Godzinę później zdyszany Lischka zrobił ostatnie kółko na trasie wokół wskazanego mu sosnowego zagajnika i wreszcie stanął przed spoglądającym na zegarek Moderem.
- No, może być – doczekał się oszczędnego komentarza. – Wracam teraz po kasę, Ernsta Lachmuta i pewne papiery, które musicie poznać, aby w ogóle wykonać zadanie. Następne spotkane za dwa dni, czyli w środę, drugiego października. Oczywiście nadal trenuj przez ten czas. Przygotuj też sobie jakieś znoszone, ale mocne buty oraz ciuchy. Nie możecie się tam przecież wyróżniać. Aha… I jeszcze jedno. Żadnej broni czy też innych, podejrzanych a śmiercionośnych przedmiotów, które mogły by was wkopać. Nie pojedziecie tam przecież walczyć, a na typowe, chociaż tajne rozpoznanie. I to ono jest najważniejsze.
- A metki?
- Jakie znowu metki, do cholery?
- No, z ubrań. Przecież są niemieckie. Więc może lepiej je wypruć.
- Lischka… Ty masz tam wracać z Marsa czy z Niemiec? Tym to się akurat nie przejmuj. Oficjalnie, będziecie tam przecież jechali jako repatriowani Polacy, w czasie wojny wywiezieni na roboty przymusowe. A wasze poprzednie polskie ubrania już dawno się zniszczyły.
- A jak się zaczną pytać, czemu wracamy dopiero teraz?
- To też nie jest problem. Ty będziesz wracał po długotrwałym leczeniu w alianckim szpitalnym na pylicę płuc. Tego tam nie stwierdzi żaden lekarz. A twój kompan oficjalnie będzie wracał po wyleczeniu syfilisu. Będziecie nawet mieli na to odpowiednie papiery. Pasuje?
- Jak najbardziej!
- No! I pamiętajcie… Żadnej broni, która mogła by was pogrążyć. Bo na tę wyprawę macie być czyści jak Dziewica Orleańska!
30.09.1946, popołudnie – Polska, Jelenia Góra, siedziba sowieckich organów bezpieczeństwa.
Kapitan Witalij Pawłowicz Aleksiejew z gestem ulgi zdjął marynarkę, ściągnął buty i wyciągnął się na stojącej w kącie biura kanapie. Mebel ten co prawda niezbyt pasował do urzędowej roli tego pomieszczenia, ale tak naprawdę nie warto się było tym przejmować. Nie przyjmował tu przecież jakichś oficjalnych gości, samo zaś pomieszczenie służyło głównie do pracy. Ale przecież do cholery, czasem trzeba się jakoś zrelaksować, gdy biuro służy jednocześnie za urząd, punkt dowodzenia, jadalnię i to często przez 24 godziny na dobę. Teraz też miał za sobą kilkanaście godzin intensywnych działań, podczas których podległy mu do dzisiaj trzydziestoosobowy konny oddział Kałmuków zatrzymał kolejną grupę osób przeprowadzaną przez miejscowego, a przewidzianego już wcześniej do aresztowania przewodnika. Po co robił mu konkurencję? Przecież mógł się zająć czym innym… Czując pragnienie wyciągnął rękę po stojący na stoliku syfon i nalał sobie do szklanki wody sodowej. Wypił, popatrzył na ścianę i mimo woli przez chwilę o mało nie wstał. Tak… Nie mógł się pozbyć tego uczucia, gdy napotykał na wzrok widniejącego na portrecie towarzysza Józefa Stalina. Z oczywistych względów nie mógł go tak po prostu zdjąć ze ściany, a jednocześnie niepokoił go ten wzrok, jakby świdrujący i wszystko wiedzący, mimo woli zmuszający do wzmożonych wysiłków i mobilizujący do następnych. – Chociaż – pomyślał Aleksiejew – może i dzięki temu pozostawiono mnie tu gdzie jestem, a nie przeflancowano do jakiejś zapyziałej, chociaż rodzimej sowieckiej mieściny. Tutaj bowiem jestem prawdziwym panem! Jako jeden z pierwszych wykazałem się już w czerwcu ubiegłego roku likwidując dużą, zbrojną grupę Werwolfu, a jeszcze wcześniej pozyskałem do współpracy miejscowego Niemca, Wolfganga Austa, do chwili obecnej owocnie działającego pod pseudonimem „Kałmuk”. Zrobiłem też z niego robotnika leśnego, legalnie pracującego tuż przy granicy z Czechosłowacją, gdzie szybko zdołał się wkręcić w struktury miejscowych przemytników. Powoli i po kolei wystawiając ich na strzał, w końcu jako „Wolf” wyspecjalizował się w przeprowadzaniu różnych podejrzanych typów. Ja ze swej strony płotki przepuszczam, bardziej podejrzanych zatrzymuję nieco dalej, aby go tylko nie zdekonspirować. Awansowano mnie zresztą za to do stopnia kapitana. Chronię też jego kontakty i praktycznie w pełni kontroluję sytuację, odpuszczając sobie przy tym aresztowania miejscowych zwykłych przestępców czy drobniejszych, działających nieco dalej przemytników. No bo z tymi grubszymi jest nieco inna sprawa… Już kilka razy wpadły mi w ręce cenne zachodnie towary, a i złoto czy twarda waluta, którymi miejscowi musieli płacić za nieosiągalne tutaj dobra. Część z tego w sposób oficjalny przekazałem wyższym przełożonym, część zaś po cichu trafiła do mojej prywatnej kieszeni. A co? Mam się przecież narażać niemalże za darmo, kiedy komunistyczna ojczyzna płaci takie nędzne grosze? W dodatku w rublach, które tutaj nie mają prawie żadnej wartości? Czasami więc trzeba zadbać i o siebie, a detalistami niech się nacieszą inni. No bo co to jest za sukces, złapać jakiegoś podrzędnego bandytę? Takimi niech się zajmuje miejscowa, polska Milicja Obywatelska i żołnierze powołanych w roku ubiegłym, również polskich Wojsk Ochrony Pogranicza, stacjonujący nad słabo jeszcze strzeżoną granicą. Ja tu jestem od ważniejszych, politycznych spraw. Co prawda, po rozwiązaniu w dniu 15 marca bieżącego roku organów NKWD, do posiadanego stopnia nie dodaję już zwrotu „bezpieczeństwa państwowego”, ale i tak nie jest źle. Jestem przecież w nowo powołanej strukturze Ministerstwa Spraw Wewnętrznych ZSRR, podległych nie byle komu, bo samemu generałowi pułkownikowi Siergiejowi Nikiforowiczowi Krugłowowi! To wielka figura – pomyślał jeszcze Aleksiejew. – Tylko jak on się tak szybko i wysoko wdrapał na tę drabinę? Ma dopiero 39 lat! Jest tylko parę lat starszy ode mnie! Ale co tam! Najważniejsze jest co innego. Bo i ja mam szansę wskoczyć na prawdziwą kadrową trampolinę oraz wybić się bardzo, ale to bardzo wysoko. Przecież ostatnio zdołałem złapać pewien niesłychanie ważny trop. Z co prawda czysto przypadkowo aresztowanego byłego urzędnika Urzędu Miasta w Jeleniej Górze, a właściwie wtedy jeszcze niemieckiego Hirschberga, udało mi się wydusić istną rewelację. W ostatnich dniach wojny był on naocznym świadkiem wizyty w urzędzie Karla Hanke, gauleitera Dolnego Śląska, a zarazem następcy samego Heinricha Himmlera! Jednym słowem ostatniego reichsführera SS! I gdyby tak to jego właśnie dopaść… – tu Aleksiejewowi mimo woli radosny uśmieszek wyszedł na twarz, a wyobraźnia podsunęła wizytę w Moskwie, może nawet u samego towarzysza Stalina! Prędko jednak zgasł ten uśmiech, bo i posiadane informacje nie były pełne. Owszem, był Hanke u burmistrza, owszem, przygotowano dla niego, jego towarzysza i będącej z nimi jakiejś kobiety po dwa komplety dokumentów, ale już dane osobowe wpisywali sobie sami. Diabli więc wiedzą, na jakich nazwiskach teraz funkcjonują i czy w ogóle jeszcze tu są. Założył jednak Aleksiejew, że pod latarnią czasem najciemniej i postanowił, że sprawę tą będzie drążył do końca. Bo może właśnie tutaj się gdzieś zakamuflowali? Nie podzielił się też posiadaną w tym zakresie wiedzą z żadnym z przełożonych. A po co mu to? Zaraz by tu przyjeżdżali jacyś partyjni mądrale, doradcy, zaczęły by się wyjaśnienia, większe i mniejsze naciski, a w razie niepowodzenia całą winę zwalono by na niego. Niech więc zostanie tak jak jest. On wystarczająco zna swoją robotę, ma już kompleksowo rozpracowane i na bieżąco kontrolowane pozostałe tu jeszcze miejscowe, niemieckie środowiska, a ewentualny sukces, jakby co spłynie tylko na niego. I z tą uspokajającą wizją Aleksiejew zapadł w zasłużoną, popołudniową drzemkę.
30.09.1946, wieczór – Niemcy, Bremen, amerykańska enklawa w brytyjskiej strefie okupacyjnej, siedziba Wywiadu Armii USA.
- No to pokaż mi ich wreszcie – kładąc papiery na biurko, Brown zakończył właśnie lekturę wstępnego raportu McFarlanda.
- Oczywiście! – major zdawał się tylko na to czekać. Wstał ze stojącego z boku fotela, podszedł do drzwi, otworzył je i wydał krótką komendę. – Poruczniku! Wprowadzić ludzi.
Weszli. Sześciu żołnierzy w polowych mundurach, z czapkami w dłoniach, równo i szybko stanęli w szeregu na lekko rozstawionych nogach, splatając ręce za sobą.
- Twardziele – pomyślał Brown, patrząc na ich ogorzałe twarze, prężne sylwetki, szerokie barki i wręcz bijącą z nich pewność siebie. – Oby jeszcze wykazali się taką samą inteligencją.
- Panie generale! – sekundę później pierwszy z wchodzących wystąpił krok naprzód i wyprężył się do postawy na baczność. – Porucznik Jones melduje oddział gotowy do akcji.
- Spocznij poruczniku – Brown wstał zza biurka i podszedł bliżej, przyglądając się każdemu z osobna. – Wiecie, że zadanie jest niebezpieczne?
- Yes, sir! – padło natychmiast z ust porucznika.
- Obecny tu major jutro rano przedstawi wam szczegóły akcji. A dla części z was nie będzie oficjalnej ochrony.
- Nie będzie potrzeby, sir! Każdy z nas pracował już za liniami wroga, jeszcze od czasu lądowania w Normandii. Od pierwszego dnia D-Day.
- To świetnie – Brown nagle przeszedł na niemiecki. – To jak ty się nazywasz? – stanął przed jednym z nich. – Ile masz lat? Skąd pochodzisz? Jaką szkołę kończyłeś? Odpowiadaj po niemiecku!
- Sierżant Robert Kowalsky – usłyszał prawie natychmiast w nienagannej niemczyźnie. Lat dwadzieścia cztery. Urodzony i do piętnastego roku życia zamieszkały w Cookeville, hrabstwo Putnam, w stanie Tennessee. Później college w Nashville, gdzie ukończyłem wydział geografii.
- A więc geograf… – Brown popatrzył z niejakim zdziwieniem. – Od kiedy w wojsku?
- Od dziewiętnastego roku życia. Już szósty rok.
- A skąd znasz niemiecki?
- Babcia była Niemką – odpowiedź padła jakby po chwili wahania.
- Wiec to ona cię nauczyła?
- Tak.
- A polski?
- Oboje rodzice byli Polakami. Wyemigrowali do Ameryki zaraz po wojnie polsko – bolszewickiej, jeszcze w 1921 roku. Razem z dziadkami.
- Moment – Brown myślał przez chwilę – Jak to oboje? To kto był z tego mieszanego, polsko – niemieckiego małżeństwa dziadków? Ojciec czy matka?
- Ojciec. Ale zawsze i wszędzie czuł się Polakiem. Nawet walczył w wojsku polskim, przeciwko bolszewikom. A później był ranny i go zdemobilizowano.
- A ty, kim się czujesz? – zapytał jeszcze po chwili, zastanawiając się nad zasadnością tego pytania.
- Amerykaninem, sir! Ale pochodzenia polskiego!
- W porządku – Brown zakończył to krótkie przepytywanie, po całym dniu zajęć czując się już mocno zmęczony. – Teraz idziecie zjeść kolację, a zaraz później spać. Jutro rano pobudka o szóstej. Obecny tu major – wskazał na McFarlanda – po zaprawie porannej i śniadaniu zapozna was ze szczegółami zadania. To wszystko. Odmaszerować!
01.10.1946, wczesny poranek – Niemcy, Bremen, amerykańska enklawa w brytyjskiej strefie okupacyjnej, siedziba Wywiadu Armii USA.
- Panie majorze! – głos dyżurnego podoficera wyrwał McFarlanda z głębokiego jeszcze snu. – Proszę wstawać. Pan generał wzywa!
- Co? Która to godzina? – nie czekając na odpowiedź spojrzał na stojący obok łóżka budzik. Wskazówki pokazywały dopiero dwadzieścia pięć minut po piątej i McFarland już wiedział. Stało się coś nagłego. Ale co? Nie oczekując jednak odpowiedzi od stojącego jeszcze w drzwiach żołnierza, który w oczywisty sposób nie mógł znać powodu tak wczesnego i niespodziewanego wezwania, zerwał się z łóżka, ściągając po drodze bluzę od piżamy. – Powiedz, że zaraz tam będę – rzucił jeszcze do podoficera i skierował się prosto do łazienki.
- Zerwałem pana, majorze – Brown musiał wstać znacznie wcześniej, będąc już w pełnym umundurowaniu, ze stertą papierów i kawą na biurku – gdyż jedna rzecz nie daje mi spokoju. Według pańskich założeń, porucznik Jones dowodzić będzie dwoma ludźmi, którzy pojadą tam na oficjalnych papierach. To rozumiem. Jasne i proste. Ale niepokoi mnie ta druga grupa. Nie ma w niej żadnego oficera. Nie sądzi pan majorze, że to zbyt wielkie ryzyko? Są w niej tylko sami sierżanci.
- Przepraszam panie generale, ale papiery, które ze sobą przywiozłem są nieco niekompletne.
- Niekompletne? Jak to? – Brown aż wstał zza biurka. – Chcecie mi powiedzieć, że to wszystko zrobiliście po łebkach?
- To nie tak, panie generale – mimo przekonania o słuszności swoich działań McFarlandowi skoczyło ciśnienie. – Papiery, które przywiozłem, znajdowały się w kancelarii ich macierzystej jednostki i tylko takie były pod ręką. Natomiast te z sądu wojskowego…
- Co? Z jakiego sądu? O czym pan bredzi? – Brown również poczuł uderzenie krwi do głowy. – O co w tym wszystkim chodzi?
- Pozwoli pan, że wytłumaczę – McFarland starał się zachować spokój. – Jeden z tych sierżantów, Williams, jeszcze pół roku temu był porucznikiem. Bardzo dobrym porucznikiem, przewidzianym nawet do awansu na stopień kapitana. Niestety wdał się w bójkę w pewnej znanej oraz odwiedzanej przez tak zwane lepsze towarzystwo nowojorskiej restauracji i na dzień dobry zdegradowano go za to do stopnia sierżanta. Formalnie do dzisiaj jest nawet zawieszony, oczekując na przeciągający się wyrok sądu wojskowego, bo sprawa jest mocno kontrowersyjna. Ale major Patterson poleca mi go jako swojego najlepszego żołnierza.
- Tak? A co on konkretnie nabroił? Przecież za zwykłe bójki nie ponosi się takich konsekwencji?
- Ciężko pobił innego oficera będącego w mundurze, publicznie i to na oczach cywilów. Co gorsza, pewnego ważnego pułkownika służącego w sztabie generała Douglasa MacArthura.
- A za co? – tu nagle Brown wykazał ponadprzeciętne zainteresowanie.
- Gość publicznie i po pijanemu molestował jego dziewczynę. A kiedy podczas tańca i to na środku parkietu usiłował zerwać z niej bluzkę, Williams zamiast starać się jakoś załagodzić tę sytuację, dał mu po prostu po ryju. Złamał nos, kość policzkową, uszkodził żebra. Ja przepraszam panie generale, ale w tej sytuacji uważam, że postąpił jak prawdziwy mężczyzna.
- No, tak… – Brown z powrotem usiadł za biurkiem, tym razem mając już w oczach filuterne błyski. – Mówiąc w skrócie, mamy tu kogoś odpowiedniego i to w odpowiednim miejscu. A właściwie dlaczego nie dowiedziałem się o tym już wczoraj?
- Przepraszam panie generale, ale wczoraj był pan już bardzo zmęczony. To było nawet widać po panu. Ja zresztą też padałem z nóg. Chciałem to wszystko wyjaśnić dzisiaj rano.
- Czyli to przez pana wstałem dzisiaj godzinę wcześniej – Brown już prawie całkiem odzyskał dobry humor. – Jest mi pan za to winien butelkę dobrego Bourbona. Ale tak ogólnie, to rozumiem pana. Sam bym chyba nie wymyślił lepszego kandydata.
Komentarze
Prześlij komentarz