Przejdź do głównej zawartości

ATOMOWY POKER 269

 

15.02.1947 – Niemcy, Essen.

 

Jak na razie, szło nieźle. Nawet wczorajszy poranny pociąg ruszył z Hamburga bez opóźnień. I było by całkiem dobrze, gdyby nie ten przeziębiony pasażer z zaczerwienionym od kataru nosem… Już przy wsiadaniu kichnął tak potężnie, że aż wszyscy się odwrócili. Zrozumiał chyba jednak znaczące spojrzenia większości i nie wchodząc do przedziału pozostał na korytarzu, wysiadając już na drugiej stacji. Odetchnął więc Manfeld, powracając do czytania zakupionych na dworcu gazet. No bo cóż to byłby za interes, zarazić się grypą albo jakimś innym świństwem? Jak w takim stanie prowadzić jakiekolwiek działania? Na razie jednak chłonął prasowe informacje i gdy w końcu po sześciu godzinach pociąg dotarł do Essen, na początek zamówił taksówkę. Zarezerwował też pokój w hotelu, następnie odwiedził jedną z zaplanowanych firm, a nawet podpisał z nią wstępne porozumienie. Zeszło mu się przy tym prawie do wieczora i resztę przełożył na następny dzień.

 

Obudził się prawie o ósmej. W hotelowej restauracji zjadł śniadanie i przez chwilę się wahał. Najpierw wizyta w drugiej firmie, czy też może telefon do Poczdamu? Kusiło go pierwsze rozwiązanie, ale czyż można sobie na to pozwolić w sytuacji, gdy Bormann oczekuje zupełnie innych działań i innego sukcesu? W dodatku w ściśle wyznaczonym terminie? Zdecydował więc udać się najpierw na pocztę i stamtąd zamówić rozmowę do Fritza Schaube.

Oczekiwanie trwało prawie kwadrans. Uprzedzono go przy tym, że to już strefa sowiecka i łączenie nie zawsze daje pożądane rezultaty. A nie wiadomo też przy tym, czy rozmowy z zachodnich stref nie są przypadkiem podsłuchiwane.

- Przypadkiem? – pomyślał Manfeld. – U sowietów nie ma takich przypadków! Z góry trzeba założyć, że jednak są podsłuchiwane, a przypadkiem, to może któryś ze słuchających udać się na chwilę do toalety, a i to do końca nie wiadomo. Porzucił jednak te rozważania, gdy wskazano mu kabinę numer trzy i po chwili usłyszał w niej znajomy głos.

- Przedsiębiorstwo handlowo - przewozowe Schaube… Słucham!

- Fritz, to ty?

- Yyyy…

- Nie poznajesz? Kilka miesięcy temu rozmawialiśmy o naszych starych przyjaciołach. Dałeś mi wtedy nawet dwa adresy.

- A, już wiem! Pamiętam.

- Właśnie… Mówiłeś też niedawno, że odnalazł się i trzeci. Możesz mi podyktować jego adres? Mam tu już kartkę i ołówek do pisania.

- Eeee, przepraszam panie…

- Do rzeczy Fritz! – Manfeld nie zamierzał dopuścić do wymieniania jakichkolwiek nazwisk. Masz jego namiary gdzieś obok siebie?

- Były… Były, ale już nie ma – głos Schaubego był dziwnie płaczliwy.

- Jak to? – w nagłym przeczuciu nieszczęścia, Manfeldowi mało nie stanęły włosy na głowie. – Co się stało?

- Miałem tu niedawno włamanie i pożar. Otworzyli nawet kasę pancerną, gdzie miedzy innymi był ten list. Ukradli wszystkie pieniądze, a resztę papierów podpalili. Zajęło się od tego biuro i garaże. Nawet samochody poszły z dymem. Został mi tylko jeden, który wtedy był w trasie.

- Kiedy to było? Dokładnie!

- Półtora tygodnia temu. W nocy, z trzeciego na czwarty lutego.

- A policja? Mają już jakieś ustalenia?

- Żadnych. Byłem tam już u nich, aby uzyskać jakieś zaświadczenie. Na razie mi nie dali, bo podobno mają trzydzieści dni na przeprowadzenie postępowania. Dopiero potem dadzą mi jakiś papier, abym mógł z nim pójść do ubezpieczalni.

- Posłuchaj Fritz… – Manfeld z trudem zbierał myśli. – Robisz wszystko tak, jak dotychczas. Na razie nic się nie zmienia. Jak będzie potrzeba, zadzwonię jeszcze raz. Zrozumiałeś?

- Jawohl!

- Nie tak oficjalnie, Fritz. Nie jesteśmy przecież w wojsku. I głowa do góry. Jak trzeba, to potrafimy jeszcze pomagać naszym starym przyjaciołom – to ostatnie zdanie dodał już tylko „pro forma” i nie czekając na reakcję rozmówcy szybko odłożył słuchawkę. No bo po co robić mu nadzieję i składać jakieś obietnice bez żadnego pokrycia? Wiedział już, co miał wiedzieć i to mu wystarczyło. W tej robocie nie ma przypadków, a jeżeli nawet jakimś cudem są, to na pograniczu prawdopodobieństwa. Jednym słowem ktoś wyszedł na ich kontakty, a to oznaczało tylko jedno… Zdrada, albo kret w ich własnych szeregach!

 

            - Co teraz robi? – siedzący w zaparkowanym nieopodal samochodzie McFarland sięgnął po radiotelefon.

- Dwie minuty temu wyszedł z kabiny telefonicznej i usiadł w holu poczty. Nie rusza się. Jakby nad czymś głęboko myślał.

- Ja się nie pytam, co robił dwie minuty temu! Chcę wiedzieć, co robi teraz!

- Bez zmian. Nadal siedzi w holu. Czwórka obserwuje go bez przerwy. Gdyby chciał gdzieś iść, wyjmie chusteczkę z kieszeni i zacznie wycierać nos.

- W porządku. Zaraz po jego wyjściu, czyli tak aby go nie spłoszyć, dziesiątka wraz z niemieckim policjantem idzie na centralę telefoniczną. Musimy wiedzieć, dokąd on dzwonił.

- Zrobi się szefie! – po tym nieco nieformalnym określeniu znów zapadła cisza.

 

            I co teraz? Pytanie to krążyło w głowie Manfelda nie przynosząc żadnych rozsądnych pomysłów. Schaube niewątpliwie spalony i to nie tylko dosłownie, a wyjście na człowieka od Dietricha bezpowrotnie przepadło. Kto wie, czy też go zresztą nie namierzyli. Przypadek? Nie ma takich przypadków i trzeba przyjąć, że ten kierunek jest już nieaktualny. Moder? Jakby co, zamelinował się nawet niedaleko stąd, w Duisburgu, wiec chyba pozostaje tylko on. Przechowa go jakiś czas, wyrobi mu nowe, znakomicie podrobione niemieckie papiery, zaopatrzy w pieniądze i może da jakiś dalszy kontakt, o ile oczywiście go posiada. Bo jeżeli nie, trzeba będzie poszukać samemu. Miał przecież w głowie adresy co najmniej kilku starych druhów i współpracowników, jeszcze z czasów wojny. Przecież nie wszyscy oni zginęli czy uciekli, wiec wcześniej czy później musi trafić na jakiegoś sprawnego gościa zainteresowanego złotymi dwudziestodolarówkami. A najlepiej dwóch. Posiedział jeszcze chwilę, układając to sobie po kolei. Wreszcie wstał i postanowiwszy wrócić do hotelu, skierował się do wyjścia. I gdyby nie to lustro w holu… Bo to właśnie w nim zobaczył wycierającego nos faceta i natychmiast skojarzył tę gębę! Pasażer z pociągu! Ten od kichnięcia! A więc ogon! Zabiło mu serce, skoczyło ciśnienie… Idą za nim! Kto i od kiedy? Cholera wie, ale jeżeli to ruscy… Pamiętał jeszcze Wirtha z Argentyny i już wtedy wstrząsnęła nim skala ich infiltracji. A wpaść im jeszcze w łapy? Była to ostatnia rzecz na którą by się pisał i w jednej chwili postanowił działać. Przecież był świetnym kierowcą, więc może jednak to?

Potrzebne było tylko auto. Usiłując zapanować nad ogarniającą go paniką, wyszedł na zewnątrz. Rozejrzawszy się wokoło zobaczył co prawda niedaleko zaparkowany samochód, ale z dwoma mężczyznami w środku i znów przeszedł go dreszcz. Z zimna czy z przerażenia? Na razie więc skierował się w stronę pobliskiego postoju taksówek i znów skoczyło mu ciśnienie. Jakaś właśnie odjeżdżała, ale w kolejce stało jeszcze pięć następnych osób. Czekać? A jest jakieś inne wyjście? Przecież w środku miasta, w biały dzień i na oczach innych ludzi raczej go nie zgarną. A zresztą, kto to wie? – wymacał w kieszeni ołówek, którym miał zapisywać dane od Schaubego i to go chwilowo uspokoiło. Przecież można go użyć jako niezły szpikulec! Na razie jednak stanął w kolejce i zanim przyszła jego kolej zaczęły mu marznąć stopy. Nic to zresztą dziwnego. Luty, mróz i kilka centymetrów zlodowaciałego śniegu. Więc może to i lepiej?

 

Taksówką, która w końcu podjechała, kierował spory gość. Chyba już po pięćdziesiątce, ale mocnej budowy. Niedobrze. Bo jeżeli będzie się opierał… Na razie jednak kazał mu jechać do Oberhausen i siedzący za kierownicą obrzucił go uważnym wzrokiem.

- A pieniądze pan ma? Bo to niby cały czas przez teren zabudowany, ale administracyjnie to już jednak następne miasto. Taryfa więc będzie zamiejscowa.

- Proszę się nie martwić. Kasa jest. Aha… Stanie pan jeszcze w jednym miejscu. Powiem gdzie.

- A po co? – w głosie taksówkarza brzmiała podejrzliwość.

- Pan się nie boi. Nie ucieknę bez płacenia. A w ogóle, to od razu dam zaliczkę – wyciągnął z kieszeni kilka banknotów. – Dobrze będzie?

- W porządku. Za taką kasę mogę jechać nawet nieco dalej.

- Więc jedźmy!

            Było tak, jak już przypuszczał. Raz bliżej, raz dalej, ale pojechały za nim dwa samochody. Ten spod poczty i zaraz później drugi, który nawet nie wiadomo skąd się wziął.

            Pięć minut później kazał się zatrzymać. – Wejdę na chwilę do tego sklepu – wskazał na lewą stronę ulicy – i zaraz wracam. Może pan nawet nie gasić silnika.

Wysiadł, przeszedł na przeciwległy chodnik. Przysłowiowym kątem oka zobaczył też, jak oba auta z tyłu również się zatrzymują i po chwili wysiadło z nich dwóch mężczyzn. – Więc jednak się nie myliłem! Nie mam wyjścia! – natychmiast postanowił realizować swój plan. Wszedł na chwilę do sklepu, rozejrzał się i po kilku sekundach wyszedł. A dalej wszystko potoczyło się już w błyskawicznym tempie. Szarpnięcie drzwi taksówki, potężny cios w ucho obleczoną w rękawiczkę pięścią, szarpniecie za ramię i wyrzucenie ogłuszonego taksówkarza na jezdnię. Skok za kierownicę, pierwszy bieg i gaz do dechy! Siedmioletnie, ale dobrze utrzymane BMW 335, napędzane trzy i półlitrowym sześciocylindrowym silnikiem, zasilanym dwoma gaźnikami Solex i o mocy całych 90 koni mechanicznych,  ruszyło niczym rączy rumak i zanim ci z tyłu zdołali się zorientować, był już dobre dwieście metrów od nich. Więc teraz tylko naprzód! W wariackim pędzie skręcił na najbliższym skrzyżowaniu, zaraz później na następnym i kiedy już myślał, ze ich zgubił, maskę jednego z nich zobaczył niespełna sto metrów za sobą. – Chyba jednak mają lepsze samochody – pomyślał i znowu przyspieszył, tym razem już do granic możliwości. Ryczały silniki, piszczały opony, nieliczni przechodnie oglądali się zdumieni lub też uciekali w popłochu. Popędził prosto dochodząc aż do 145 kilometrów na godzinę, później znów seria skrętów i kolejne usiłowanie zgubienia prześladowców. A potem nagle przyszedł ten zakręt… Pozornie łagodny łuk w lewo, wręcz zachęcający do szybkiej jazdy i przez to zdradliwy. Podwójnie zresztą zdradliwy, bo pod cienką warstewką śniegu pokryty niewidocznym lodem. I zanim Manfeld się zorientował, tył samochodu zaczął mu uciekać w prawo. Skontrował to jednym i drugim ruchem kierownicy, ale było już za późno. Uślizg tylnej osi wyniósł go poza jezdnię, hamowanie nic nie dało i sekundę później rozpędzone, a ważące aż 1300 kilogramów BMW, wyrżnęło z hukiem w przydrożne drzewo. 

            Siła uderzenia była straszliwa. Wyrwała Manfelda zza kierownicy, rzuciła na pogięte prawe drzwi łamiąc mu żebra, kości rąk i nóg, miażdżąc czaszkę oraz rozrywając część wnętrzności. I nawet nie zdążył zauważyć, że właśnie umiera, zasypywany odłamkami szkła z rozbitych szyb.

            Dwa pędzące z tyłu samochody z trudem, bo z trudem, ale jakoś zdołały wyhamować. Wybiegło z pierwszego dwóch ludzi, dopadło do wraku. Popatrzyli chwilę na przekręconą prawie do tyłu głowę, na wyłamaną do przodu nogę w kolanie, na rozchlapaną wewnątrz krew. Jeden z nich próbował jeszcze dotknąć tętnicy szyjnej, ale widząc drwiące spojrzenie towarzysza natychmiast zrezygnował. – Dokumenty! – usłyszał tylko i posłusznie sięgnął do kieszeni, najpierw płaszcza, a później i marynarki. Wymacał w końcu gruby portfel w wewnętrznej kieszeni na piersi i wyciągnął go, brudząc sobie przy tym na czerwono dłonie oraz rękaw. Popatrzyli też, jak z drugiego samochodu w towarzystwie McFarlanda wyskoczył fotograf, pospiesznie zrobił kilka fotek, a sam major natychmiast potem zakomenderował.

- Spieprzamy stąd. Nic tu już po nas, tym bardziej, że nikt nie powinien nas skojarzyć z tym zdarzeniem! 

 

            16.02.1947, rano – Niemcy, Bremen, siedziba Wywiadu Armii USA.


            - Szkoda, że tak wyszło – obejrzawszy je dokładnie, Brown w końcu odłożył na biurko pięć makabrycznych fotografii. – Bo i z herr Otto Manfeldem chętnie byśmy porozmawiali.

- Ale przecież z nim by nie było tak, jak z tym Krause vel Jaschke – McFarland spojrzał z lekka zdziwiony. – To był naprawdę wysoko postawiony facet. Znacznie wyższa kategoria niż ten pierwszy.

- Oczywiście. I nawet nie zakładam, że poszedł by na jakąkolwiek aktywną współpracę. No bo przecież nie wydali byśmy go ruskim! Za dużo wie!

- Wiedział…

- A tak. Możemy mówić o nim już tylko w czasie przeszłym. Ale może by się jednak złamał, gdyby go posadzić w naszym tajnym więzieniu na czas nieokreślony? Bez sądu i w pojedynczej celi? Mamy przecież taki obiekt w Stanach, wykorzystywany tylko w razie zagrożenia bezpieczeństwa narodowego…

- To już tylko domniemania. A na razie…

- Tak?

- Zaraz po jego wizycie na poczcie, poszedł tam nasz człowiek z umundurowanym niemieckim policjantem. Nie było więc żadnych trudności z ustaleniem przeprowadzonej rozmowy. Dzwonił do Poczdamu, do Fritza Schaube. I była to jedyna rozmowa jaką stamtąd przeprowadził. 

- Więc dowiedział się o włamaniu, pożarze i utracie listu!

- I myślę, że to go właśnie spłoszyło. A potem już działał z góry zakładając, że ciągnie za sobą nasz ogon.

- Zakładając, albo też mając pewność.

- Nie sądzę, aby się zorientował. Nasi ludzie to zawodowcy.

- On też był zawodowcem, majorze. I kto wie, czy nie lepszym niż nasi. Bo bez powodu nie podjął by tak nagłych i radykalnych działań.

- Tego się już nie dowiemy.

- No, właśnie. A wracając do sprawy… Myślę, że jak na razie zagrożenie minęło. Schaube jako skrzynka kontaktowa jest definitywnie spalony i myślę, że zostawią go już samemu sobie.

- Niekoniecznie…

- A co pan przez to rozumie? – zdziwiony Brown popatrzył na McFarlanda.

- Na razie to, że nawet Bormann nie wie, iż Manfeld już nie żyje, a Schaube utracił list od człowieka Dietricha i do tego jeszcze jego firma spłonęła. W ciemno możemy też przyjąć, że Manfeld dowiedział się o tym jako pierwszy, bo inaczej nie dzwonił by do niego. A Manfeld zginął bezpośrednio po tym telefonie. Z nikim już nie zdążył się skontaktować, jest więc tak, jak gdyby nic się nie stało.

- Wnioski?

- Może się zdarzyć, że do Fritza Schaube napisze jeszcze jakiś człowiek. Człowiek, który o niczym nie wie.

- Więc co pan proponuje?

- Trzeba by jakoś kontrolować jego korespondencję. Może na przykład ustalić listonosza obsługującego ten rejon i przekonać go, aby zatrzymywał i przekazywał nam listy z naderwanym lewym dolnym rogiem znaczka? Za dziesięć czy nawet piętnaście dolarów miesięcznie powinien to zrobić bez większych oporów. Stać nas na to, a pan generał ma uprawnienia, aby podjąć taką decyzję.

- I widzę, że naprawdę będę ją musiał podjąć. A co do Manfelda, to będzie to dla Bormanna następny szok. Bo przecież Manfeld zniknął jak cień. I nigdy się już nie dowiedzą, co tak naprawdę się z nim stało.

 

 

Komentarze