Przejdź do głównej zawartości

ATOMOWY POKER 256

 

20.10.1946, wieczór – Niemcy, Bremen, amerykańska enklawa w brytyjskiej strefie okupacyjnej, siedziba Wywiadu Armii USA.


            - Witamy pana! – na widok Henryka Brown aż wstał zza biurka. – A to pewnie pani „X’’, nieprawdaż?

- Owszem.

- Henryku… Już drugi raz słyszę, że jestem jakąś „X”. To kim ja właściwie jestem?

- Bardzo ważną osobistością, droga pani – Brown podszedł bliżej, witając się z Trudą. – Myślę, że prawie tak samo ważną jak i nasz przyjaciel – wskazał na Henryka. – Zaraz zaprowadzimy panią do naszego pokoju hotelowego, gdzie będzie można nieco się odświeżyć. A później oczywiście restauracja, bo chyba jesteście już głodni?

- Nie powiem, że nie.

- No, właśnie. Później pani pójdzie spać, a my sobie jeszcze porozmawiamy z panem Henrykiem.

- Długo? – spytała nagle zaniepokojona.

- Spokojnie… – Brown mało się nie roześmiał. – To nie to o czym pani myśli i zapewniam, że tu nikomu nic nie grozi. Ale przez ostatnie dwa miesiące nawarstwiło się kilka spraw, o których trzeba poważnie porozmawiać. I lepiej z tą rozmową nie czekać do rana.  

 

            - No to rzeczywiście pan zaszalał! – dwie godziny później, wysłuchawszy do końca opowieści Henryka, Brown pokiwał głową. – I co teraz, panie Henryku? Bo skoro już pan tu jest, to chyba przyjdzie panu pracować dla nas. W Stanach Zjednoczonych.

- Dla nas? W tym fachu w którym pracuje i pan, czy raczej ściśle naukowo?

- Myślę, że pewno jedno i drugie… – Brown popatrzył uważnie.

- A bardziej konkretnie? Bo to co tu właśnie usłyszałem, brzmi nieco enigmatycznie.

- Dobrze… Wyjaśnię najpierw kilka spraw, aby i pan wiedział w czym mamy się poruszać. Mówiliśmy już wcześniej, że w nasze ręce wpadło sporo pańskich kolegów?

- Wspominał pan. Jeszcze w Argentynie.

- No właśnie. W tym celu już pod koniec wojny uruchomiliśmy tajną operację pod kryptonimem „Paperclip”.

- Spinacz do papieru? I z czym konkretnie to się wiąże?

- Mówiąc kolokwialnie z pracą dla nas.

- Czyli?

- Chyba pan rozumie… Mieliście tysiące naukowców z najwyższej półki, często mających na swoim koncie największe światowe osiągnięcia. W fizyce, chemii, technice, medycynie. No przecież z nieba wam nie spadły pierwsze na świecie i do tego seryjnie produkowane samoloty odrzutowe takie jak myśliwski Messerschmitt Me 262 „Schwalbe”, również myśliwski Heinkel He 162 „Volksjäger”, bombowiec Arado Ar 234, czy też rakietowe cudo techniki znane jako Messerschmitt Me 163 „Komet”, w płytkim nurkowaniu ocierający się nawet o barierę prędkości dźwięku! A pierwszy na świecie pocisk latający V – 1, czy pierwsza na świecie balistyczna rakieta V – 2? A rakieta A -9/10, czyli tak zwana „Amerika – Rakete”, która oficjalnie nigdy nie istniała, a która - o czym obaj dobrze wiemy - poleciała nawet w kosmos? Nie będę się już rozwodził nad najlepszym na świecie nowatorskim okrętem podwodnym typu XXI, którym pan zresztą przybył do Argentyny, czołgiem „Królewski Tygrys”, pierwszymi pociskami kierowanymi powietrze – woda typu Fritz X czy też pierwszymi noktowizorami. A przede wszystkim pierwszymi na świecie bombami atomowymi, których na szczęście nie zdołaliście użyć i to akurat dzięki panu!

- Proszę nie mówić „mieliście”, „wam”, czy „nie zdołaliście użyć”. Ja przecież nie byłem w tej bajce, a nawet wprost przeciwnie – Henryk aż się wyprostował. – Pracowałem przeciwko nim, cały czas sypiąc piasek w tryby tej zbrodniczej machiny. 

- O, przepraszam… – Brown niespodziewanie się zmieszał. – Głupio wyszło. Niezręcznie się wyraziłem, a przecież nie chciałem pana urazić. Mówiłem tylko o waszych… - przepraszam, znowu źle się wyraziłem - o niemieckich osiągnięciach. A inne również były zadziwiające. Optyka, paliwa rakietowe, systemy radarowe, nawigacyjne i naprowadzające. Automatyka czy pierwszy na świecie komputer inżyniera Konrada Zuse. A na przykład taka medycyna?

- Zaraz! O medycynie, to akurat mogę co nieco powiedzieć. Przecież pan wie, że na U – Boocie płynąłem razem z doktorem Maksymilianem Voglem. I to nie kto inny jak właśnie on opowiadał mi o pewnych doświadczeniach i eksperymentach medycznych, które przeprowadzano na więźniach obozów koncentracyjnych, miedzy innymi z udziałem tak zwanego „Anioła Śmierci”, doktora Josefa Mengele. Lekarze, którzy je przeprowadzali to sadyści i zwykli zbrodniarze! A chemia o której pan wspomniał? Tak jakby pan nie wiedział, że będący zresztą w waszym zainteresowaniu nasz wspólny znajomy doktor Hans Kammler projektował i usprawniał krematoria i komory gazowe,  w których wymordowano co najmniej setki tysięcy, a może nawet miliony ludzi? I co? Tacy zbrodniarze też będą wam potrzebni?

- Proszę się uspokoić – obecny przy rozmowie major McFarland nalał Henrykowi drugą lampkę koniaku. – Jeżeli nawet przechwycimy pewne wyniki takich badań, to przecież  nie znaczy, że będziemy je chcieli zastosować w praktyce.

- A niby w czym?

- Sam pan nam mówił, że każdy kij ma dwa końce. Czasem nawet owoców przestępstwa można użyć do szlachetnych celów.

- Ciekawe jakich?

- Na dzień dzisiejszy panu nie odpowiem, bo musiałbym tu pisać obszerny elaborat. Proszę mi jednak wierzyć, że nie mamy złych zamiarów. Czy to jak w medycynie przy leczeniu chorych, czy w technice, dzięki przejęciu której można będzie trzymać Sowietów z dala od wolnego demokratycznego świata. Przecież chyba pan nie wątpi, że lepiej będzie, jeżeli pewni ludzie czy ich osiągnięcia wpadną jednak w nasze ręce? Bo niby jakie mamy inne wyjście? Pewno się pan nie orientuje, ale Sowieci również rozpoczęli istne polowanie na niemieckich naukowców i ich osiągnięcia. I jak pan myśli? Dla celów pokojowych, czy raczej dla tego ich „idee fixe” znanego jako eksport rewolucji i to na cały świat? Chciałby pan żyć w świecie, gdzie bez specjalnego zezwolenia - którego zresztą i tak by najprawdopodobniej nie dostał - nic by nie było wolno, a na pierwszej lepszej ulicy mógłby pan minąć się z kimś, kto strzelał w potylicę waszym oficerom w Katyniu? Więc czy naprawdę mamy pozwolić, aby to wszystko wpadło w ręce Rosjan? Łącznie z pańskimi bombami atomowymi, które do dzisiaj leżą pod górą Mulenberg? Wyobraża pan sobie co by się stało, gdyby i do nich się dobrali?

            Zapadła cisza. Patrzyli po sobie w milczeniu, rozważając wagę wypowiedzianych słów i argumentów. Wreszcie po dłuższej chwili Brown spojrzał na zegarek i zabrał głos.

- Panowie! Późno już… Widzę, że w oczywisty sposób ani my, ani tym bardziej pan Henryk nie jesteśmy właściwie przygotowani do tej rozmowy. I dla nas i dla naszego gościa, ponowne nasze spotkanie było całkowicie nagłe i w pewien sposób zaskakujące. Myślę więc, że należy na tym zakończyć. Prześpijmy się z problemem, przemyślmy sprawę. Ranek często jest mądrzejszy niż noc!

 

            21.10.1946, popołudnie – Niemcy, Bremen, amerykańska enklawa w brytyjskiej strefie okupacyjnej, siedziba Wywiadu Armii USA.


            - Więc chciałby pan, panie Henryku, aby również i pani Gertruda uzyskała amerykańskie obywatelstwo? – Brown przez chwilę spojrzał na McFarlanda, w oczywisty sposób zdradzając się z faktem, że już wcześniej pewne sprawy wstępnie były uzgodnione.

- Oczywiście. A jak pan to sobie wyobraża? Że wyjadę do Stanów pozostawiając ją tutaj?

- Rozumiem, oczywiście. W pana sytuacji nawet by mi do głowy nie przyszło, aby mogło być inaczej. Niemniej jednak, naszego obywatelstwa nie rozdaje się ot tak, za darmo.

- Mógłby pan również powiedzieć, że nie znajduje się go po prostu na ulicy, prawda? Trzeba sobie na nie zasłużyć… Albo innymi słowy, muszę coś tu jeszcze dla was zrobić!

- Wie pan co, panie Henryku? Lubię z panem rozmawiać – Brown wyraźnie się rozluźnił. – Bo kto jak kto, ale pan w lot pojmuje na czym rzecz polega. A więc dobrze. Powiem panu o co chodzi, ale musi pan przyrzec, że sprawa pozostanie w tajemnicy. Na chwilę obecną wiem o niej tylko ja, obecny tu major McFarland, a teraz dowie się i pan. Ale uprzedzam… Każde puszczenie pary z ust to natychmiastowe aresztowanie i długoletnie ciężkie więzienie w Stanach. W dodatku w izolatce!

- W Stanach? – wyrwało się zdziwionemu Henrykowi.

- A co się pan dziwi? Pamięta pan swój paszport otrzymany od nas jeszcze w Argentynie? Na dzień dzisiejszy spalony, ale jednak… Zapomniał pan, że prawnie jest teraz obywatelem amerykańskim?

- Faktycznie…

- No właśnie. I zostaje pan dopuszczony do sprawy,  o której w pełni wiemy tylko we dwóch. Pan zaś będzie trzeci. A po naszej rozmowie podpisze pan specjalne zobowiązanie do utrzymania wszystkiego w tajemnicy.

- Aż tak?

- No, cóż… Z wycinkowymi zadaniami zetknęło się kilkanaście osób, ale całość ogarniamy tylko my. Przy czym pan, może być w tej grze prawdziwym Jokerem.

- Wobec tego zamieniam się w słuch…

- Powiem więc krótko. Wysłaliśmy ludzi do pańskich bomb!

- Słucham?!!! – Henrykowi zdawało się, że źle zrozumiał.

- Tak jak powiedziałem. Wysłaliśmy trzech ludzi, naszych najlepszych komandosów, aby dotarli do wnętrza obiektu „Centrum”.

- A ich zadania? – padło po chwili zastanowienia.

- Mieli sprawdzić, czy istnieje możliwość ich wydobycia i bezpiecznego przetransportowania do naszej strefy, chociaż od początku nie wiązaliśmy z tym większych nadziei. W zasadzie z góry założyliśmy, że tak naprawdę mają tam wejść i po prostu je wysadzić. Całość działań, przy normalnym ich przebiegu przewidziano na dziesięć, maksymalnie dwanaście dni. 

- I co? Rozumiem, że właśnie czekamy na ich powrót. Ale co ja mam z tym wspólnego? Chyba, że… – nagle zrozumiał i ta myśl go zmroziła. 

- No, właśnie – McFarland przejął inicjatywę. – Sęk w tym, że wyruszyli czwartego października. Jednym słowem  mija już osiemnasty dzień...

- Mam rozumieć, że nie ma od nich żadnych sygnałów? Nikt tam na miejscu nie nadzorował tej operacji? Nie ubezpieczał?

- Panie Henryku… – Brown aż westchnął. – Nie ma pan pojęcia, jak trudno tam teraz operować. Macki komunistycznych służb zaciskają się coraz bardziej. W bardzo poważnym stopniu zinfiltrowali już i rozbili większą część polskiego niepodległościowego podziemia. Ludzie się boją. Aparat bezpieczeństwa, wszelkie władze i część już zindoktrynowanego społeczeństwa na wszystkich obcych patrzą podejrzliwym wzrokiem. Do więzienia można pójść za byle co.

- Czyli zapadli się jak pod ziemię?

- Niestety. I jeżeli nie wrócą, ktoś tam będzie musiał iść ponownie…

- Ktoś, czyli ja?

- Sam pan sobie odpowiedział na to pytanie.

- A jeżeli jednak wrócą? Jaka wtedy będzie moja rola?

- Wtedy to będzie całkiem proste. Posłuży pan jako konsultant, weryfikujący przedstawioną przez nich wersję zdarzeń. Zwłaszcza jeżeli chodzi o to, co zdołali wykonać w obiekcie „Centrum”.

- Dobrze. To ile jeszcze będziemy na nich czekali?

- Do skutku.

- Czyli?

- Trudno to określić. Uruchomimy wszystkie swoje źródła informacji i zobaczmy co z tego wyjdzie. A jeżeli nic, to…

- To wiadomo co wtedy. Ale kiedy?

- Co kiedy?

- No, chyba już żeście się zastanawiali. Kiedy wyruszy następna ekipa. Bo przecież chyba nie myślicie, że pójdę tam sam? No i teraz…

- No, cóż. Nikt tam nie pójdzie w czasie zimy. Trudne warunki przetrwania, ślady na śniegu. Więc nawet jakby co, trzeba będzie poczekać do wiosny. Mamy więc czas. Zarówno my, jak i pan. A przy okazji… Ani słowa pani Gertrudzie.

- Będzie pytać…

- Trudno. Wytłumaczy pan, że trzeba tu jeszcze trochę popracować. Ale żadnych szczegółów.

- A gdybym również stamtąd nie wrócił?

- I to przewidzieliśmy. Pani Gertruda dostanie wtedy obywatelstwo i rentę po panu. To chyba uczciwy układ?

- Czyli jednak jest opcja, że i ja nie wrócę?

- Panie Henryku – Brown podszedł bliżej i spojrzał mu prosto w oczy. – W naszej robocie nigdy nie ma nic pewnego. I pan to najlepiej powinien wiedzieć!

 

            - Chcesz mi powiedzieć, że z Ameryki nici? I, że musimy tu jednak pozostać? – Truda podeszła do okna, za którym zapadał już zmrok. – A przecież mówiłeś… – przerwała, a łzy napłynęły jej do oczu.

- Zrozum. Na razie! Poza tym naprawdę nie mogę ci nic powiedzieć. Podpisałem stosowne zobowiązanie. A co ważniejsze, dałem również słowo honoru. Moje słowo honoru! – podszedł z tyłu, przytulając ją do siebie.

- Ale naprawdę musiałeś się w to wplątać? Nie mogłeś odmówić?

- Wplątać? Przepraszam cię, ale dawno już wsiąkłem w pewne sprawy. Jeszcze zanim cię spotkałem. I dopóki one się nie zakończą, nie mogę być pewnym naprawdę niczego. Ale obiecuję, że kiedyś ci o tym opowiem. Oczywiście o tym, o czym będę mógł. Na razie zaś, to co mam zrobić, to warunek naszego przyszłego bezpieczeństwa i dobrobytu. Oczywiście wtedy już w Ameryce!

- A nie możesz po prostu z tego wyjść? To co jeszcze przede mną ukrywasz?

- Tego też nie mogę ci teraz powiedzieć i wierz mi, że to wszystko dla twojego dobra. I nie ma w tym nic, co było by nieuczciwością wobec ciebie. Ani tym bardziej nie ma żadnej innej kobiety – uderzył w tony, które dla większości przedstawicielek płci pięknej bywają często najistotniejsze.

- A dasz mi na to swoje słowo honoru?

- Co do tych kobiet? Daję słowo! Możesz być pewna. I co do twojego dobra również!

 

Komentarze