Przejdź do głównej zawartości

ATOMOWY POKER 257

 

            31.10.1946 – Niemcy, Bremen, amerykańska enklawa w brytyjskiej strefie okupacyjnej, siedziba Wywiadu Armii USA.


            - To co, panie Henryku? Wypoczął pan już po przejściach poprzednich miesięcy? Wyspał się porządnie? Przemyślał  pewne sprawy? – Brown zagadnął, jak gdyby nigdy nic.

- Owszem, dziękuję panie generale. Ale coś mi się zdaje, że nie o mój sen tutaj chodzi.

- Właściwie ma pan rację. Bo przeanalizowaliśmy z majorem McFarlandem całość zagadnienia i wypracowaliśmy pewne nowe koncepcje.

- Oczywiście dotyczące mnie?

- Jak najbardziej. Widzi pan, trzeba stawić czoła rzeczywistości. Nasi trzej ludzie wysłani celem wysadzenia pańskich bomb, raczej już nie wrócą. Za chwilę miną cztery tygodnie i nie mamy z ich strony jakiegokolwiek sygnału czy nawet zwykłego znaku życia.

- A mamy chociaż jakieś przypuszczenia, co się mogło stać?

- Niestety. Zapadli się jak pod ziemię mimo, iż byli to najlepsi z najlepszych. Z doświadczeniem bojowym jeszcze z czasów wojny, kiedy to operowali na zapleczu frontu, za niemieckimi liniami. Mieli tam różne przejścia, ale wrócili cało. A tu jak kamień w  wodę – Brown bezradnie rozłożył ręce.

- I naprawdę nic?

- Są już pewne sygnały, ale jeszcze nie wiemy, jak je powiązać. Na przykład otrzymaliśmy informację, że akurat wtedy kiedy nasi ruszyli do akcji, na przejściu granicznym do waszego Zgorzelca, chociaż jeszcze po stronie niemieckiej, doszło do podwójnego morderstwa. Zamordowano sowieckiego oficera na służbie i jego niemieckiego pomocnika, a sprawcy przedostali się na polską stronę. Z tym, że podobno było ich dwóch.

- Ma to jakiś związek z tymi trzema?

- Trudno wyrokować. Wiemy też, że po stronie polskiej zaraz potem wszczęto wielką obławę. Postawiono na nogi Wojska Ochrony Pogranicza, Korpus Bezpieczeństwa Wewnętrznego, Milicję, Urząd Bezpieczeństwa, a nawet zwykłe jednostki wojskowe. Wprowadzono patrole, punkty blokadowe, uruchomiono też jako ewentualnych informatorów leśniczych czy konduktorów na kolejach. Jak dla mnie, jest oczywiste, że musiano też uaktywnić wszelkie pozostałe i pracujące na bieżąco osobowe źródła informacji.

- Więc może wpadli właśnie w szpony takiej obławy. Mieli przy sobie jakieś cyjankali, aby w razie czego wybrać szybką i skuteczną śmierć?

- Nie. W tym wypadku uznaliśmy, że już na starcie obniżyło by to ich morale. Ale zawsze mogli by sobie po prostu palnąć w głowę.

- Więc może to zrobili?

- Sądzimy, że nie. Sprawa obławy szybko się rozniosła i nawet wśród cywilów była szeroko komentowana. W końcu widać ją było na każdym kroku. Mieliśmy tam wtedy i to akurat na tym terenie oficjalną ekipę, która poszukiwała grobów naszych poległych i zmarłych w niewoli podczas wojny lotników. Co najmniej dziesięć razy byli zatrzymywani i legitymowani, chociaż jeździli samochodami na naszej rejestracji oraz oznakowanymi jako własność armii Stanów Zjednoczonych. A dwa tygodnie później, w Jeleniej Górze zorganizowano odprawę wszystkich odpowiedzialnych za jej przebieg.

- Ale stamtąd chyba nie macie żadnych informacji? O takich sprawach ich uczestnicy nie mają prawa mówić na zewnątrz.

- Teoretycznie tak. Ale tym razem sprawa miała się nieco inaczej i co nieco wydostało się na zewnątrz. Obława nie przyniosła żadnych rezultatów i przybyły aż z Warszawy generał łajał wszystkich na lewo i prawo. A potem kilku z nich ukarano dla przykładu, chociaż praktycznie w niczym nie zawinili. Zaczęło się więc wylewanie żalów, szeptanie po kątach, a nawet komentowanie przy wódce w knajpie na mieście. Kelnerzy, ale nie tylko oni, mają z reguły czułe uszy i w końcu co nieco przedostało się na zewnątrz. Wynikało z tego, że poszukiwano nie dwóch, a pięciu ludzi i całość działań wzięła w łeb.

- Zaraz… Dwóch morderców z przejścia granicznego i naszych trzech to akurat pięciu. Jest coś, o czym mi pan nie powiedział?

- Chciałbym, aby tak było. Ale niestety. Wiemy tylko tyle i reszty możemy się jedynie domyślać. Analizowaliśmy to z McFarlandem, nawet kilka razy, ale niewiele przyszło nam już do głowy.

- Czyli mamy jeden pewnik. Nie wpadli w obławę – Henryk błyskawicznie przeanalizował sytuację.

- Do tego też doszliśmy. Ale co dalej mogło się stać? Były tam w tym całym „Centrum” jakieś pułapki? Miny, czy coś co mogło ich zaskoczyć, nagle i niespodziewane zabić? Może jakiś gaz? Nawet zwykły tlenek węgla, czy coś podobnego? Bo w normalnych warunkach już by tu byli z powrotem.

- Mówiłem już, że nie. W końcu poznałem ten obiekt prawie jak własną kieszeń. Chyba, że przy manipulowaniu materiałami wybuchowymi sami popełnili jakiś błąd. 

- No właśnie. Byli znakomicie wyszkoleni i aż trudno to sobie wyobrazić, a to niesłychanie utrudnia całą sytuację. Bo jednak musiało zdarzyć się coś, czego nikt z nas, ani też z nich nie przewidział. I jest to śmiertelne niebezpieczeństwo!

- A więc?

- Będziemy musieli działać dwutorowo. Z jednej strony damy stosowne zadania wszelkim posiadanym osobowym źródłom informacji. Mamy tam już kilku sprawdzonych i dobrze zakonspirowanych ludzi, którzy pilne nadstawiają uszu.

- A tym drugim torem jestem właśnie ja?

- To pan już wie, ale też nie będzie to takie proste. Będzie się pan musiał sporo napocić.

- Czyli?

- Doszliśmy do wniosku, iż mimo intelektu i znakomitych warunków fizycznych musi pan jeszcze nad sobą mocno popracować.

- To znaczy?

- Jeżeli nasi nie wrócą, w co obaj już wątpimy, to za jakiś tydzień polecicie do Stanów. Mówiąc polecicie, mam na myśli również panią Gertrudę. Wstępnie planujemy, że po spełnieniu pewnych warunków również otrzyma obywatelstwo amerykańskie. A pan… – Brown nagle popatrzył na Henryka w jakiś dziwnie figlarny sposób – pójdzie do szkoły.

- Że co? – Henryk był tak zaskoczony, ze nawet nie zapytał w te warunki.

- Nie dosłyszał pan? Źle się wyraziłem? Więc powiem to jeszcze raz. Idzie pan do szkoły!

- Żart…

- Nie. Czeka tam na pana nasz tajny ośrodek szkolenia komandosów. Popracuje pan nad sobą jakieś pięć miesięcy, szlifując wszystko, co tylko w takiej misji może się przydać. Prawdopodobnie pomyślimy też nad wsparciem dla pana, bo jakoś sobie nie wyobrażam, aby drugie podejście miało zakończyć się fiaskiem.

- Mam być jakimś Supermanem, jak w tych waszych komiksach?

- Właśnie. Pomówimy jeszcze o szczegółach, ale jak to mówią, im więcej potu na ćwiczeniach, tym mniej krwi w boju.

- Ci co nie wrócili, chyba tego potu jednak nie oszczędzali?

- Oczywiście, że nie. Ale czasem decyduje jeszcze zwykły, przysłowiowy łut szczęścia. Wie pan, jak to jest… Bywa, że nawet najlepiej przygotowany saper wyleci w powietrze na polu minowym, którym dzień wcześniej bezpiecznie przeszła zwykła krowa, albo zataczający się miejscowy pijaczek, nieświadom nawet, że przypadkiem oszukał własną śmierć. Ale teraz mam jeszcze prywatne pytane. Ma pan jakieś szczególne plany na jutro?

- Nic o tym nie wiem.

- Jutro jest Wszystkich Świętych. My protestanci również je obchodzimy. Jest tu w pobliżu niewielki cmentarz naszych żołnierzy, w tym symboliczna mogiła żołnierzy nieznanych. A skoro zarówno pan, jak i pani Gertruda nie możecie zapalić zniczy na grobach swoich bliskich, to może pojedziecie tam razem ze mną? Zapalimy lampki za tych trzech. Niech spoczywają w pokoju!

 

05.11.1946 – Polska, Jelenia Góra, siedziba sowieckich organów bezpieczeństwa.


            - No, „Kałmuk”! Dość tego wylegiwania się. Uspokoiło się, obławy zakończone ponad dwa tygodnie temu, wraca więc normalność.

- Czyli znowu mam iść na granicę?

- A co myślałeś? Że będziesz tu bezproduktywnie gnił? – kapitan Witalij Pawłowicz Aleksiejew zimnym wzrokiem popatrzył na swojego agenta. – Musisz jeszcze sporo popracować, abym pozwolił na twój wyjazd do Niemiec. Twój, twoich rodziców i twojej siostry.

- Ale przecież zrobiłem już wiele. Pracuję dla pana od końca maja ubiegłego roku.

- Jeszcze trochę „Kałmuk”, jeszcze trochę. Bo mamy tu pewne sygnały, że przemytnicy znów podnoszą łeb. Szykują się do następnych przerzutów i ty im w tym pomożesz.

- Tak jak zawsze?

- Prawie tak jak zawsze. Bo najpierw musimy uśpić ich czujność. Pierwszych trzech przeprowadzisz bez żadnych niespodzianek. Może nawet czterech. Niech poczują się pewniej.

- Ale to chyba znowu trzeba będzie uzgodnić z polskim WOP - em. Tak jak w ubiegłym roku. Mamy już listopad i w każdej chwili w górach może spaść śnieg. A po śladach, namierzą nas raz dwa!

- Ty mnie tu „Kałmuk” nie ucz, bo to nie ja pracuję dla ciebie, tylko ty dla mnie! I wiesz co ci grozi, gdybyś jednak chciał coś kombinować na własną rękę. Bo jakby co, to ja jakoś nie zapomniałem twojej porażki sprzed miesiąca, kiedy to pozwoliłeś się urwać tym trzem obcym. Ludziom, co do których wszystko wskazywało, że nie są oni zwykłymi pionkami.

- Robiłem co tylko mogłem…

- Ale za mało „Kałmuk”, za mało. To teraz słuchaj uważnie… Wchodzisz w poprzedni układ, nadal pracując jako robotnik leśny. Masz znów bieżący kontakt z tym Czechem, Jaroslavem?

- Tak. Kilka dni temu podszedł pod granicę i chwilę rozmawialiśmy. Pytał jak oceniam aktualne ryzyko i kiedy znów będę gotowy, aby podjąć jakąś grupę. Powiedziałem, że wybadam sytuację i dam mu znać. Zresztą meldowałem już o tym…

- Pamiętam. Więc kiedy znów się spotkacie, zgłosisz mu gotowość do roboty. Postaraj się wybadać, czy to zwykli przemytnicy, nasi starzy znajomi, czy też ewentualnie ktoś nowy. A gdyby znów się zdarzył jakiś nietypowy przerzut, taki jak miesiąc temu, to wiesz co robić. Odwlekasz termin o trzy dni i natychmiast powiadamiasz mnie. I to osobiście! Zrozumiano?

 

10.11.1946 – Niemcy, Bremen, amerykańska enklawa w brytyjskiej strefie okupacyjnej, siedziba Wywiadu Armii USA.

 

            - Trochę długo to trwało, ale wreszcie jest – Brown otworzył grubą brązową kopertę, oznakowaną kilkoma czerwonymi stemplami, dodatkowo jeszcze przewiązaną sznurkiem i zabezpieczoną lakową pieczęcią. Wyciągnął zawartość na biurko sprawdzając dokument po dokumencie, a następnie podsunął je siedzącemu naprzeciw McFarlandowi.

- Niech pan też rzuci okiem, majorze. Bo nie możemy tu sobie pozwolić na żadne niedoróbki.

- Oczywiście – McFarland nie miał żadnych wątpliwości. – Skoro naprawdę ma być duża niespodzianka, to na pewno nie dla nas.

 

- I co? – zapytał Brown pięć minut później.

- Według mnie, wszystko w porządku. Czy wobec tego mogę już wołać naszego gościa?

 

            - Proszę chwilę postać, panie Henryku – Brown był dziwnie uprzejmy, również stojąc za swoim biurkiem.  – Czekał pan, czekał, ale się doczekał.

- Przyszły już stosowne dokumenty? Dla Gertrudy również?

- Oczywiście. Z tym, że te najważniejsze dotyczą pana.

- Czyli?

- Panie Reszka… Mówię Reszka, bo takie nazwisko ma pan zapisane w naszym paszporcie. A więc… Jako obywatel amerykański, od tej chwili zostaje pan zmobilizowany i powołany w szeregi armii Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej! Jednocześnie - kontynuował nie zważając na fakt, iż Henryk właśnie usiłuje coś powiedzieć – z uwagi na pańskie wykształcenie oraz dotychczasowe zasługi i dorobek naukowy, w drodze wyjątku i od tej chwili zostaje panu nadany pierwszy stopień oficerski. Gratuluję, panie poruczniku! – Brown wyciągnął rękę.

Uścisk dłoni z obu stron był prawie równie mocny. Z tym, że o ile na twarzy Browna błąkał się nikły uśmieszek, o tyle Henryk był kompletnie oszołomiony. Na tyle, że aż stojący z boku McFarland mało nie parsknął śmiechem, chwilę później również składając mu gratulacje.

- No, panie poruczniku… To teraz już możemy rozmawiać jak amerykański oficer z amerykańskim oficerem.

- Ale po co to wszystko? Nie można było tak jak dotychczas?

- A pamięta pan, jak mówiliśmy o ewentualnej rencie dla pani Gertrudy? Renta wojskowa należała by się tylko wtedy, gdyby był pan w szeregach naszej armii. A w dodatku dopiero od stopnia oficerskiego jest na tyle wysoka, aby z niej spokojnie żyć.

- W takim razie dziękuję.

- Ale to nie wszystko….

- Coś jeszcze?

- Musi pan stracić wolność…

- Nie rozumiem… – Henryk popatrzył na Browna jakby ten spadł z Księżyca.

- A co tu jest do rozumienia? Przecież jak dotychczas nie ma pan ślubu z panią Gertrudą, prawda? Trzeba więc będzie się ożenić! Tylko jako pańska żona miała by należne świadczenia. No  i oczywiście obywatelstwo. 

- I jak znam życie, pani Gertruda nie będzie miała nic przeciwko temu – dodał McFarland tonem głosu, w którym tylko bystry obserwator mógłby się dopatrzyć swoistej ironii. – No, co się pan tak dziwi? Bo niby dlaczego miałby pan mieć lepiej niż my?

- A teraz - Brown wyciągnął butelkę whisky i trzy szklaneczki – myślę, że trzeba to oblać. W końcu tylko raz w życiu zostaje się oficerem.

- Niekoniecznie – Henryk już wracał do równowagi. – Mnie to spotyka już drugi raz.

- Co? A tak, rzeczywiście… Pewno pan myśli o stopniu oficerskim SS!

- Nie da się tego wymazać z mojego życiorysu.

- Niby tak. Ale wtedy pracował pan dla Polski, pod przykrywką, i w związku z tym można na to przymknąć oko.

- Taką właśnie mam nadzieję.

- No to „prosit”, jak by to powiedzieli pańscy dawni niemieccy przełożeni. A co do waszego ślubu… Nie wiem jak to jest u pani Gertrudy, ale pan zdaje się wychowany był w wierze katolickiej?

- Tak.

- No właśnie. Z uwagi na to co pan dotychczas robił, a i z uwagi na przyszłe zadania, spowiedź tu raczej nie wchodzi w grę. Będzie więc pan musiał wziąć tylko ślub cywilny.

- Czyli znowu jakaś biurokracja?

- Nie za bardzo. W kościele czasem jest znacznie większa. Ale tutaj załatwimy to stosunkowo prosto. U nas ślub cywilny może dać nawet zwykły sędzia, a mamy tu stosowną osobę, pułkownika będącego nawet przewodniczącym kolegium naszego sądu wojskowego. Major McFarland jeszcze dziś załatwi z nim wszelkie formalności. A teraz proszę iść do pani Gertrudy i oznajmić jej tę radosną nowinę. Z tym, że na przygotowanie obrączek, garnituru oraz sukni ślubnej będziecie mieli tylko jeden dzień. Bo wasz ślub musi się odbyć jeszcze przed wyjazdem!

 

Komentarze