- Popatrzyli po sobie. – Nie, chyba się nie zetknęliśmy – Henryk zabrał głos.
- No to macie dużo szczęścia. Bo tym mianem określa się żołnierzy Francuskiego Korpusu Ekspedycyjnego, pozostającego pod dowództwem generała Alphonsa Juin’a. W około sześćdziesięciu procentach to rodowici Marokańczycy, uzupełnieni czterdziestoma procentami Francuzów urodzonych w Maghrebie.
- Jakim znowu Maghrebie? – Truda nie zrozumiała.
- Maghreb? To kraje rejonu północno-zachodniej Afryki. Maroko, Algieria i Tunezja, będące francuskimi koloniami. Łącznie, w 1944 roku powołano stamtąd około stu dwunastu tysięcy żołnierzy i są to w przeważającej większości muzułmańscy najemnicy. Jednym słowem dzicz.
- Ale przecież nie powołano ich do jakiejś bandy, tylko do regularnego wojska. Musiała tam istnieć jakaś dyscyplina – mimo woli Henryk zaoponował.
- To się tylko tak wydaje – Neugebauer wiedział swoje. – Do prawdziwej akcji weszli po raz pierwszy we Włoszech, w 1944 roku, gdzie rzucono ich do walki o przełamanie Linii Gustawa. Przed bitwą generał obiecał im, że jeżeli tylko zdołają wykonać to zadanie, pozwali na pięćdziesiąt godzin totalnego rozprzężenia. Jednym słowem, będą mogli robić co tylko zechcą. No i się zaczęło… Od 18 maja rozpoczęli falę zbrodni, orgię morderstw, gwałtów i rabunków na bezbronnej włoskiej ludności cywilnej. Trwało to wiele dni, a nie obiecane wcześniej pięćdziesiąt godzin. Ocenia się, że zgwałcili wtedy około sześćdziesięciu tysięcy kobiet w wieku od jedenastu do osiemdziesięciu sześciu lat! Włoscy mężczyźni, którzy sprzeciwiali się temu, byli natychmiastowo i brutalnie zabijani. Były przypadki, że ich kastrowano czy nawet wbijano na pal, ku przestrodze innym. W końcu grupowo zgwałcono też miejscowego proboszcza, katolickiego księdza Alberto Terilliego, który od tego zmarł. Podążali potem przez Toskanię i Lombardię, aż do Niemiec, cały czas pozostawiając za sobą pasmo zbrodni.
- Jakoś się to chyba szerzej nie rozchodziło… – Truda była wstrząśnięta. – Przynajmniej tutaj nic o tym nie słyszeliśmy.
- Wszystko tuszowała aliancka cenzura, a nasz minister propagandy Joseph Goebbels skupiał się w tym czasie prawie wyłącznie na zbrodniach sowieckich. Wiadomo jak było… Największe zagrożenie dla Rzeszy szło właśnie ze wschodu. W każdym razie, dopóki nie wyznaczono ścisłych granic stref okupacyjnych, Marokańczycy dotarli aż do Stuttgartu, który teraz na szczęście znajduje się już u Amerykanów. Tylko w roku 1945 i to według zaniżonych oficjalnych danych, zgwałcili tam co najmniej tysiąc sto dziewięćdziesiąt osiem kobiet, w wieku od czternastu do siedemdziesięciu czterech lat! W tych swoich turbanach i z bronią w ręku, potrafili nawet bezczelnie i w biały dzień wdzierać się do mieszkań, gwałcąc i plądrując co tylko się dało.
- I nikt na to nie reagował? – Henryk nie mógł uwierzyć.
- Podobno niektórzy, co bardziej uczciwi i honorowi francuscy dowódcy niższego szczebla próbowali temu położyć kres. Chodzą słuchy, że kiedy było już tego za wiele, niektórych z tych morderców i gwałcicieli w końcu postawiono przed sądem wojennym. Piętnastu najbardziej rozbestwionych „goumierów” rozstrzelano, pięćdziesięciu czterech skazano na ciężkie więzienie, niemniej jednak zdecydowana większość tych zbrodni pozostała bez jakiejkolwiek kary czy konsekwencji. Nawet słynny, nieżyjący już generał George Patton z armii amerykańskiej stwierdził, że Marokańczycy to gwałciciele.
- Nie do wiary – zarówno Truda jak i Henryk, który niejedno już w życiu widział i przeżył, byli do głębi wstrząśnięci. – I żeby wyższe dowództwo na to pozwalało?
- Oj, ale państwo naiwni! – listonosz jeszcze nie kończył. – Myślicie, że tylko ten jeden ich generał nie miał w sobie ani krzty honoru? A taki generał Jacques Leclerc, dowódca francuskiej 2 Dywizji Pancernej?
- U niego też gwałcili?
- Nie, tu chodzi o całkiem inną historię. W końcowym okresie wojny Amerykanie wzięli do niewoli trzynastu francuskich żołnierzy, członków naszej Ochotniczej 33 Dywizji Grenadierów SS „Charlemagne”. Służyli tylko na froncie wschodnim, cały czas walcząc jedynie z bolszewikami. Niestety, zostali przekazani dywizji Leclerca, który osobiście zainteresował się francuskimi jeńcami wojennymi i zapytał ich: „Dlaczego nosicie niemieckie mundury?” Wtedy jeden z jeńców odparł: „A dlaczego pan, generale, nosi mundur amerykański?”. To przesądziło o ich losie, bowiem Leclerc poczuł się tak urażony, iż nie bacząc na to, że rzeczywiście paradował w takim właśnie mundurze, pytanie było całkiem logiczne i zasadne, a nawet nie miał prawa wydać takiego rozkazu, kazał ich natychmiast i to bez sądu rozstrzelać! Zbrodnię tę popełniono w pobliżu Bad Reichenhall i żaden podległy mu oficer nie zaprotestował, żaden też nie śmiał przeciwstawić się temu bezprawiu. Jednym słowem moralna degeneracja oraz kompletny brak jaj! I nie jest to u nich odosobniony przypadek. A następny, taki francuski generał Jean de Lattre de Tassigny?
- No? Co z nim?
- Jak to co? Po klęsce Francji w 1940 roku świadomie i dobrowolnie wstąpił do służby w armii kolaboranckiego i praktycznie całkowicie podporządkowanego nam, tak zwanego „Państwa Vichy”. Pełnił tam zresztą bardzo wysokie oraz odpowiedzialne funkcje. Miedzy innymi był naczelnym dowódcą wojsk Vichy w Tunezji, a następnie dowódcą dywizji w ich wojskach kontynentalnych. I nie zmazał tego fakt, że w listopadzie 1942 próbował stawiać opór wkraczającym do strefy nieokupowanej naszym wojskom, w związku z czym został nawet aresztowany, a po udanej ucieczce z więzienia przeszedł do „Wolnych Francuzów”, pod dowództwo generała Charlesa de Gaulle’a. Normalna chorągiewka, która zwraca się tam, skąd wieje wiatr. Nie bez powodu nasz feldmarszałek Wilhelm Keitel kpił z niego w Berlinie, że powinien podpisać akt kapitulacji zarówno po stronie przyjmujących, jak i składających kapitulację.
- A pan – Henryk tym razem już na zimno i podejrzliwie przyjrzał się herr Neugebauerowi – jak na wiejskiego listonosza wie zadziwiająco dużo…
- No, wie pan… – listonosz nagle się zmieszał. – Mówiłem już gdzie służy mój bratanek. Z racji zajęcia, zarówno wcześniej jak i teraz, ma dostęp do informacji o których zwykli śmiertelnicy nie mają zielonego pojęcia. A do tej rozmowy może jeszcze wrócimy… – niespodziewanie zakończył konwersację, odwrócił się, wsiadł na rower i popedałował przed siebie, nawet się nie oglądając.
19.09.1946, wczesny ranek – Niemcy, francuska strefa okupacyjna, wieś niedaleko Koblencji.
Łomotanie do zamkniętej od wewnątrz furtki, poderwało ich na równe nogi. Wyskoczyli z łóżka jak na sprężynach, w biegu wsuwając stopy w kapcie, wskakując w jakieś wierzchnie ubrania. Czyżby…
Na szczęście jednak nie! U furtki nie stał żaden zarośnięty i śniadolicy człowiek w turbanie, a surowo wyglądający ale jednak biały, francuski oficer żandarmerii w towarzystwie trzech, również jasnej karnacji żołnierzy. Rzut oka na okolicę ujawnił też fakt, iż samochód, którym przyjechali, stał dobre sto pięćdziesiąt metrów od ich domu. – To dlatego ich nie usłyszałem – błyskawicznie pomyślał Henryk, gdy powietrze rozdarło wypowiedziane chrapliwym głosem polecenie.
- Otwierać!
- Już idę – szybkim krokiem Henryk skierował się do furtki, przyglądając się uważnie niespodziewanym przybyszom. Oficer miał pistolet w kaburze przy pasie, ale żołnierze trzymali karabiny w pogotowiu.
- Proszę bardzo – kilka sekund później uchylił furtkę przed stojącą przed nim czwórką. – Czemu zawdzięczam pańską wizytę? – przemówił od razu, zakładając, że przynajmniej oficer zna język niemiecki i zwracając się bezpośrednio do niego.
- Nie muszę się tłumaczyć! – odpowiedź nie zapowiadała jakiejkolwiek swobodnej konwersacji. – Kto tu jeszcze mieszka albo przebywa?
- Nikt. Tylko ja i moja żona – wskazał na stojącą dwa kroki za nim Trudę.
- Nikt więcej?
- Nikt – nie zamierzał rozwijać tematu.
- Zobaczymy – oficer obejrzał go od góry do dołu. – Ale jeżeli złapię was na kłamstwie… Przeszukać dom! – zwrócił się do stojącej za nim trójki i ci natychmiast rozbiegli się po podwórku. Dwóch wpadło do domu, trzeci wskoczył do kurnika, z którego po chwili rozległo się głośne gdakanie.
- Panie oficerze – Henryk zdecydował się grać role przerażonego wieśniaka. – U nas naprawdę nikogo nie ma. My tylko kury hodujemy.
- Milczeć i czekać! – oficer niespodziewanie wyciągnął pistolet z kabury. – Jeszcze zobaczymy, co z was za ptaszki.
Tupot podkutych butów na drewnianych podłogach umilkł po jakichś trzech minutach. Tak samo uspokoiło się też w kurniku, z którego wyszedł jeden z nich, mając kilka piór na czapce.
- Nikogo! – zameldowali, stając w szeregu prze swoim przełożonym i opierając kolbami broń o ziemię. – I żadnych podejrzanych śladów.
- No, tym razem macie szczęście – oficer już jakby łagodniej spojrzał na stojącą przed sobą parę. – Bo jakbyście się jednak skumali z Werwolfem, to…
- Jakim Werwolfem? Panie oficerze, my…
- Nie przerywać! Jak mówię, że z Werwolfem, to tak jest! I pamiętajcie! Jeżeli was z nimi zgarniemy… – popatrzył chwilę po Henryku i niespodziewanie coś mu przyszło do głowy, bo nagle podniósł pistolet i tym razem jego słowa zabrzmiały naprawdę złowieszczo. – A ty bratku, jakoś mi na wieśniaka zbytnio nie wyglądasz. Raczej, jak jakiś rasowy esesman. Zdejmuj koszulę.
- Słucham? – przez chwilę Henryk myślał, że źle zrozumiał.
- Koszulę! No, jazda. I łapy do góry – wymierzył pistolet w jego stronę.
Nie było rady. Zdjął Henryk koszulę, podnosząc ręce do góry. – To prawie jak wtedy w Waldenburgu, gdy jeszcze u kowala sprawdzał mnie sowiecki major – pomyślał. I tak jak przypuszczał, oficera zainteresowały okolice jego lewej pachy.
- Obrócić się. Bardziej do słońca – Francuz jeszcze raz uważnie obejrzał mu skórę. – No, masz dzisiaj szczęście po raz drugi – skomentował. – Nie miałeś tam tatuażu. A co robiłeś w czasie wojny? Gdzie służyłeś? Jaka jednostka? – pytania padały jak z automatu.
- Byłem i jestem tylko cywilem. A z wojska byłem zwolniony.
- Taki byk? – oficer nie ukrył swego sceptycyzmu. – To pokaż jeszcze swoje dokumenty. Tej tutaj również – wskazał na Trudę.
Komplet dokumentów leżał w szafie. Przyniósł je, eskortowany przez dwóch żołnierzy ponownie z karabinami w ręku i podał oficerowi.
- No to jak się nazywasz?
- Paul Haaze. A moja żona to Hilda.
- Taaak… – oficer przerzucił kartki książeczki wojskowej z adnotacją o zwolnieniu ze służby, ze względu na wykonywanie pracy niezbędnej dla funkcjonowania gospodarki Rzeszy. – Jednym słowem, byłeś niezbędny?
- Pracowałem w elektrowni. A bez prądu nie ma życia. Ani żadnej gospodarki.
- Niby tak. Ale ja tu widzę, że jesteś inżynierem! To teraz niemieccy inżynierowie mieszkają na wsi i hodują kury? Od kiedy? Przed kim się ukrywasz?
- Przed nikim. I wcale się nie ukrywam. Przyjechałem tu z Berlina, bo po prostu miałem już dość życia pod sowieckim butem. Ciągle tylko straszyli, że jak nie będzie światła w ich sztabie, to postawią mnie pod murem. Że to byłby niby jakiś celowy sabotaż. A ja już mam ponad czterdziestkę i chcę wreszcie spokojnie żyć.
- Aha – oficer jeszcze raz popatrzył po nich, spojrzał w dokumenty i wyciągnął je w kierunku Henryka. – Macie. Ale pamiętajcie. Żadnych obcych, a tym bardziej nikogo z Werwolfu. Bo gdybyśmy was jednak powiązali z ostatnim zabójstwem naszego żołnierza, to chyba wiecie, co wam wtedy grozi? – spojrzał na nich jeszcze raz, a potem kantem dłoni wykonał wymowny gest, uderzając się od tyłu w kark.
- To znaczy? – Truda jakby nie zrozumiała.
- Gilotyna!
21.09.1946, wczesne popołudnie – Niemcy, francuska strefa okupacyjna, las pod Koblencją.
Ile tu już czekali? Ani jeden, ani drugi nie potrafili by tego określić, gdyby nie zegarki na przegubach ich rąk. Spoglądali na nie coraz bardziej niecierpliwie, dziwiąc się tylko w duchu leżącej obok, szesnastoletniej dziewczynie. Mimo łażących po nich mrówek, jak dotąd nie wykazywała żadnego zniecierpliwienia, nieruchomym, jakby martwym wzrokiem obserwując przebiegającą pięćdziesiąt metrów dalej, piaszczystą, leśną drogę.
- Cholera! Jadą na tych swoich rowerach, czy też się czołgają? – nie wytrzymał jeden z nich. – Powinni już tu być.
- Spokojnie – drugi z nich, starszy i jak widać bardziej opanowany spojrzał krzywo na niego. – Doczekasz się jeszcze. Skoro był sygnał, że ruszają w patrol, to znaczy, że wkrótce tu będą – jakby dla uspokojenia nerwów pogłaskał kolbę leżącego obok karabinu Mauzer, standardowego typu Kar.98k. Jeszcze przed wyjściem na dzisiejszą akcję zdemontował z niego czterokrotnie powiększający celownik optyczny Dialytan, niepotrzebny na tak nikłym jak na jego umiejętności dystansie.
Umilkli. Sygnał był bowiem od zaufanego człowieka, mieszkającego tuż obok koszar. Musiał tylko zadzwonić do sołtysa z sąsiedniej wioski i zapytać o możliwość zakupu worka mąki. To wystarczało, aby wiedzieć, że Marokańczycy wsiadają na rowery. A później ruszyła tajna machina.
Machina? To było zbyt mocno powiedziane, bowiem ich komórka Werwolfu, założona późną wiosną ubiegłego roku głównie na bazie miejscowego Hitlerjugend, na początku praktycznie nie prowadziła żadnej działalności. Owszem, przeczytali od deski do deski otrzymany wcześniej podręcznik wojny partyzanckiej, tak zwany „Kleinkrieg”, opisujący sposoby i zasady działania sabotażu i dywersji, ale jakoś na tym się skończyło. Przyczaili się tylko, prowadząc rozpoznanie miejscowych okupantów, gromadząc broń i amunicję. Pomogła w tym ścisła dyscyplina i selekcja członków oraz wprowadzone zasady konspiracji, zakładające, że każdy jej funkcyjny członek mógł znać tylko trzech swoich podwładnych, a jesienią oprócz podpalenia składu paliwa, którego to zdarzenia nikomu nie przypisano, żadnej innej akcji przeprowadzić nie zdołali. Tkwili w takim swoistym marazmie będąc już na skraju rozpadu organizacji, aż do chwili, kiedy to jesienią pojawili się Marokańczycy. Skoszarowano ich niedaleko, wspomagając wykonywanymi przez nich patrolami miejscowe siły francuskiej żandarmerii. Trwało to zresztą niezbyt długo, gdyż wkrótce potem butnym Francuzom w kepi na głowach przejadły się monotonne patrole wykonywane w jesiennozimowej aurze i praktycznie całość tych obowiązków zwalili na swych kolorowych pomocników, dla odmiany w turbanach. I wtedy dopiero się zaczęło… Jeden, drugi gwałt, rabunek, zabójstwo. Wstrząsnęło to miejscową społecznością, wzburzyło wielu. Zaczęło się kupowanie psów, barykadowanie na noc okien i drzwi. Niewiele to pomogło, gdyż wkrótce przyszedł następny gwałt, połączony z zabójstwem broniącego żony męża. To ich wreszcie obudziło, skłoniło do działania i praktycznie martwa już komórka szybko się odrodziła. Na początku powrócono do obserwacji, wyciągnięto oraz wyczyszczono dotychczas ukrytą broń, wprowadzono stan alarmowy i gdy wreszcie tydzień temu doszło do gwałtu na pani Rettmann, będący akurat w pobliżu Dieter Engel celnym strzałem położył kres życiu jednego z gwałcicieli. Teraz też leżał ze swoim karabinem, wypatrując nadjeżdżających, z których jeden miał być właśnie tym, któremu tamtej nocy udało się zbiec.
- Jadą! – usłyszał nagle głos kompana, leżącego z lewej strony. – Zaraz tu będą!
- Dobra! Lisa, bierz lornetkę i patrz. Jeżeli tylko będzie tam ten, którego wtedy widziałaś u swojej matki, to…
Nie dokończył. Nie było zresztą takiej potrzeby, bo i bez tego dziewczyna przywarła do szkieł, wypatrując zbliżających się postaci.
Komentarze
Prześlij komentarz