- Wstawaj! Pobudka! – przyciszony głos Lachmuta poparty mocnym szarpnięciem za ramię spowodował u Lischki natychmiastowe otwarcie oczu.
- Która godzina? Już czas?
- Jak cholera. Jest dwadzieścia pięć po piątej i chyba właśnie tu idą!
- Potrzebujesz jeszcze czegoś? – Williams rozejrzał się wokoło. – Jakieś dodatkowe światło, czy coś?
- Nie. Te dwie lampy w zupełności wystarczą. Postawcie je tam i tam – Moore wskazał palcem. – Na razie nie macie tu nic do roboty, wiec możecie sobie przynieść krzesła i oglądać wszystko jak w teatrze. A mistrz zaraz rozpocznie przedstawienie – przykręcił zawór pierwszego z gumowych węży palnika do niebieskiej butli, drugiego do kasztanowej, odkręcił kurki umożliwiając dotarcie gazów do dyszy i wyjął zapałki. Chwilę jeszcze pokręcił przy palniku, zapalił zapałkę i moment później zobaczyli jaskrawy płomień z sykiem rozświetlający mrok korytarza. – W porządku! – komentarz Moore’a był niezwykle lakoniczny. – Jak już pójdziecie po te krzesła, to poproszę o jeszcze jedną kawę. Fachowcowi należy się czasem coś ekstra!
W tym momencie byli już w toalecie. Przez szparę w uchylonych drzwiach obserwowali przygotowania spawacza oraz pozostałej dwójki. I gdy już powoli przygotowywali się do otwarcia ognia, sytuacja diametralnie się zmieniła. Na miejscu pozostał tylko człowiek z palnikiem, a pozostała dwójka zniknęła gdzieś w mroku.
- Co on powiedział? – stojący nieco dalej Lischka wyszeptał to Lachmutowi wprost do ucha. – Znam angielski, ale nie dosłyszałem.
- Kazał im przynieść kawy. I krzesła, aby mogli usiąść i go podziwiać.
- Jak to podziwiać?
- Normalnie. Powiedział, że jest fachowcem i powinni go oglądać jak w teatrze. A swoją drogą już wiemy kim są. To Brytole albo Jankesi.
- Ja bym stawiał na tych drugich.
- Ja też. Ale teraz czekamy. Dowódcą jest chyba ten, co się pytał o dodatkowe światło, więc również on będzie najlepszy do przesłuchania. I jak już będą w kupie, ja strzelam do spawacza, a ty do tego drugiego, mniej ważnego. A potem w zależności od sytuacji. Gdyby dowódca zdołał wyciągnąć jakąś broń, to strzelamy mu po nogach. Bo sytuacja wydaje się coraz ciekawsza i warto się dowiedzieć, co tu właściwie się dzieje.
- A gdzie Williams? – widząc nadchodzącego z dwoma krzesłami Kowalsky’ego, Moore zadał krótkie pytanie.
- No, jak to? Robi ci kawę! Jak jakiemuś ważniakowi.
- A niby nim nie jestem?
- Jesteś, jesteś… Bez ciebie nigdy byśmy nie sforsowali tych cholernych drzwi.
- No! To teraz przynieś jeszcze jedno krzesło. Bo przecież ja też od czasu do czasu muszę odpocząć.
- Cholera! Kręcą się jak gówno w przerębli! – Lachmut niecierpliwie przestępował z nogi na nogę. – Jak tak dalej pójdzie, to… – Nie dokończył. Bo właśnie w trakcie tych niepotrzebnych, w ciemnościach wykonywanych ruchów, nagle stało się coś nieoczekiwanego. Wystający mu z kieszeni łukowaty magazynek do pepeszy został zawadzony rękawem kurtki i wysunąwszy się na zewnątrz, upadł na podłogę. Trzask jaki przy tym powstał, wydał im się prawie wybuchem granatu i w pierwszej chwili ogarnęła ich zwykła, niegodna przecież takich zawodowców panika. Pospiesznie wycofali się aż do składziku ze szczotkami i tam dopiero zdołali opanować buzujące w nich emocje.
- Kurwa mać! – Lischka, choć miał ochotę krzyczeć, wyszeptał jedynie jadowitym tonem. – Musiałeś upuścić jakieś gówno? Bo jeżeli ten spawacz coś usłyszał, to…
- Spokojnie! – Lachmut usiłował uspokoić kompana, mimo, iż w dalszym ciągu sytuacja pozostawała nieznana. – Jeżeli nawet coś usłyszał, to nie ma pojęcia, że tu jesteśmy. A gdyby nawet tu przyszli, to skosimy ich nie oglądając się już na nic.
- To co ty właściwie upuściłeś?
- Magazynek. Zawadziłem rękawem i wyleciał mi z kieszeni.
- Podniosłeś go chociaż?
- Nie zdążyłem. I było przecież ciemno…
- No to jesteśmy w czarnej dupie. Bo jeżeli tylko oni go znajdą…
Mimo syczącego palnika Moore wyraźnie usłyszał jakiś podejrzany metaliczny dźwięk dochodzący z kierunku z którego wczoraj weszli do kompleksu, jednak prawie dziesięcioletnie doświadczenie i wyszkolenie dosłownie w sekundę pozwoliło mu opanować przemożne pragnienie natychmiastowego rzucenia się ucieczki. Zastygł tylko na chwilę wytężając słuch, ale później nic już się nie wydarzyło. Powrócił więc do spawania, zastanawiając się tylko nad jednym. – Człowiek, czy może tylko jakieś zwierzę? A jeżeli jednak człowiek? Kiedy więc kilka chwil później pojawił się przy nim Kowalsky z krzesłem, postanowił skrycie działać.
- Idę się odlać! – gasząc palnik oznajmił głośno, zakładając, że jeżeli w pobliżu jest ktokolwiek obcy, to powinien go usłyszeć.
- Już? Przecież niedawno sikaliśmy.
- Jakoś mnie ciśnie. W tej cholernej skalnej lodówce chyba się przeziębiłem.
- Jak musisz… Ale dokąd idziesz? – widząc kierunek jaki obrał Moore, Kowalsky mocno się zdumiał. – Kible są tam, kilkanaście metrów stąd – wskazał na pobliskie trzy toalety usytuowane blisko wejścia, czy też raczej wyjścia z podziemi.
- Ale idę tam, gdzie kapie woda z kranu. Jakoś nie lubię chodzić z brudnymi rękami, zwłaszcza po wyjściu z toalety. Przy okazji zobaczę też, co się dzieje z moją kawą. A ty tu czekaj!
-To co? Zaryzykujemy? – wyszeptał Lachmut do Lischki.
- Strzelać? Już teraz?
- Coś ty, głupi? Postaram się odnaleźć ten magazynek.
- A wiesz dokładnie gdzie ci upadł? Bo przecież latarki nie zapalimy…
- Nie za bardzo. Ale też wiem, że lepiej go odnaleźć.
Po cichu i na paluszkach wrócili na poprzednie miejsce. Dyskretne spojrzenie na korytarz ukazało jednego z przeciwników siedzącego na krześle, ale tylko jego. Spawacz gdzieś zniknął i nadal też nie było tego, którego wcześniej zidentyfikowali jako dowódcę.
- To teraz na kolana!
- Słucham? – Lischka nie mógł uwierzyć w to co właśnie usłyszał.
- Na kolana. I ostrożnie macamy dłońmi.
Nie trzeba było dalszych wyjaśnień. Końcami palców dotykali podłogi i dopiero po około minucie Lischka wreszcie usłyszał tłumione westchnienie ulgi.
- Mam!
- To schowaj go, ale tak, aby już więcej nie wypadł. Co robimy dalej?
- Jak to co? Czekamy. Aż wreszcie będą w komplecie!
Oświetlając ciemne korytarze światłem ręcznej latarki, Moore dotarł wreszcie do Williamsa, zastając go przy sypaniu cukru do kubka z kawą.
- Ktoś tu jest! – wypalił bez żadnego wstępu.
- Jaki ktoś? O czym ty mówisz? – zdumienie Williamsa nie miało granic.
- Nie wiem kto. W każdym razie ktoś tu jest. Ktoś obcy!
- Oszalałeś?
- A wyglądam na takiego? Mówię ci… Ciąłem palnikiem te drzwi, gdy coś jakby upadło na podłogę. Coś metalowego. I to tam, którędy wchodziliśmy.
- Kowalsky też to słyszał?
- Nie. Akurat poszedł po dodatkowe krzesło.
- Po jaką cholerę?
- Ja go poprosiłem. Od czasu do czasu też muszę wypocząć. Nie da się pracować palnikiem kilka godzin bez przerwy. I co teraz?
- Moment… Dałeś poznać po sobie, że coś słyszałeś?
- Myślę, że nie. Ciąłem dalej te drzwi, aż przyszedł Kowalsky. Kazałem mu czuwać, a sam przyszedłem tutaj. Pod pretekstem, że muszę skorzystać z toalety.
- A może to jakiś szczur, czy coś…
- Nie wiem. Ale jedno jest pewne. Trzeba to sprawdzić. Czy nam się to podoba, czy nie!
- Dobrze… Ale czy naprawdę jesteś pewny? Jak mogłeś to słyszeć przy syczącym palniku?
- Jak mówię, że słyszałem, to słyszałem! Wychodząc wczoraj z tego pomieszczenia z kiblami, nie zamknęliśmy za sobą drzwi. Do tej chwili są na wpół otwarte. Ciemno tam jak w dupie i stojąc przy nich można nas obserwować, a nawet podsłuchiwać. A w razie potrzeby, bez problemu skosić jedną dłuższą serią z automatu.
- Mówiłeś o tym Kowalsky’emu?
- Nie. Obawiałem się, że jeżeli naprawdę ktoś tam jest, to na bank musi słyszeć nasze rozmowy. Powiedziałem wiec głośno, że idę się odlać i to do toalety, gdzie w kranie jest woda. Dodałem też, że idę po kawę. A potem od razu przyszedłem do ciebie.
- W porządku. Musimy to sprawdzić i chyba już wiem jak.
- Wymyśliłeś tak szybko?
- A dlaczego nie? Sprawa jest stosunkowo prosta. Przygotujesz broń, chowasz ją pod kurtką i jak gdyby nigdy nic wracasz do spawania. Od razu też powiesz Kowalsky’emu, że ma przyjść do mnie. Ja idę za tobą i czekam na niego w ciemnościach, kilka metrów w głębi bocznego tunelu. Zapoznam go z twoimi podejrzeniami i przygotujemy tu na szybko mocny ładunek hukowy. Mamy przecież materiały wybuchowe i zapalniki. Pokombinuję trochę przy jednym z nich, aby zadziałał od razu po rzucie. Wiem jak się to robi. A potem zejdziemy do ciebie. Wcześniej wygnę jakiś kawałek drutu, jakby wytrych i jak gdyby nigdy nic pójdziemy do tych drugich, wcześniej spawanych pancernych drzwi. Że niby będziemy próbowali je otworzyć. A stamtąd niespodziewany rzut za te drzwi o których mówisz i wpadamy tam z latarkami oraz z bronią w ręku. Reszta zależy już od tego, co tam odkryjemy. Bo gdyby jednak ktoś tam był, to warto by było go przesłuchać. Dowiedzieć się co i dlaczego tu robi. I jeszcze jedno jest pewne… W razie jakiegokolwiek niebezpieczeństwa strzelamy natychmiast, bez żadnego zastanowienia czy ostrzeżenia!
- A gdyby tak…
- No, co jeszcze?
- Przy kilku leżących tu trupach widziałem niemieckie granaty ręczne. Więc może by użyć czegoś takiego.
- A masz pewność, że po półtora roku w zimnie i wilgoci nie wybuchną ci w dłoni? Albo czy na pewno zadziałają? Bo przecież naprawdę musimy ich zaskoczyć!
- No, nie…
- Więc sprawa jest jasna. Robimy tak jak powiedziałem. A kawa? – dodał po chwili widząc, że Moore kieruje się już w dół. – Szedłeś przecież po kawę, prawda? Bo przecież nic nie może budzić podejrzeń! Jeżeli oczywiście naprawdę ktoś tam jest!
- Niech to szlag trafi! – Lischka nie wytrzymywał, obserwując zmieniającą się wciąż sytuację. – To tak, jak w tej starej wyliczance: „Helga przyszła, Gerda wyszła, Helga wyszła, Gerda przyszła”.
- Spokojnie – Lachmut był mniej niecierpliwy. – Musimy jeszcze poczekać.
- Łatwo ci mówić. A ja już jestem głodny, zziębnięty i pić mi się chce. Jak tak dalej pójdzie, to za godzinę czy dwie zacznę wykazywać objawy odwodnienia.
- Wytrzymaj jeszcze trochę. Bo nagroda powinna być warta tej ceny.
- Gotowy? – Williams uważnie popatrzył na Kowalsky’ego.
- Jasne. Chociaż nie wiem, czy po prostu się nie wygłupiamy. Jakoś nie chce mi się wierzyć w jakichś obserwujących nas obcych.
- Mnie również, ale musimy to sprawdzić. Bo gdyby byli tu jednak jacyś strażnicy…
- Wiadomo. Ruszajmy!
- Chyba idą. Słyszę kroki i nie jest to jedna osoba – Lischka pokręcił głową.
- Dobra. To teraz czujnie. Bo to już pewno niedługo wszystko się rozstrzygnie.
- No, jak ci idzie? – Williams mówił do Moore’a specjalnie głośno, chcąc, aby doszło to do ewentualnych przeciwników.
- Nieźle. Myślę, że jeszcze pięć do sześciu godzin i sforsujemy te drzwi. Wejdziemy wtedy do środka i zobaczymy co tam jest.
- A my mamy jeszcze jeden pomysł. Zrobiłem wytrych i spróbujemy otworzyć te pierwsze drzwi, ze śladami spawania. Bo skoro ktoś tak uparcie usiłował je pokonać, to musi tam być coś cholernie ważnego – wyciągnął z kieszeni i pokazał spory kształt uformowany z grubego drutu.
- Myślisz?
- A co? Nikt nie zabezpiecza byle czego za pancerną stalą. Musi tam być coś naprawdę ekstra.
- A dlaczego nie próbowałeś otworzyć wytrychem właśnie tych? – trzymanym w ręku palnikiem Moore wskazał stal przed sobą, starannie odgrywając uzgodniony wcześniej spektakl.
- Oglądałem je już wczoraj wieczorem. To typ zamka, którego kompletnie nie znam. Za to te drugie… Podgrzej mi tylko ten drut palnikiem, ale tak do czerwoności, a ja potem zahartuję go w zimnej wodzie – wskazał na Kowalsky’ego stawiającego właśnie na posadzce niewielką puszkę. – I kto wie, czy za parę minut nie staną przed nami otworem!
Komentarze
Prześlij komentarz