- I co w związku z tym?
Wtedy nic nie zdołaliśmy namierzyć, jakby wszystko się rozmyło… Wiedzieliśmy, ze szykują jakąś dużą akcję, prawdopodobnie w Polsce. Założyliśmy, że może tu chodzić o te trzy bomby atomowe pod górą Mulenberg, ale jakoś niczego nie udało się potwierdzić. Do tego zniknęli trzej nasi ludzie i do dzisiaj nie wiemy, co faktycznie się z nimi stało. Ale z tego co teraz zrozumiałem, jakaś gra może zacząć się ponownie. Kto wie, czy nie w tej samej sprawie. Tak przynajmniej wynika z podsłuchów. Na razie zaś mamy jeden pewnik. Były SS – Standartenführer Otto Manfeld, adiutant i zaufany człowiek Bormanna właśnie wybiera się do Niemiec. Ma się tu skontaktować z Fritzem Schaube, który poinformował go o odnalezieniu jeszcze jednego starego przyjaciela. A taki kontakt to szansa dla nas…
- Wiadomo gdzie i w jakiej sprawie?
- Niestety nie – McFarland bezradne rozłożył ręce. – Zakładam jednak, że chodzi tu o tego odnalezionego i może to być dla nich ktoś cholernie ważny. Zaś do samego kontaktu prawdopodobnie może dojść w siedzibie tej firmy spedycyjnej. Schaube ma sporo klientów i jakiś kolejny anonimowy facet wchodzący do jego biura nie wzbudzi żadnych podejrzeń. Na ich miejscu sam bym tak zrobił, chociaż z podsłuchanej rozmowy jednoznacznie to nie wynika. Była wieloznaczna i można też domniemywać, że kontakt będzie wyłącznie telefoniczny. Niemniej jednak, gdyby dopaść tego całego Manfelda, cała zagadka zaczęła by się wreszcie rozwiązywać. Myślę, że zarówno poprzednia, jak i teraźniejsza.
- Więc chyba się zgodzimy, że Manfeld na darmo tu nie leci? Albo też może i płynie?
- Oczywiście, panie generale. Z tym, że realnie patrząc na dzisiejsze możliwości komunikacyjne z Argentyną, raczej płynie.
- To ile mamy czasu?
- Jeżeli płynie, to już chyba nie więcej niż dwa tygodnie. Może nawet tylko półtora.
- Dobrze. Proszę pozostawić u mnie te papiery. Jeszcze dziś zapoznam się z nimi szczegółowo i przemyślę sytuację. Pan jak widzę, dokładnie je już poznał, majorze?
- Tak jest!
- No to do jutra. Proszę przygotować krótkie sprawozdanie oraz swoje wnioski czy spostrzeżenia, a następnie zameldować się u mnie w samo południe. Przeanalizujemy obaj te dokumenty i podejmiemy odpowiednie kroki.
29.01.1947, godz.12.00 – Niemcy, Bremen, siedziba Wywiadu Armii USA.
- Panie generale, melduję się zgodnie z rozkazem! – trzymając w dłoni niewielką teczkę, wchodzący wyprężył się zaraz po przekroczeniu drzwi.
- Dajcie spokój z tą gimnastyką, majorze! – Brown z niejakim zdziwieniem popatrzył na McFarlanda. – Mnie jest potrzebna wasza głowa, a nie stukanie obcasami. Napije się pan kawy?
- Bardzo chętnie.
- W porządku. Mnie też się to przyda – sięgnął po telefon i zadysponował dwie kawy do swojego gabinetu. – A teraz praca koncepcyjna. Rozumiem, że w tej teczce zawarł pan swoje wstępne przemyślenia?
- Tak jest!
- Proszę je pokazać. Przejrzę je zaraz, a potem pan je zreferuje. Porównam je z moimi analizami.
- No, tak… – kwadrans później Brown potakująco potrząsnął głową. – Doszedł pan do takich samych wniosków jak i ja, a z ostatnich podsłuchów jedyną pewną informacją właściwie jest tylko to, że Manfeld zmierza do Europy, gdzie ma się spotkać albo w inny sposób skontaktować z Fritzem Schaube. Nie wiemy nawet jakim środkiem transportu będzie się posługiwał.
- Pozwolę sobie zauważyć, że w tej sprawie jest dodatkowy pewnik. Schaube odnalazł jeszcze jednego „starego przyjaciela”. Nie wiemy jednak po co i czy ten przyjaciel ma do spełnienia jakieś konkretne zadanie, czy też raczej jest osobą której trzeba pomóc. Na przykład w ukrywaniu się przed sprawiedliwością.
- Czyli?
- Poprzednio odnalazł dwóch. Nie wiemy, co robią lub już zrobili i co się z nimi aktualnie dzieje, ale to może być klucz do rozwiązania tej całej zagadki. Niemniej jednak możemy mieć do czynienia zarówno z jedną, jak i z trzema osobami.
- Albo z dwoma.
- Słucham?
- Dwoma. Bo może z tej pierwszej dwójki jeden już się wykruszył i to z jakichkolwiek powodów, ale drugi cały czas pozostaje w dyspozycji. Pamiętajmy, że cały czas poruszamy się jedynie w kręgu domniemywań.
- Bo mamy tylko dwa pewniki…
- Właśnie. To teraz porozmawiajmy o możliwych scenariuszach.
- To właśnie jest najtrudniejsze – McFarland aż westchnął. – Myślę, że nie ma co nadmiernie spekulować i teraz całościowo powinniśmy się skupić na tym, co mamy. Ale również właściwie na tym, co już poprzednio mieliśmy.
- To znaczy?
- Powinniśmy wrócić do naszych wcześniejszych ustaleń. Zaczął bym od Argentyny i doktora Reszki.
- A co on ma do tego?
- Będąc w Stanach jeszcze raz przesłuchałem taśmy i przeczytałem stenogram oraz jego tłumaczenie na angielski z pierwszej rozmowy z doktorem. Tej, jeszcze z Argentyny. Jest tam taki krótki fragment, gdy w Poczdamie wraz z Moderem niespodziewanie trafili do domu Schaube.
- I co?
- W obecności doktora Reszki, Dietrich informował Bormanna, że ma w głowie dane wszystkich swoich ludzi. Ale gdyby któryś musiał zmienić adres, to przyśle list z naderwanym lewym dolnym rogiem znaczka.
- O cholera! – Brown nagle stuknął się dłonią w czoło. – Za dużo ostatnio mieliśmy roboty i przegapiliśmy to!
- Właśnie. Mnie przy tej rozmowie nie było, zaś całość prowadzona i nagrywana była w języku niemieckim. Czytałem potem stenogram, ale też mi to jakoś umknęło. Może dlatego nie załapałem od razu, o co tak naprawdę chodzi. Bo we wrześniowych podsłuchach mamy z kolei taki charakterystyczny kawałek, gdzie Bormann pyta, czy przyszły jakieś listy od naszych przyjaciół. Schaube zaś mówi - cytuję – „te z naderwanymi”, a Bormann natychmiast mu przerywa. Potem słuchawkę przejmuje Manfeld i notuje dwa zaszyfrowane adresy.
- Czyli chodziło o ludzi Dietricha! Tych z dywizji „Brandenburg”! On sam zaś wcześniej został otruty, jeszcze na pokładzie U – Boota i przez to stracili z nimi kontakt.
- Na to wychodzi. A tych dwóch raczej nie potrzebowali aby wysłać ich do sklepu po wódkę, albo zatrudnić do jesiennego przekopania ogródka.
- Ale do przeszukania góry Mulenberg już tak?
- Też tak myślę. I może się to wiązać ze zniknięciem naszych ludzi. Do tego powiązał bym ten fakt z informacjami, jakie już po zaginięciu naszej ekipy napłynęły z Polski. Że najpierw polowano na jakąś dwójkę morderców z przejścia granicznego spod Zgorzelca, a potem, że już na piątkę… Jak wcześniej zauważył doktor Reszka, dwa i trzy to akurat pięć i jakoś się to dziwnie układa. Więc może polowano na obie ekipy naraz? Ich i naszą?
- I nie złapano ich. Były bowiem kary dla dowódców obławy.
- Właśnie. I to nam psuje cały scenariusz. Bo jeśli ich nie złapano, to co? Jakimś cudem trafili na siebie i wzajemnie się wystrzelali?
- E, to mało prawdopodobne… – Brown pokręcił głową. – Dobre na scenariusz do filmu z Hollywood, ale nie dla nas.
- A ja bym tego tak nie wykluczał. Oczywiście, że wariant z wzajemnym wystrzelaniem się jest skrajnie mało prawdopodobny, ale kto wie…
- Dobrze. To teraz jeszcze dwa zagadnienia, które znalazłem w pańskich wnioskach. Według wszelkich danych, Schaube jest tylko swoistą skrzynką kontaktową dla ludzi Dietricha?
- Tak. Proszę to odnieść do całości, a zwłaszcza do wrześniowych podsłuchów. To nie Moder ma zgłaszać ewentualne zmiany miejsca pobytu do Fritza Schaube, tylko Schaube do Modera. A samo to już stawia Modera znacznie wyżej w ich tajnej hierarchii. Ponadto Moder wie, gdzie mieszka Schaube, bo nawet już tam był. Natomiast Schaube o Moderze nie wie nic. Nie ma do niego nawet numeru telefonu, skoro w razie czego ma zamieścić ogłoszenie w ogólnodostępnej gazecie. Więc gdyby zaszła potrzeba kontaktu, to Moder dotrze do Schaube, a nie odwrotnie.
- Logiczne. Ale od tej chwili jest jeden do jednego. Remis!
- Nie rozumiem…
- To proste. Teraz to ja pana zaskoczę. Moder może nie wiedzieć, gdzie mieszka Schaube, bowiem spotkał go w garażach wynajmowanych przez jego firmę. Nie w miejscu faktycznego zamieszkania.
- Rzeczywiście – McFarland pokręcił głową. – Przepraszam panie generale. Ile to szczegółów w tej sprawie…
- I dlatego rozgryzamy ją obaj. No, ale proszę dalej.
- Dodatkowo należy przypuszczać, że skoro Schaube odnalazł jeszcze jednego „starego przyjaciela”, to z dużym prawdopodobieństwem może tu chodzić o następnego człowieka z grupy Dietricha. I jeżeli założymy, że poprzednia dwójka przepadła gdzieś w Polsce, to ten trzeci gość oraz jednoczesny przyjazd Manfelda prawdopodobnie będzie już ich ostatnią szansą. Szansą na atom!
- Stawia pan odważne tezy, majorze…
- Sądzę, że uzasadnione.
- No, dobrze. To teraz trzeba pomyśleć nad bieżącymi działaniami. Po pierwsze należy spróbować zidentyfikować i wychwycić samego Manfelda i to już przy wjeździe do Niemiec. A potem po nitce do kłębka. O ile pamiętam, mamy przecież jego zdjęcie sprzed czterech lat. Przez ten czas niewiele mógł się zmienić. A druga droga, to obserwacja samego Schaube. To tak jak w boksie. Jak nie wchodzi lewy prosty, to spróbujmy prawym sierpowym. Coś w końcu musi dojść.
- To nie takie proste, panie generale.
- Chce pan powiedzieć, że sprawa jest trudna, ale nie beznadziejna?
- Dokładnie tak – McFarland aż oblizał usta.
- No to proszę. Zamieniam się w słuch.
- Owszem, mamy zdjęcie Manfelda, ale dla celów rozpoznawczych praktycznie jest bezwartościowe. Zrobione było po amatorsku przez człowieka z jego otoczenia, który przypadkowo już w maju 1945 wpadł nam w ręce. Manfeld jest tam w mundurze, całą sylwetkę widać dobrze, ale daszek czapki zasłania mu czoło aż do brwi i w dodatku rzuca cień na oczy. Tak naprawdę, jeżeli chodzi o twarz to niewiele tam widać. Ponadto mundur zmienia człowieka, a on przecież przyjedzie po cywilnemu. Mógł przez ten czas zapuścić wąsy, brodę, dłuższe włosy, albo dla odmiany ogolić głowę na łyso czy też zacząć nosić okulary. Praktycznie będzie wtedy nie do rozpoznania. Tak, jak na przykład ostatni Reichsführer SS Karl Hanke, z którym to już po klęsce Niemiec zetknął się doktor Reszka.
- Więcej optymizmu, majorze. Może to i racja, ale zacznijmy z innej strony. Na jakich papierach może tu przyjechać? Sądzę, że takich, które na pierwszy rzut oka nie wzbudzą wątpliwości, a jednocześnie nie da się ich na miejscu sprawdzić!
- Sugeruje pan, że…
- Właśnie tak. W ciemno się założę, że będzie na autentycznych papierach argentyńskich. I przyjedzie tu jako handlowiec, przedstawiciel jakiegoś towarzystwa przemysłowego albo też jakiś dziennikarz. A z takimi papierami może jeździć ile chce, kiedy chce i dokąd chce. I kto wie, czy wśród tutejszych przemysłowców nie ma jakiejś dodatkowej, ukrytej misji.
- Z podsłuchów nic takiego nie wynika.
- Ale nie jest to wykluczone. Jednym słowem trzeba uruchomić naszą grupę obserwacyjną. Niech się wreszcie zrehabilitują za ten blamaż przy doktorze Reszce. I niech zaczynają od Hamburga. Już sprawdziłem. Jeżeli ktoś z zachodniej półkuli zamierza do nas przypłynąć, to na dzisiaj praktycznie tylko przez Hamburg.
- Tak jest!
- A co pan powie o Fritzu Schaube, majorze? Ma pan jakieś propozycje?
- Tu też nie jest tak prosto, bo założenie obserwacji na jego biuro będzie skrajnie trudne. To przecież strefa sowiecka. Podsłuch też nie będzie łatwy. A ponadto…
- No, słucham.
- Tak, jak już mówiłem. Schaube to tylko martwa skrzynka. Nic nie wie. W stenogramach rozmowy z doktorem Reszką jest tam jeszcze jeden istotny fragment. Otóż, gdy jeszcze w Poczdamie Bormann zastanawiał się, czy przysyłanie listów z adresami zapewni ludziom Dietricha bezpieczeństwo, ten poprosił go o rozmowę w cztery oczy. Wyproszono wtedy doktora, Schaubego, a nawet Modera. Potwierdziły to zresztą wrześniowe sprawdzenia obu przekazanych adresów. Sprawa została tylko pomiędzy Dietrichem a Bormannem. A teraz wszystko wskazuje na to, że jedynym depozytariuszem tej wiedzy będzie tu Manfeld. Więc chyba na nim powinniśmy się skupić.
- Argumenty słuszne. Przemyślę to jeszcze i wrócimy do naszych rozważań. Pan też niech jeszcze myśli. A decyzję podejmę najpóźniej pojutrze. Bo jakby co, musimy mieć jeszcze czas, aby dla herr Manfelda zorganizować właściwy komitet powitalny!
Komentarze
Prześlij komentarz