniejszy. Te trzy bomby w Polsce…

- Proszę dalej majorze - Brown wypuścił okrągły obłok dymu. – Chciałbym to z pana ust usłyszeć jeszcze raz.

- Tak, jak już mówiłem. Po udanej akcji podłączenia podsłuchu do linii używanej przez Bormanna, co zresztą nastąpiło w wyniku otrzymania wcześniejszych informacji od doktora Reszki, wiemy już, że ostatnio uruchomił on jakichś swoich ludzi tu, w Niemczech. Na razie nie potrafimy ich jeszcze zlokalizować, ale z tego, co przechwyciliśmy, można się domyśleć, że szykują jakąś akcję w Polsce. Mówili co prawda różnymi skrótami i półsłówkami, używali pseudonimów, ale mam nieodparte wrażenie, że może tu chodzić o te trzy bomby atomowe pod górą Mulenberg. Taśmy z tych nagrań przesłuchałem chyba z dziesięć razy i tylko to przychodzi mi do głowy. A w każdym razie, tylko to mi w tym wszystkim pasuje.

- Mnie niestety też, majorze – Brown wyciągnął nogi i jeszcze bardziej rozparł się w przepastnym fotelu. – A to już nas zmusza do działania na zasadzie straży pożarnej. Im wcześniej zlokalizujemy źródło ognia, im wcześniej będziemy mogli zapobiec jego rozprzestrzenieniu, tym lepiej dla nas. I dla całego normalnego świata.

- Chciałbym dodać… – zaczął McFarland, ale jakby się zawahał.

- No, co jeszcze?

- Jest jeszcze jedno ryzyko. Bo gdyby tak ludzie Bormanna naprawdę dorwali się do tych bomb i przy tym wpadli Sowietom w łapy, to nawet nie chcę myśleć, czym by się to dla nas mogło zakończyć. 

- Bylibyśmy w czarnej dupie, majorze – Brown tym razem nie zważał na słowa. – Zbieraj się więc i leć do Stanów. Tam pojedziesz do majora Pattersona i razem z nim wyselekcjonujesz z sześciu czy nawet siedmiu najlepszych ludzi. Poddasz ich przy tym sprawdzianom. Muszą doskonale mówić po polsku, a jednocześnie po niemiecku.

- Jak major Orawa…

- Owszem. Ale on jest jeszcze w Argentynie, bo tak naprawdę dotąd nie mieliśmy czasu i pomysłu, aby go stamtąd w jakiś naturalny i nie budzący podejrzeń sposób wycofać.

- Ale po tym wszystkim ma wrócić do Stanów.

- Może tak, a może i nie. Bo sytuacja właśnie się komplikuje. I jak to mówią mądrzy ludzie, nigdy nie mów nigdy – Brown wpadł nagle w filozoficzny nastrój. – Na razie zaś, daję ci siedem dni. Półtora dnia w tą, półtora w tamtą i cztery dni na miejscu. Patterson zna swoich ludzi na wylot, więc tyle czasu akurat powinno wystarczyć.

- A jakiś plan działania?

- Koncepcję już mam. Tu, w głowie – Brown popukał się w czoło. – Ale co do konkretów, zajmie się nimi porucznik Watkins. To ten, który wraz z panem współpracował przy przesłuchiwaniu tych Niemców z gór Hartzu. To bardzo zdolny i ambitny oficer. I tak jak pan dostanie zaledwie tydzień na opracowanie takiego planu, który musi przynieść sukces.

- To nie będzie takie proste…

- Wiem i dlatego wymyśliłem operację wspomagającą. Kilku z tych ludzi legalnie i oficjalnie zostanie dołączonych do ekipy poszukującej grobów naszych lotników poległych w czasie lotów nad Polską. Bombardowaliśmy przecież w czasie wojny niemieckie zakłady produkcyjne i lotniska w Szczecinie, Policach, Krzesinach, Poznaniu, Blachowni czy Pile. Wymieniam tylko te najbardziej znane, bo było tego znacznie więcej. Ponieśliśmy przy tym spore straty, tracąc maszyny i ich załogi zarówno w czasie dolotu do celów jak i podczas powrotów. Część lotników zginęła jeszcze w powietrzu, część dostała się do obozów jenieckich, część zaś do szpitali, gdzie niektórzy z rannych niestety umierali. Na dzień dzisiejszy oceniamy, że między dawną a obecną granicą Polski pochowanych jest co najmniej 67 lotników oraz 80 innych żołnierzy amerykańskich. W porozumieniu i za zgodą polskich władz, którym przecież nie wypada odmówić takiej prośbie, ekshumujemy ich ciała i przenosimy na nasze wojenne cmentarze w Zachodniej Europie. W końcu rodziny poległych mają prawo wiedzieć, co właściwie stało się z ich bliskimi i gdzie dokładnie są pochowani. Tak więc zakładam, że kilku z tych, których mi tu pan przywiezie, oficjalnie dołączy do takiej ekipy. Będą jednak znacznie bardziej aktywni niż normalnie. Będą też jeździć po terenie całego Dolnego Śląska, zaglądając gdzie się da i rozmawiając z kim tylko się da. Zakładam, że zmusi to ich Urząd Bezpieczeństwa do wzmożonego zainteresowania takimi działaniami i odciągnie ich siły od drugiej, nielegalnej oraz właściwej już grupy, która po cichu przejdzie granicę, wedrze się do obiektu „Centrum” i wykona swoją robotę. Wszystko to trzeba będzie skoordynować, uzasadnić, opracować trasy przejazdów, wyrobić właściwe, oficjalne dokumenty. A co do tej drugiej,  właściwej już grupy, będzie oddzielny plan…

- Rozumiem. Będą ryzykować.

- Niestety. Życie jest brutalne i chwilami zmusza nas  do podejmowania nawet najbardziej ryzykownych decyzji.      

- No to nie będzie czasu nawet na chwilę wytchnienia… Ani u niego, ani u mnie.

- Nie szkodzi. Kiedyś jeszcze się wyśpisz. W trumnie!

 

            30.09.1946, wczesne popołudnie – Niemcy, Norymberga, amerykańska strefa okupacyjna.


            - Czekałem na pana! – twarz Lischki wyrażała sporą ulgę. – Już od samego rana.

- A co? Tak ci się spieszy? – Moder popatrzył po rozmówcy, z zadowoleniem odnotowując zdecydowany ton głosu i sprężystość jego ruchów.

- Nie po to przez ostatnie dwa tygodnie ciężko trenowałem, aby cała ta harówka  poszła na marne. Tym bardziej, że przez ten czas zaniedbywałem swoje interesy, na których już teraz mogłem się nieco odkuć.

- Spokojnie żołnierzu – Moder wypowiedział slogan, jakiego czasem należy użyć, aby podkreślić właściwą hierarchię i zaprowadzić pewną dyscyplinę. – Przecież na tym nie stracisz.

- Pamiętam. Trudno zresztą zapomnieć o złotych dwudziestodolarówkach. To ile one są teraz warte?

- Na pewno o wiele więcej, niż wybity na nich nominał. Znasz czarny rynek, więc sam powinieneś się orientować.

- Nie powiem, że nie. A kiedy je dostaniemy?

- Chyba nie sądzisz, że od razu i na piękne oczy. Na takie coś trzeba solidnie popracować.

- A jak się coś stanie, to co? Kasa zostaje u Bormanna?

- Lischka… – ukryta groźba w głosie Modera zawisła w powietrzu. – Nie bądź bezczelny, aby powtórnie nie spotkało cię coś złego. Bo tym razem możesz się już nie wywinąć. Reichsleiter ma na was takie materiały, że nie chciałbyś ich nawet znać. A do porządnego obywatela brakuje ci cholernie dużo. I chyba nie wyszło by ci na zdrowie, gdyby jakimś cudem twoje wojenne sprawki wyszły na jaw?

- Ja tylko tak zapytałem – Lischka zmiękł, ale widać było, że hamuje złość. – Bo narażamy przecież życie. Nie tak jak ktoś, kto tylko zza biurka wydaje rozkazy.

- W porządku. W pełni cię rozumiem – Moder przynajmniej chwilowo postanowił być pojednawczy. – Reichsleiter upoważnił mnie, abym przed robotą wypłacił wam po połowie umówionej sumy.

- A, to już jest inna rozmowa. Ale zaraz… Jaką połowę? Przecież pięćset dolarów to dwadzieścia pięć dwudziestodolarówek. Tego się nie da podzielić na pół!

- Wystarczy – Moder nagle podniósł głos. – Nie jesteś tu po to, aby się mądrować, a ja nie jestem po to, abym tego wysłuchiwał. Masz robić co ci kazano i nie dyskutować. A teraz bierz już ten sprzęt – podniósł leżący pod ścianą plecak, zważył go w ręce i odstawił na miejsce.  – Siadamy zaraz do samochodu i jedziemy do podmiejskiego lasu. Znalazłem tam odpowiedni teren, abyś mógł udowodnić, że rzeczywiście ciężko pracowałeś.

 

Komentarze