- O cholera! To cała dziedzina wiedzy…
- Ale to nie wszystko. Wiedza wiedzą, ale ten pański akcent… Podobno mówi pan nie jak rodowity Polak, tylko jak Niemiec, który nauczył się języka polskiego, a to trzeba szybko zmienić. Aha… I proszę się nie zrażać tym, że pański nauczyciel ma wybitnie semicki nos.
- Zaraz… Jak to? To ojczystego języka ma mnie uczyć Żyd?
- A czemu by nie? Jest ich tu sporo i często to wybitni filolodzy. Na przykład taki wasz, chyba największy piszący po polsku współczesny poeta, Julian Tuwim. Mieszkał w czasie wojny w Nowym Jorku i to prawie pięć lat. Czytał pan może coś z jego twórczości?
- Przyznam się, że tylko co nieco o nim słyszałem. Ale to było jeszcze przed wojną.
- Warto to nadrobić. Bo mimo, że Żyd, włada pańskim ojczystym językiem lepiej niż 99,9 procent polskiego społeczeństwa. Tak mnie przynajmniej zapewniano.
- Czyli to on będzie mnie uczył?
- Nie… Aż tak dobrze to nie ma. Ale mamy tu pewnego człowieka, z którym na stałe współpracujemy. Pochodzi z rodziny od pokoleń zasymilowanych w Polsce Żydów. Przez pierwsze czterdzieści pięć lat życia mieszkał w Warszawie obracając się tylko wśród Polaków, będąc jednocześnie lektorem języka angielskiego. Ma bowiem za sobą studia z anglistyki na uniwersytecie w Cambridge. Już w październiku 1939 udało mu się przedostać na Zachód i tak trafił do nas.
- I co? Nie wraca do Polski? Do jakiejś tam swojej rodziny? Przecież wojna już się skończyła!
- Pan żartuje panie Reszka?
- Nie… A co w tym niby śmiesznego?
- Jak to co? Nie słyszał pan o zagładzie Żydów?
- Oczywiście, że słyszałem, chociaż bardzo niewiele. Zaraz po wojnie znalazłem się przecież w Argentynie, a potem na zapadłej niemieckiej prowincji. Nikt tam na takie tematy w ogóle nie rozmawiał.
- No właśnie… To by tłumaczyło pańską niewiedzę. Mogę więc panu powiedzieć, że rodzina pańskiego nauczyciela trafiła podczas wojny do nazistowskiego obozu zagłady i niestety wyszła stamtąd przez komin krematorium. Nie ma więc on do kogo wracać.
- Zaraz… Jakiego znowu nazistowskiego? Pan major zna może taką nację? Jeżeli tak, to proszę do mnie powiedzieć coś po nazistowsku!
- Pan żartuje…
- Nie, tym razem to pan żartuje! To nie były żadne nazistowskie, tylko niemieckie obozy śmierci i to właśnie pan o tym powinien najlepiej wiedzieć!
- Spokojnie panie Reszka. Jeżeli w czymś uraziłem, to przepraszam. Nie wiedziałem, że tak pan zareaguje. Ale skoro już o tym mówimy, to i pańscy rodacy nie są tacy do końca święci.
- A do czego pan pije?
- Słyszał pan o bieżącej sytuacji Żydów w Polsce? Na przykład o tym, że nieliczni, którym jakimś cudem udało się przeżyć okupacyjną noc, z reguły nie mogą wrócić do swoich domów? W międzyczasie zajęli je Polacy i mimo tego, że nie jest to ich własność nie zamierzają ich oddawać prawowitym właścicielom. Mają nawet wręcz za złe, że ten i ów Żyd przeżył, ośmiela się wrócić do rodzinnej miejscowości i domagać zwrotu własnego majątku! Są z reguły przeganiani, a władze nic z tym nie robią! Ba, żeby tylko to…
- Jest coś więcej?
- A słyszał pan o tak zwanym „pogromie kieleckim”?
- Przyznam się, że nie.
- No właśnie… A to całkiem współczesna historia, raptem sprzed kilku miesięcy. Czwartego lipca tego roku rozeszła się po Kielcach pogłoska, jakoby Żydzi porwali siedmioletniego chłopca i uwięzili go w piwnicach pewnego domu, aby dokonać na nim rytualnego mordu. I nie miało żadnego znaczenia, że chłopiec bez wiedzy rodziców udał się do dalszej rodziny, wkrótce potem odnalazł się cały i zdrowy, a dom w którym rzekomo miano go przetrzymywać nie miał piwnic. Nie będę tu opowiadał o szczegółach, ale rzecz zakończyła się pogromem, w którym według ostrożnych ustaleń zamordowano co najmniej trzydziestu siedmiu Żydów i trzech Polaków usiłujących im pomagać. Rannych zostało kilkadziesiąt osób, a różne szacunki mówią nawet o osiemdziesięciu takich przypadkach. W mordach i rabunkach, oprócz zwykłych mieszkańców Kielc brali też udział żołnierze Wojska Polskiego, Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego oraz miejscowi funkcjonariusze Milicji Obywatelskiej.
- A to są sprawdzone informacje?
- Niestety, ale tak. Jak widać, na poziomie prostych ludzi antysemityzm w Polsce również teraz ma się dobrze, a potępieniem tych wydarzeń - mimo istnienia oficjalnej cenzury – musiała zająć się nawet oficjalna i emitowana przez państwo Polska Kronika Filmowa z dnia 15 lipca tego roku. Udało nam się zdobyć kopię tego filmu. Pisały też o tym praktycznie wszystkie gazety ogólnopolskie oraz zdecydowana większość gazet regionalnych. Niezależnie od tego dysponujemy również szczegółowym raportem sporządzonym przez biskupa kieleckiego Czesława Kaczmarka, a wręczonym naszemu ambasadorowi w Warszawie przez Prymasa Polski kardynała Augusta Hlonda. Wiem, wiem… - widząc minę Henryka, McFraland przeszedł nagle na bardziej ugodowy ton. – To raczej niechlubny wyjątek, bowiem wielu Polaków Żydom pomagało, chociaż w przeciwieństwie do okupowanej Europy Zachodniej czyli do Francji, Belgii czy Holandii, na terenie tak zwanego Generalnego Gubernatorstwa za takie coś była obligatoryjna kara śmierci.
- No tak… Ale jak to się w ogóle mogło stać?
- Jak? – McFarland był z lekka zdziwiony. – Bardzo prosto! A czytał pan może największe dzieło pewnego Francuza, psychologa i socjologa Gustava Le Bon, pod tytułem „Psychologia tłumu”?
- Niestety nie, chociaż słyszałem o tej książce. Była dostępna w powszechnym obiegu, również w III Rzeszy i nawet miałem zamiar ją przeczytać, ale jakoś tak się zeszło…
- Nie szkodzi. Postaram się ją panu dostarczyć. Poczyta pan w jakichś wolnych chwilach, o ile oczywiście będzie je pan tutaj miał… - Ogólnie można powiedzieć, że tłum kieruje się głównie emocjami, którymi w pewnych przypadkach można nawet sterować. Poza tym jest głupi, nieobliczalny i przez to skrajnie niebezpieczny. Zatraca się w nim indywidualność i racjonalne myślenie. Jednym słowem zero rozumu i małpie naśladowanie haseł głoszonych przez najgłośniej krzyczących. Do głosu dochodzą pierwotne instynkty, pojawia się poczucie bezkarności, impulsywność, podatność na sugestie i przesada w uczuciach. Miłość , nienawiść czy strach są wyolbrzymione do granic możliwości. W takich warunkach i w takiej sytuacji może zdarzyć się wszystko.
- To teraz już rozumiem… – Henryk aż westchnął. – A wracając do naszych spraw…To na te językowe nauki też będę jeździł do tego miasteczka, tam gdzie żona?
- Nie. Zajęcia z języków będą odbywały się tutaj. Pan zamieszka w tym budynku, tylko pokój dalej. I nie będzie to pomieszczenie, w którym można by liczyć na jakiś barek albo takie fotele. A wracając do meritum… Jakby co, na dole mieszka też jeden z naszych instruktorów, specjalista od walki wręcz, taki swoisty anioł stróż. Spędzicie ze sobą wiele godzin – McFarland znacząco spojrzał na Henryka – ale akurat o niego pani Gertruda nie musi być zazdrosna. Teraz pojedziemy do domku, gdzie pańska żona tymczasowo zamieszka. Powinno jej się spodobać. A i pan powinien przecież wiedzieć, gdzie i jak mieszka żona. Zaś jutro…
- Tak?
- Jutro rano pojedzie pan na badania.
- Jakie znowu badania?
- Proszę się nie denerwować. Zajmą się panem nasi lekarze. Szczegółowo pana zbadają, określą wydolność organizmu i zdiagnozują ewentualne ograniczenia w zakresie szkoleń. Przecież pan już nie ma dwudziestu lat, a my też nie chcemy aby przytrafił się tu komuś jakiś udar mózgu czy zawał serca. Potrwa to gdzieś do piętnastej. Później oczywiście fryzjer i sklep z ubraniami. Pani Gertruda również.
- Po co?
- Jak to po co? Pani musi jakoś wyglądać, a panu na czas szkolenia dłuższe włosy tylko by przeszkadzały. No, niech się pan nie boi – dodał szybko widząc minę Henryka. – Przecież nie ostrzyżemy pana na łyso, jak jakiegoś zwykłego rekruta. Cywilne ubrania będą zaś potrzebne na czas wolny. Przecież po ćwiczeniach nie pojedzie pan do żony w brudnych i przepoconych ciuchach szeregowca.
- Więc najpierw szkolenie?
- Niekoniecznie. Przecież jutro już piątek, a od soboty nie będziemy zaczynać. Jednym słowem po badaniach będziecie mieli całe dwa dni dla siebie. Ja w tym czasie załatwię wszystkie niezbędne sprawy i omówię zakres szkolenia z kierownictwem ośrodka. Bo spotkamy się najwcześniej dopiero za miesiąc.
18.11.1946 – Stany Zjednoczone Ameryki Północnej, Karolina Północna, Fort Bragg.
Sierżant który punktualnie o siódmej zapukał do drzwi jego pokoju miał około czterdziestu lat. Średniego wzrostu, krępy, o ogorzałej cerze, stwarzał dziwnie niepokojące wrażenie. Jego widok nie był dla Henryka jakimś specjalnym zaskoczeniem, poznał go już bowiem w piątek, kiedy ten zawoził go na badania. Teraz też krótko oznajmił, że samochód już gotowy i nie czekając na jakąkolwiek odpowiedź, skierował się na dół. Nie ociągając się więc z niczym, udał się Henryk za swoim aniołem stróżem.
Niewielki barak do którego wskazano mu boczne drzwi, nie wyróżniał się niczym szczególnym. Niczym też szczególnym nie było, iż wewnątrz pokoju zastał siedzącego za biurkiem majora.
- Proszę usiąść – uścisnąwszy mu dłoń, major z powrotem zasiadł za brązowym meblem. – Na początek kilka niezbędnych wyjaśnień. Po pierwsze, nie musi pan znać mojej tożsamości, ani też instruktorów, którzy będą pana szkolić. Po drugie, znajduje się pan w specjalnym ośrodku szkoleniowym, o kryptonimie „B - 2”. Pańskie miejsce zamieszkania to Tymczasowy Obóz Kwaterowania „K - 7” i od tej chwili używamy tylko takich nazw. Niezależnie od pańskiego stopnia i prawdziwych danych osobowych, za tym progiem pozostawia się swoją tożsamość. Nie wolno panu nikomu jej zdradzić. Tu jest jeszcze pewien stosowny formularz, który proszę w mojej obecności podpisać – major podsunął Henrykowi sporej wielkości kartkę, na której ten mocno zdumiony przeczytał – „Niniejszym oświadczam, że zgłaszam się do szkolenia i nie domagam się żadnych wyjaśnień”.
- Aż tak? – wyrwało mu się po chwili.
- Chyba pana uprzedzono? – major popatrzył uważnie, podsuwając ku niemu wieczne pióro.
- Oczywiście – nie chcąc przeciągać tej niecodziennej procedury, już bez żadnej zwłoki Henryk podpisał dokument.
- Proszę jeszcze wpisać datę.
- Osiemnastego?
- Od samego rana – patrząc na pojawiający się zapis major przyciągnął kartkę do siebie i też złożył zamaszysty, chociaż nieczytelny podpis.
- W porządku. Podpisałem ten dokument jako świadek. Od tej chwili staje się pan kursantem „Roy C – 14” i tylko takich danych wolno tu używać. Zaraz też odbierze pana znany już sierżant i zawiezie do Głównego Instruktora. Najpierw jednak zaliczycie magazyn.
- Jaki magazyn?
- Mundurowy oczywiście. Przecież w tym ubraniu nie będzie się pan czołgał. Życzę powodzenia – major wstał i podał mu rękę, w oczywisty sposób uważając to spotkanie za zakończone.
Nie trwało to długo. Zarządzający magazynem starszy żołnierz, o dziwo bez żadnych dystynkcji, obejrzał go pobieżnie i prawie od razu rzucił po nogi Henryka pełne wyposażenie zwykłego szeregowca w odpowiednich rozmiarach. Podał też dużą papierową torbę i na jego zdziwione spojrzenie lakonicznie raczył wyjaśnić. – To na te ciuchy, które jeszcze masz na sobie. Ten, który cię tu przywiózł, odwiezie je do miejsca twojego zakwaterowania. A teraz przebieraj się.
Główny Instruktor nie wyglądał zbyt zachęcająco. W ogóle cała sytuacja nie wyglądała zbyt dobrze, stał bowiem na skraju małego cmentarza, na którym było już kilka nagrobków, jedynie z kryptonimami zamiast imion i nazwisk. A co gorsza, obok widniał świeżo wykopany grób, przez nikogo jeszcze nie zajęty.
- Co? Coś nie tak, „Roy C – 14”?
- Nie. Wszystko w porządku.
- OK! – zmierzył go krytycznym wzrokiem, zajrzał w trzymane przed sobą papiery, popatrzył na pięciu towarzyszących mu sierżantów, a potem znowu na Henryka.
- Mamy tu już twoje wyniki badań, żołnierzu. Co prawda kogoś tak dojrzałego chyba jeszcze nigdy nie szkoliliśmy, ale - jak to mówią - kiedyś musi być ten pierwszy raz! – nieco kpiącym tonem skomentował jego wiek. – A teraz uwaga! Twoi instruktorzy posługują się numerami. Mają je naszyte na rękawach – wskazał na czerwone cyferki. – Zwracasz się do nich tylko po numerze. Zrozumiano?
- Ja… - odruchowo chciał już odpowiedzieć tyle razy i przez lata używanym „Jawohl”, ale w ułamku sekundy zreflektował się, że nie było by to zbyt dobrym pomysłem i chrząknąwszy nieco, normalnym już tonem odpowiedział. – Yes, sir!
- No! Od tej chwili żadnego marudzenia. Nie przyjmujemy do wiadomości, że czegoś tam nie chcesz, nie potrafisz, albo nie dasz rady. Ci, którzy okazali się zbyt słabi czy też w jakiś sposób tchórzliwi, czasem lądują właśnie tutaj – gestem kciuka wskazał groby za sobą. – A w razie jakiejś choroby, zwolnienie od zajęć zapewnia jedynie protokół sekcji zwłok! Jasne?
- Yes, sir! – tym razem Henryk już się nie wahał.
- Dobrze. Przejdziecie tu żołnierzu zajęcia ze strzelania i to z wszelkiego rodzaju broni, kierowania różnymi pojazdami łącznie z lokomotywą parową i elektryczną, z orientacji i przetrwania w przygodnym terenie, posługiwania się materiałami wybuchowymi, z łączności, kryptografii, forsowania przeszkód, wdzierania się do pomieszczeń chronionych, tak zwanej „brudnej” walki wręcz, a nawet cichego zabijania. Takie przynajmniej główne kierunki określił nam major, który tu z panem przyleciał. A teraz… - zawiesił na chwilę głos - zaczniemy od kondycji ogólnej. Instruktor numer jeden na początek zaliczy z wami krótką dwumilową trasę. Zobaczymy jak wam pójdzie. Włączam właśnie stoper. Czas, start! No, czego tu jeszcze? – wydarł się sekundę później widząc chwilowe zawahanie Henryka. – Biegiem!
Komentarze
Prześlij komentarz