Przejdź do głównej zawartości

ATOMOWY POKER 258

 

                 Rozdział VI

 

               Czas rozczarowań, czas przygotowań.

 

            13.11.1946 – Argentyna, San Carlos de Bariloche, siedziba Martina Bormanna.


            - No i co? – odkładający słuchawkę telefonu Manfeld miał taką minę, że pytanie Bormanna było właściwie zbędne.

- Dalej nic. Nie powrócili z zadania.

- A Moder? Jak to tłumaczy?

- Wcale nie tłumaczy. Nie zgłosili się, więc nic nie wie i w tym momencie cała sprawa się kończy. Zarówno dla niego, jak i dla nas. Przynajmniej na razie.

- Jak to się kończy? Wysłaliśmy tam przecież naszych najlepszych ludzi!

- Oczywiście, herr reichsleiter. Ale też jest faktem, że jak dotychczas nie powrócili.

- Cholera jasna! Dawaliśmy przecież za to zadanie po dwadzieścia pięć złotych dwudziestodolarówek na łba. Kupę forsy!

- Jak widać, czasem nawet nie złoto decyduje. Musieli na czymś wpaść.

- Ale na czym?

- Tego prawdopodobnie możemy już nigdy nie ustalić. Nie mamy tam żadnych głębiej uplasowanych źródeł informacji.

- Czyli nasi ludzie w ojczyźnie nic nie robią…

- Robią i to dużo. Ale przeniknąć do komunistycznych organów wojska czy bezpieki i to na terenach tymczasowo okupowanych przez Polskę, to nie takie proste – aby nie narazić się na jeszcze większy gniew Bormanna, Manfeld wolał nie mówić, że to już nie są i raczej chyba już nigdy nie będą tereny niemieckie.

- Nie przyjmuję tego do wiadomości! Słyszysz Manfeld? Nie przyjmuję!

- Rozumiem, ale stąd nic w tej sprawie nie zrobimy. Musimy polegać na ludziach, którzy fizycznie są tam… Na miejscu.

- Czyli co? Nie mamy już zaufania do Modera?

- Wręcz przeciwnie. Nie mamy powodów, aby mu nie ufać.

- A więc?

- Wysłał najlepszych ludzi. A w każdym razie najlepszych, jacy byli dostępni. Albo też inaczej… Jedynych, którzy byli osiągalni za pośrednictwem Fritza Schaube.

- Jednak nie wrócili!

- Może jeszcze wrócą. Przed wykonaniem zadania dostali zadatek. Głupio by było nie zgłosić się po resztę. To jednak suma wysoce satysfakcjonująca.

- Ale minął już ponad miesiąc.

- Wiem, że to zbyt długo. Niemniej jednak przedostać się na tereny kontrolowane przez Polaków i Rosjan, wykonać zadanie i wrócić, to nie jakieś tam byle co. W sytuacji, w której wysłani zostali praktycznie w ciemno… Przecież rozpoznania na miejscu nie mieliśmy.

- Podsunąłeś mi takie rozwiązanie…

- Przepraszam herr reichsleiter, ale to pan podjął taką decyzję. Ja ją tylko przekazałem do realizacji.

- Dobrze. Jak było tak było i nie ma co do tego wracać. Ale co dalej?

- Myślę, że trzeba jeszcze poczekać.

- Ale ile Manfeld? Ile?

- Proponuję wstrzymać się jeszcze tydzień czy dwa.

- Tak? A może jeszcze na przysłowiowe „święty nigdy”?

- Herr reichsleiter! Tego bym nigdy nie proponował. Wiem, że sytuacja jest mocno nieciekawa, ale wstrzymajmy się. Może jeszcze coś się wyjaśni. A potem, w zależności od okoliczności podejmie pan ostateczną decyzję – Manfeld wolał scedować wszystko na Bormanna. Bo jeżeli znów by miało pójść coś nie tak, to przynajmniej niech nie on będzie kozłem ofiarnym.

- A żebyś wiedział, że podejmę. I kto wie, czy to nie właśnie ty wrócisz do ojczyzny, aby poukładać tam wszystko jak trzeba! 

 

            14.11.1946, południe – Stany Zjednoczone Ameryki Północnej, Karolina Północna, Fort Bragg.    

 

            Wystartowali jeszcze wczoraj. Wczesnym rankiem, prawie w całkowitych ciemnościach kierowca generała zawiózł ich na pobliskie lotnisko, gdzie już stał zatankowany do pełna i gotowy do lotu wielki wojskowy transportowiec. Cztery potężne silniki powoli obracały śmigła, rozgrzewając się do temperatury roboczej. Z boku przystawiono schodki, po których wraz z McFarlandem weszli na pokład i rozejrzeli się po wnętrzu. Nikogo! Samolot miał co prawda miejsca na około pięćdziesięciu żołnierzy z pełnym wyposażeniem, ale tym razem ich trójka miała być jedynymi pasażerami. Było to tak niewiarygodne, że aż Truda nie wytrzymała.

- Tylko my lecimy? Sami?

- Szanowna pani Reszka… – McFarland wobec kobiet z reguły starał się być jak najbardziej uprzejmy. – Mówiłem już, że pani mąż jest dla nas wyjątkowy. Poza tym, z pewnych względów o których nie mogę pani szerzej opowiadać, jego tożsamość przez jakiś czas musi pozostać ściśle tajna. Nie chcemy aby ktokolwiek go zobaczył, skojarzył z nami czy też poznał jego prawdziwą tożsamość. I proszę mi wierzyć, że to wszystko dla państwa dobra. Jak to mówią, góra z górą się nie zejdzie, ale człowiek z człowiekiem zawsze może. Zdarzały się już przypadki, że nawet na przysłowiowym końcu świata ludzie trafiali na kogoś, kogo nigdy by się tam spotkać nie spodziewali. A czasem nawet na kogoś, kogo w ogóle by nie chcieli i nie powinni spotkać.

- A w Ameryce?

- Tak samo. O szczegółach porozmawiamy już na miejscu, a na razie proszę się tutaj jakoś zadomowić. Jakby co tam jest toaleta - wskazał ręką - fotele na przedzie są rozkładane, a z boku jest nawet mała biblioteczka. Trochę książek, bieżące czasopisma.

- Mamy tu czytać?

- Jak państwo sobie życzą, ale uprzedzam, że lot będzie długi.

- Ile godzin będziemy w powietrzu?

- Około osiemnastu.

- Naprawdę? – Trudzie rozszerzyły się oczy.

- Droga pani… Posłużę się waszymi jednostkami odległości, aby być lepiej zrozumianym. Odległość z Bremen do Nowego Yorku to całe 5600 kilometrów. Prędkość przelotowa naszego samolotu wynosi 310 kilometrów na godzinę. Co prawda mogli byśmy lecieć nawet ponad sto dziesięć kilometrów szybciej, ale wtedy zabrakło by nam paliwa jeszcze nad Atlantykiem. A przecież chcemy bezpiecznie dotrzeć na miejsce, prawda?

- A jak polecimy wolniej, to na pewno wystarczy?

- Jak najbardziej. Przy prędkości przelotowej nasz zasięg to całe 6400 kilometrów. Mamy więc jeszcze około ośmiuset kilometrów w zapasie. Może więc pani spać spokojnie.

Nie pytała już o nic. Natomiast Henryka, jako umysłu ścisłego zainteresował sam samolot i po kilkunastu minutach już wiedział. Lecieli Douglasem C – 54 Skymaster, napędzanym przez cztery silniki Pratt&Whitney o mocy 1450 koni mechanicznych każdy. Dawało to łączną moc aż 5800 koni, nadzorowanych przez czteroosobową załogę. Pochodził trochę po pokładzie, powyglądał przez okna, ale wszędzie było jeszcze ciemno. Dojrzał co prawda światła jakichś większych miast, ale co by mu to dało nawet gdyby poznał ich nazwy? Prędko więc doszedł do wniosku, że nie ma co tak łazić bez celu i wkrótce potem zajął miejsce tuż obok Trudy. Rozłożył jeszcze oparcie fotela i kilka minut później zasnął snem sprawiedliwego.

 

            Lądowali prawie o 23.00. Okazało się przy tym, że lotnisko był wojskowe i nie leżało bezpośrednio w Nowym Yorku, ale kilkanaście kilometrów z boku. Jakiś porucznik, który przywitał się z McFarlandem jak stary znajomy, podwiózł ich kilkaset metrów dalej, do małego baraczku, w którym była tylko toaleta, mała stołówka i dwa pokoje. Zajęli jeden z nich, do drugiego wprowadził się ich opiekun, chwilę później ciemnoskóry kelner, któremu nawet nie pozwolono ich zobaczyć przyniósł trzy kolacje i wreszcie po raz pierwszy położyli się spać na amerykańskiej ziemi.

 

            Obudzili się kwadrans po ósmej. Od razu też natknęli się na McFarlanda, który z apetytem pałaszował właśnie sporą porcję steku, mając pod ręką dzbanek z mocną kawą.

- I jak się państwu spało?

- Dobrze – popatrzyli po sobie i szeroko się uśmiechnęli. – Ale ten baraczek i  lotnisko, to chyba nie koniec naszej podróży?

- Jak by pan zgadł, panie Reszka. Proponuję teraz złożyć zamówienie, co by tam państwo chcieli zjeść. Nasz znajomy porucznik przekaże je gdzie trzeba i najdalej za dwadzieścia parę minut wszystko będzie na stole. Zjecie, a potem polecimy dalej.

- Długo?

- Niezbyt. Niespełna cztery godziny.

- A dokładnie?

- Może to zabrzmi nieuprzejmie, ale nie muszą państwo wiedzieć.

- Oczywiście dla naszego dobra? – pytanie, czy raczej twierdzenie Henryka było co najmniej mocno ironiczne.

- Z ust mi to pan wyjął, poruczniku. Dokładnie tak.

- Poruczniku? – Truda zrobiła wielkie oczy.

- Owszem. Ale o tym, porozmawiamy we właściwym czasie.

 

            Podchodzili do lądowania widząc z góry jakieś stojące w kilku rzędach baraki, coś jakby tor przeszkód, boisko sportowe i strzelnicę. Tym razem samolot był znacznie mniejszy, dwusilnikowy, do złudzenia przypominający DC - 3 Dakota, którym to Henryk nieco ponad rok wcześniej leciał w Argentynie, z Las Grutas do La Falda i to w towarzystwie Bormanna oraz sobowtóra samego Hitlera! Chwilę później samolot przyziemił, potoczył się jeszcze jakby celowo na sam koniec pasa i wreszcie stanął. Czekał tam już samochód osobowy, który o dziwo skierował się w stronę przeciwną niż widziany wcześniej obóz. Podjechał do strzeżonej przez wartownika bramy w ogrodzeniu z drutu kolczastego i skierował się do lasu. Ten teren też był ogrodzony, chociaż wydawał się znacznie mniejszy, a w środku był tylko jeden piętrowy budynek.

- No to jesteśmy na  miejscu – towarzysz ich podróży otworzył drzwi samochodu. – Zjemy obiad, pani odpocznie w osobnym pokoju, a my omówimy niezbędne szczegóły. Bo czeka was tu jeszcze kilka niespodzianek.

 

            Godzinę później zasiedli w głębokich fotelach usytuowanego na piętrze niewielkiego pokoju, wyposażonego nawet w niewielki barek. Zapadła chwila wyczekującego milczenia, które w końcu przerwał McFarland.

- Panie Henryku… Jesteśmy w bazie szkolenia sił specjalnych, chociaż w pańskim przypadku będzie to szkolenie indywidualne, w wydzielonej części obozu i w odosobnieniu od innych kursantów. Normalnie, byłby pan odcięty od świata przez co najmniej trzy miesiące, ale z uwagi na obecność tutaj pani Gertrudy zrobimy pewne wyjątki. Zajęcia będą trwały od ósmej rano w poniedziałek do południa w sobotę. Resztę czasu będziecie mieli dla siebie. Pańska żona zamieszka w pobliżu, ale też na terenie strzeżonym. Jest tam takie quasi miasteczko, zamieszkiwane przez ludzi zatrudnionych w bazie. Dostanie swego rodzaju opiekunkę i przewodniczkę po tym nowym dla niej świecie, która jednocześnie będzie dla niej nauczycielką języka angielskiego. Liczymy na to, że i dla niej nie będzie to czas stracony. A z kolei pan…

- Tak?

- Też dostanie kogoś, kto wieczorami podciągnie pana w języku angielskim i polskim. Bo jak na razie, wygląda to niestety trochę słabo.

- O angielskim sam wiem. Ale polskim też?

- Proszę się nie dziwić. Już major Orawa, jeszcze w Argentynie zwrócił nam uwagę, że pańska polszczyzna jest nieco archaiczna. Tak się teraz w Polsce nie mówi.

- Jak to się nie mówi? Przecież język się chyba nie zmienił!

- Język jako taki nie. Ale przez lata niemieckiej okupacji pojawiły się nowe słowa, zwroty, a nawet całe piosenki. Zna pan na przykład taką piosenkę, która zaczyna się od słów „Siekiera, motyka”?

- Pierwsze słyszę… A jest taka?

- Jak najbardziej, a ponieważ w takiej akcji nie wolno wyróżniać spośród innych, więc musi pan to wszystko znać.

- A wy to niby znacie?

- Oczywiście. Jeszcze do końca ubiegłego roku działał u nas pion wojny psychologicznej. Domyśla się pan o co chodzi… Szerzenie wśród Niemców chaosu, dezinformacji, nawet w postaci rozpowszechniania fałszywych rozkazów i rzekomych zarządzeń władz, podkopywanie morale i wiary w zwycięstwo. W tym celu zbierano miedzy innymi wszelkiego rodzaju przejawy zmian językowych na terenach zagarniętych przez państwa Osi. Nawet antyniemieckie dowcipy ośmieszające Hitlera, Goebbelsa czy ogólnie okupantów. W Polsce wszyscy je znają. Bo jeżeli chce się dotrzeć do jakiejś większej społeczności, trzeba mówić ich językiem. Cała ta wiedza jest teraz do naszej, a przez to i do pańskiej dyspozycji.

- To aż tak?

- A żeby pan wiedział. Zna pan na przykład słowo „szmalcownik”? – McFarland zadał sobie dużo trudu, aby chociaż w przybliżeniu prawidłowo wymówić to słowo. – Bo w Polsce praktycznie każdy dorosły natychmiast wie o co chodzi. Ja również wiem, ale tylko dlatego, że nie dalej jak wczoraj wieczorem prawie godzinę rozmawiałem jeszcze z pańskim przyszłym nauczycielem. I muszę stwierdzić, że przed panem bardzo wiele pracy.

- „Szmalcownik”? Przyznam się, że nigdy nie słyszałem tego słowa.

- No, właśnie. W Polsce oznaczało ono osobę, która podczas okupacji szantażowała ewentualnie wymuszała okup od ukrywających się Żydów i pomagających im Polaków, grożąc ich denuncjacją Niemcom, w zamian za pieniądze lub inne korzyści.

- Ale co to ma wspólnego ze smalcem?

- Raczej szmalcem, bo tak się tam mówiło. A samo słowo w gwarze przestępczej oznaczało łapówkę, pieniądze czy jakieś kosztowności.

- Nie wiedziałem…

- Tak też myślałem. A słyszał pan może o „góralach” czy „rąbance”?

- Jak tak na pana patrzę, to z góry zakładam, że nie chodzi tu o ludzi zamieszkałych w górach, czy też o jakąś krwawą bitwę…

- I dobrze pan kombinuje. „Rąbanka” to porąbane na mniejsze kawałki mięso, które nielegalnie szmuglowano, czyli przemycano, ze wsi do głodujących miast. A przy okazji… Właśnie poznał pan następne okupacyjne słowo. „Szmugiel”. Co zaś do „górala”, to chodzi tu o pięciusetzłotowy banknot z wizerunkiem górala, który najczęściej służył jako minimalna łapówka dla jakiegoś sprzedajnego niemieckiego żandarma, który na przykład złapał pana przy przewozie tej rąbanki. Wiedzieć przy tym należy, że takie pieniądze, tak zwane „młynarki” - tu znów nazwa od Feliksa Młynarskiego, który za zgodą waszego rządu londyńskiego podczas okupacji był polskim Prezydentem Banku Emisyjnego z siedzibą w Krakowie - legalnie były w obiegu tylko na terenie Generalnego Gubernatorstwa.

 

Komentarze