Przejdź do głównej zawartości

ATOMOWY POKER 260

 

19.11.1946, wczesne przedpołudnie – Polska, Jelenia Góra, siedziba Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego.


            - No i co towarzysze? Dowiem się od was czegoś nowego? Odkrywczego? Bo po tym co już dzisiaj od was usłyszałem, raczej nie macie się czym chwalić! 

Zapadła cisza. Bo i cóż można było rzec w sytuacji, gdy wszyscy znali fiasko dotychczasowych działań. Przedstawiciel Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego z Wrocławia też nie miał żadnych złudzeń w tym względzie, ale polecenia z samej Warszawy bezwzględnie trzeba było wykonać. Trzeba było zwołać comiesięczną naradę, oficjalnie odebrać meldunki i chociażby fikcyjnie, nakreślić kierunki dalszych działań. Na koniec zaś wysłać raport do samego ministerstwa. A, że i tak nic z tego już nie będzie? Nie szkodzi. Papier jest cierpliwy i wszystko przyjmie. Trzeba tylko się pilnować, aby nie wyskoczyć z czymś, co nadmiernie zaangażuje siły i środki, albo co gorsza, praktycznie jest niewykonalne.

- No, słucham! – pułkownik podniósł głos. – Założyliście tu jakiś zakon kontemplacyjny, czy co?

- To nie tak, towarzyszu pułkowniku – odważył się wreszcie przedstawiciel Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Sytuację przecież znacie. Wdrożyliśmy wszystkie polecenia narady sprzed miesiąca i konsekwentnie je wykonujemy. Do tego stopnia, że praktycznie wydeptaliśmy już ścieżki wokół tej cholernej góry. A dwa tygodnie temu, w nocy, o mało nie doszło do strzelaniny pomiędzy naszym patrolem a towarzyszami z WOP – u.

- Jak to?

- Normalnie. Była mgła i jeden z patroli pomylił trasę. Teoretyczne powinni minąć się w odległości około jednego kilometra, ale w takich warunkach wszystko może się zdarzyć. Noc, mgła, las, teren górzysty… Całe szczęście, że przewidzieliśmy podobne okoliczności i wprowadziliśmy system haseł oraz odzewów. Tylko to uratowało nas przed bratobójczym starciem.

- Pomyślimy i nad tym. A te dwa rowery? – tym razem pytanie skierowane było do WOP – u.

- Wciąż ich pilnujemy i wydaje się, że czas to zakończyć. Nawet już radzieccy towarzysze śmieją się z tej naszej zasadzki.

- To oni o tym wiedzą? – przedstawiciel wojska był mocno zaskoczony.

- A wy co towarzyszu tacy zdziwieni? To nie wiecie, że przy każdym Wojewódzkim Urzędzie Bezpieczeństwa Publicznego usytuowani są ich doradcy z NKWD? No, teraz to się już trochę inaczej nazywa, ale… Pomagają nam zwalczać to wszystko, z czym sami na początku nie dali byśmy sobie rady. Mają dostęp do naszych materiałów, doradzają pewne posunięcia i mogę was zapewnić, że dobrze na tym wychodzimy – ton głosu przedstawiciela województwa był taki, że tak naprawdę nie było wiadomo, czy to ostatnie stwierdzenie należało brać na poważnie. 

- A wracając do tych rowerów... – komendant MO zawiesił głos, jakby obawiał się wypowiedzieć to, co już miał na języku.

- No, mówcie śmiało towarzyszu!

- Nasi specjaliści z pionu kryminalnego niedawno wysunęli jeszcze inną tezę. Bo skoro po te rowery nikt już nie wrócił, to może specjalnie zostały tam podrzucone?

- Tak sądzicie? Ale po co?

- Chociażby po to, aby nasze działania skierować na ślepy tor, a posiadane siły i środki odciągnąć od innego, właściwego już terenu. Klasyczny przypadek wyrafinowanych przestępców. Podrzucić fałszywy trop, co skieruje nasze siły w próżnię. I trzeba powiedzieć, że jeżeli tak było, to miejsce porzucenia rowerów wybrane zostało wręcz idealnie. Teren pełen pozostałych po III Rzeszy nierozwiązanych jeszcze tajemnic, niespodzianek i w dodatku niesłychanie trudny do działania. A w tym samym czasie, ktoś gdzieś indziej wykonuje właściwą, szpiegowską lub dywersyjną robotę, o której jak na razie nie wiemy jeszcze nic.

- To może tak być – przedstawiciel WOP – u z miejsca poparł milicjanta. – Od miesiąca kierujemy tam lwią część naszych patroli, obsługujemy też teren zasadzki, a ochrona granicy państwowej leży. Całe szczęście, że wcześniejsze działania w poważnym stopniu wystraszyły wszelkiego rodzaju element przestępczy. Ale niestety, nasze działania w pobliżu miejsca zasadzki organizujemy i ukrywamy z coraz większym trudem. Ponadto jest zimno i żołnierze chorują. Drzewa liściaste stoją już gołe, a parę dni temu spadł tam pierwszy śnieg. Chcąc nie chcąc, zostawiamy ślady nie do ukrycia.

- Nie tylko wasze działania wystraszyły… – szef Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego też chciał zabłysnąć. – Również my, niejako przy okazji ujawniliśmy i połapaliśmy mnóstwo wrogiego elementu. Nasze miejscowe, karno-śledcze więzienie nr 3 w Jeleniej Górze po tych działaniach pęka w szwach. Mamy kogo rozliczać i to na długie miesiące.

- Ale jakoś nie słyszałem, aby poszukiwana przez nas piątka też się tam znalazła. Macie tam same płotki, a my polowaliśmy na szczupaka – pułkownik z Wrocławia momentalnie go zgasił. – Owszem, pracujecie ofiarnie, macie pewne wyniki, ale w tym konkretnym przypadku nie ma za co i komu gratulować. A co do waszych wniosków… – rozejrzał się po zgromadzonych. – Zobaczymy, co z tego wyjdzie. Skontaktuję się z Warszawą, przedstawię dotychczasowe ustalenia i sugestie, zobaczymy też co zadecydują w Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego. A potem ewentualnie uzgodnimy następne przedsięwzięcia.

 

            Dwie godziny później ustalono zakończenie zasadzki i powrót do normalnego toku służby. Ale dotychczasowe zadania odnośnie zdobywania wszelkiego typu informacji mogących dotyczyć tajemniczej piątki, pozostały w mocy.

 

20.11.1946 – Argentyna, San Carlos de Bariloche, siedziba Martina Bormanna.  

 

         - Mamy wreszcie jakieś dane - Manfeld wszedł do gabinetu Bormanna z kilkoma kartkami w ręku. – I  wszystko wskazuje na to, że dotyczą naszych ludzi.

- Wrócili? – Bormann aż poderwał się zza biurka.

- Nie. To nie o to chodzi.

- No to o co?

- Właśnie uzyskaliśmy nowe informacje, które prawdopodobnie dotyczą naszej dwójki.

- Wykrztuś je wreszcie!

- W dniu w którym wyruszyli na misję, czyli czwartego października, wieczorem doszło do podwójnego zabójstwa na przejściu granicznym przez Odrę. W Görlitz.

- Jakim znowu granicznym? To cały czas Niemcy!

- Tak, ale tu chodzi o przejście graniczne pomiędzy sowiecką a polską strefą okupacyjną – Manfeld referował zgodnie z oczekiwaniami reichsleitera.

- To już lepiej… I co z tym zabójstwem?

- Zamordowano sowieckiego oficera i jego pomocnika, którym był współpracujący z okupantami niemiecki strażnik.

- Jak współpracował, to nie ma go co żałować. A skąd to wszystko wiemy?

- Od Niemca, pochodzącego z terenów wysiedlanych przez Polaków. Ten, który nam o tym opowiedział, też właśnie został wysiedlony.

- To już nie mamy tam żadnych innych źródeł informacji?

- Praktycznie nie. Granice miedzy strefami są ściśle kontrolowane, przepływ ludzi minimalny, a ci, którzy tam jeszcze pozostali, nie mają żadnych środków łączności. A gdyby nawet mieli, to niby komu mieli by przekazywać informacje? W Niemczech nie mamy jeszcze żadnej nowej i w jakikolwiek sposób scentralizowanej organizacji wywiadowczej. Dopiero próbujemy ją odtworzyć. 

- Porozmawiamy o tym jeszcze… – ton głosu Bormanna nie pozostawiał wątpliwości, że ta rozmowa nie będzie przyjemna. – Ale teraz mów dalej. Co z tym wysiedlonym Niemcem? I skąd on miał takie informacje?

- Jest tam jeszcze trochę naszych ludzi, specjalistów, bez których Polacy nie uruchomili by kopalni, elektrowni czy kolei. Ten akurat pracował na kolei jako technik łączności, a jednocześnie swego rodzaju pomocnik polskiego zawiadowcy stacji. Zaraz po tym zabójstwie Polacy jakby oszaleli. Zorganizowali prawdziwe obławy, punkty kontrolne i gęstą sieć patroli usiłując dorwać tę dwójkę z Görlitz. Niezależnie od tego, wkrótce potem zaczęli też poszukiwać jakiejś trójki, która nielegalne przekroczyła granicę. Na dzień dzisiejszy nie wiemy, czy miało to coś wspólnego z naszymi ludźmi. Faktem jednak jest, że wszyscy, którzy pracowali w nadleśnictwach, punktach usługowych, handlu czy transporcie dostali zadania w zakresie identyfikacji i ujawniania poszukiwanych. Określono ich jako morderców. Obsługa stacji naszego Niemca też dostała takie zadania.

- Poszedł na współpracę z komunistami?

- Nie, to nie to. Po prostu otrzymał takie służbowe polecenie jak każdy inny pracownik transportu. Obławy trwały przez cały miesiąc i widocznie nie przyniosły rezultatu, bo po tym właśnie okresie je przerwano, nie anulując jednak zadań dla osobowych źródeł informacji.  A nasz Niemiec wkrótce potem został wysiedlony.

- Chciałeś powiedzieć, że wypędzony z własnej ojczyzny?

- Oczywiście, herr reichsleiter. Przejęzyczyłem się. A wracając do sprawy, można z tych informacji wyciągnąć jeden pewnik. Nasi ludzie przedarli się za Odrę i szczęśliwie ich nie złapano, bowiem w takiej sytuacji anulowano by też zadania w zakresie informowania władz. A nic takiego nie nastąpiło.

- Więc jak? Co się z nimi mogło stać?

- Tu wchodzi w grę wiele czynników. Na pewno jednak musieli trafić na coś, co ich kompletnie zaskoczyło i prawdopodobnie natychmiast uśmierciło. Być może jednak wdarli się do wnętrza tego „Centrum” i trafili na jakąś minę, czy inne świństwo… Może jakiś gaz, tlenek węgla czy coś podobnego… Na chwilę obecną trudno nawet domniemywać.

- Jednym słowem gówno wiemy – Bormann pokręcił głową. – I gówno możemy. A nasz osławiony Werwolf? Też nic nie może? Zero informacji?

- Tak jak już kiedyś rozmawialiśmy. Stworzył to Himmler, a…

- To oczywiście wiem! Parszywy zdrajca! Zdymisjonował go führer i na jego miejsce mianował gauleitera Breslau, Karla Hanke.

- Oczywiście. I chociażby z powodu tego, który tę organizację powołał, trudno było o jakikolwiek sukces. Himmler był dobry tylko w mordowaniu Żydów! A Werwolf? To, że jego istnienie i rzekome możliwości roztrąbiła propaganda ministra Goebbelsa, też nic nie znaczy. Był to raczej mit i wydmuszka, a nie realna militarna siła.

- Na początku jednak coś się tam działo…

- Niby tak, ale to było bezpośrednio po wojnie. Przebijały się wówczas na zachód różne rozbite i doraźnie zorganizowane grupy. Głównie oddziały SS i własowców, bo akurat oni nie mieli co szukać jakiejkolwiek łaski od sowietów. Ci z Wehrmachtu oraz Volkssturmu w takiej sytuacji raczej porzucali broń i masowo się poddawali. A wcześniej wiadomo… Najpierw zima i zarządzona przez nasze władze masowa, a jednocześnie przymusowa ewakuacja większości cywilów, później pierwsze wypędzenia i zamkniecie przez Polaków możliwości powrotu na ojczyste ziemie. A partyzantka bez wsparcia miejscowej ludności skazana jest na szybkie wymarcie. W dodatku brak było jakiegokolwiek centralnego ośrodka decyzji i wsparcia. Wyznaczony na szefa i organizatora Werwolfu, SS – Obergruppenführer Hans Adolf Prützmann już w maju ubiegłego roku dostał się do brytyjskiej niewoli, a zagrożony wydaniem władzom sowieckim zażył cyjanek. Tak więc ci, którzy chcieli jeszcze walczyć, zostali pozostawieni sami sobie. Nie ma tam aktualnie żadnych zorganizowanych struktur, a działalność bez ośrodka kierowniczego, bez łączności, bez wsparcia bronią, amunicją, żywością i pieniędzmi skazana jest na totalną porażkę. Ze szczątkowych informacji jakie jeszcze od czasu do czasu do nas docierają wynika, że nawet najbardziej patriotycznie nastawieni członkowie byłego Hitlerjugend, wcześniej podejmujący jakieś tam samodzielne inicjatywy, stracili wszelką nadzieję. Rozbijani przez polskie i sowieckie organa bezpieczeństwa, ścigani jak łowna zwierzyna nawet za samo, a przy tym niczym nie poparte podejrzenie posiadania broni, tkwią w takim swoistym marazmie. Niektórzy tam nawet czekali na nowy niemiecki rząd. Mieli nadzieję, że chociaż w nim znajdą jakąś ochronę prawną.

- Zaraz… Jaki znowu nowy rząd?

- Oczywiście to mrzonka, ale jeszcze latem i jesienią ubiegłego roku szerzyły się tam plotki, że powstanie nowy niemiecki rząd utworzony przez Rudolfa Hessa i feldmarszałka Friedricha Paulusa, tego spod Stalingradu.

- Oszalałeś Manfeld?

- Nie. Część ludzi naprawdę w to wierzyła. Przecież Hess, mimo iż był zastępcą führera, to jednak wbrew niemu poleciał do Anglii, aby na Zachodzie negocjować pokój. Natomiast Paulus po poddaniu 6 Armii pod Stalingradem czynnie uczestniczył w działaniach Komitetu Narodowego Wolne Niemcy. Współpracował tam nawet z niemieckim komunistą Wilhelmem Pieckiem i przez sowieckie radio apelował, aby nasi żołnierze poddawali się sowietom, zamiast walczyć za führera i III Rzeszę. I chociaż Hessa w zakończonym niedawno procesie norymberskim skazano na dożywocie, to już Paulusowi nie przedstawiono żadnych zarzutów. Zeznawał tam nawet tylko jako świadek. Jednym słowem, byli by dobrymi kandydatami, bowiem obaj czynnie - chociaż na swój sposób - sprzeciwili się Hitlerowi.

- Zdrajcy! Obaj zdrajcy!!! – Bormann aż zaryczał z wściekłości.

- Oczywiście. Ale to nie zmienia sytuacji, że od czasu powstania tych plotek zaczął tam panować marazm.

- To już kompletnie nic nie robią? Nie walczą?

- Herr reichsleiter! Za samo nielegalne posiadanie broni, zwłaszcza przez Niemca,  jest tam teraz prawie obligatoryjna kara śmierci. Wojskowe prokuratury od razu zarzucają zamiar obalenia zbrojnie i przemocą państwa polskiego, ustroju oraz diabli wiedzą czego jeszcze, a sądy przyklepują to bez zastanowienia, obficie ferując najwyższe wyroki. Długoletnie więzienie jest tam raczej wyjątkiem i swoistym rarytasem. Wszystkim niewygodnym czy podejrzanym Niemcom zarzucają przynależność do Werwolfu czyniąc z tego swoisty polityczny straszak, mając przy tym znakomitą okazję do konsolidacji własnego społeczeństwa. Ci, którzy z początku zaprzeczają, często nawet nie przeżywają brutalnego śledztwa, masowo umierając w ich katowniach. Nie są w stanie nawet doczekać się oficjalnego procesu sądowego. Miesiącami trzymani w przeludnionych podziemnych celach, w zimnie, brudzie, wilgoci, głodzeni, bici do krwi i trwałego kalectwa, bez żadnej pomocy lekarskiej, najczęściej raz dwa przyznają się do wszystkiego, chociażby po to, aby uniknąć dalszych tortur.

- To nie mogą tego odwołać przed sądem? Że przyznawali się pod wpływem bicia?

- To nic nie daje, bo w tych sprawach sądy są wojskowe i nie biorą tego pod uwagę. Dają wiarę jedynie ich oprawcom i protokołom z przesłuchań przez nich sporządzonym. Nie trafia do nich nawet to, że protokoły sporządzane są w języku polskim, a większość podsądnych nie zna tego języka! Stwierdzają, że jak oskarżony podpisał protokół, to wszystko się zgadza.

- A jakby ktoś nie chciał podpisać?

- To będzie bity i torturowany dopóki nie podpisze. Pejczem po plecach i pośladkach, prętem po stopach, poprzez wyrywanie paznokci, łamanie palców czy uderzanie głową o ścianę i podłogę. Katalog tych tortur oczywiście jest znacznie szerszy i cholernie skuteczny. Tak, jakby uczyli się od nas... A już na pewno od sowieckiego NKWD, z którym zresztą przed rokiem 1941 owocnie współpracowaliśmy, nieoficjalnie nazywając ich wtedy „Czerwone Gestapo”.

- Chcesz mnie zdenerwować, Manfeld?

- Nigdy bym nie śmiał. Wiem, że prawda często jest niewygodna, ale takich, którzy chcieli by mówić tylko to, co pan z kolei chciałby od nich usłyszeć, jest aż nadto.

- Mówisz jak doktor Reschke. Też mi to kiedyś powiedział.

- I śmiem twierdzić, że miał rację. „Potakiewiczów” nigdy nie brakuje i z reguły są oni najgorszym ludzkim sortem. Prawdziwym skarbem są tylko ci, co nie boją się mówić prawdy. A rzeczywistość w tej polskiej strefie okupacyjnej naprawdę jest taka jak mówię.

- Co racja to racja… – Bormann aż westchnął. – Załatwili nas na amen. I choćby dlatego musimy mieć te nasze bomby atomowe.

- Ale przecież doktor Reschke…

- Ne jest jedynym fizykiem na tym świecie. Przyspieszamy więc sprawę sprowadzenia do Argentyny doktora Ronalda Richtera. Wyspa Huemul czeka na niego. I teraz w nim cała nasza nadzieja.

- A sprawa tych trzech bomb w Niederschlesien?

- Zastanowię się. Chyba trzeba będzie podjąć jeszcze jedną próbę. I tak jak już wcześniej powiedziałem, kto wie, czy sam tam nie pojedziesz… 

 

Komentarze