Przejdź do głównej zawartości

ATOMOWY POKER 27

 

       10 grudzień 1939 – Berlin.

 

       Od ostatniego spotkania, tego z wujem Albertem jeszcze w sierpniu, kontaktu nie miał. We wrześniu nie mógł iść pod piwiarnię. Zresztą uznał, że byłoby to bezcelowe. W październiku i listopadzie łącznika nie było. Założył więc, że będzie w grudniu. No bo ile w końcu można na niego czekać …

       Nie pójdzie jednak do piwiarni, ani nawet nie będzie obok niej przechodził. Tak, jak i poprzednio, uda się do gmachu po przeciwnej stronie. To duża kamienica. Brama w dzień otwarta. Wchodzi się na pierwsze piętro i z głębi klatki schodowej, patrzy się chwilę przez okno. Z dołu nikt go nie zauważy. Wystarczy kilka sekund, aby wiedzieć, czy łącznik już się pojawił, czy też nie.

       Dzisiaj też szedł, jak i poprzednio. Spojrzał na zegarek. Dwunasta siedem. Dobry czas. Od strony ulicy równoległej do Unter den Linden, bramą przechodnią przeszedł kilka kroków i skręcił w lewo. Starając się cicho stąpać, wszedł na  piętro. W końcu, gdyby nawet zupełnie przypadkowo ktoś chciałby go tu legitymować, nie miałby wytłumaczenia po co i do kogo idzie. Ale jak nie ma lepszego wyjścia ? Czasem trzeba nieco zaryzykować. Rozejrzał się. Nikogo. Cofnął się w głąb, aby nie stać bezpośrednio przy oknie. Szyba, jak na zimowy czas była dość czysta. Niezamarznięta. Wyjął z kieszeni małą, teatralną lornetkę. Tu akurat nikt by mu nic nie zarzucił. Nie dalej, jak dwa dni temu był w operze. Nawet bilet do tej pory miał w kieszeni. Spojrzał na drugą stronę. Pusto. Łącznika nie ma. Koniec.

       Schował lornetkę do kieszeni i zszedł na dół. Brama przechodnia. Skręcił w nią i raz jeszcze spojrzał w kierunku piwiarni. Jest !!!

       A przed minutą go jeszcze nie było ! Czyżby wreszcie się udało ? Spojrzał na zegarek. Dwunasta dwanaście. Łącznik się spóźnił. Ale to nic. Najważniejsze, że jest. Chociaż … Wiedział, że jeżeli czegoś się bardzo pragnie, to zmysły mogą płatać figle. Trzeba się upewnić. Znów pierwsze piętro i znów lornetka. Popatrzył przez chwilę. Gazeta wczorajsza. Jeszcze rano zapamiętał sobie dokładnie układ pierwszej strony. Rogi zagięte na zewnątrz. Ciemny blondyn, lat około trzydziestu, ubrany przeciętnie, jak jakiś urzędnik. Tak … Nie może być wątpliwości. Jest kontakt. Przez chwilę patrzył jeszcze na łącznika, dokładnie zapamiętując jego wygląd.

       I nagle dreszcz ! Coś było nie tak ! Ale co ? Spojrzał raz jeszcze i już wiedział. Ten wąsik, podobny do wąsika Hitlera ! „Rotzbremse”, jak to mówią w Bawarii.  A jak to będzie po polsku ? Hamulec dla smarków ? Obrzydlistwo ! Brrr …

       Nie i jeszcze raz nie ! Czy którykolwiek z Polaków nosiłby teraz taki wąsik ? Nawet dla kamuflażu ? Pobłogosławił w myślach jakość lornetki. Niby mała, teatralna, ale znakomity i ostry obraz.

       Już bez lornetki przez chwilę obserwował ulicę. Jeden samochód przy chodniku, niewiele dalej drugi. W obu po dwóch mężczyzn. Wychwycił jeszcze dwóch, niby rozmawiających i palących papierosy, ale taksujących wzrokiem każdego przechodnia. Zrozumiał. Zasadzka ! Ale na kogo ? Na niego czy łącznika ?

       Zalała go fala strachu, gwałtownie nakazująca uciekać. Są na tropie ! I tylko z trudem, zimny, analityczny umysł kazał mu zostać. Nawet jeżeli obserwują prawdziwego łącznika, to jego tożsamości przecież nie znają. A jeżeli jest to zasadzka ? To też jej nie znają. Uspokajał się z wolna. A może to przewidzenie, przewrażliwienie ?  Znów skierował się na dół. Przez przechodnią bramę wyszedł na równoległą ulicę. Iść do Tiergarten czy nie ? No, ale przecież musi się przekonać. Z całkowitą pewnością. Więc pójdzie. Ale na sam koniec czasu wyznaczonego na kontakt. Nie podejdzie do łącznika. Przejdzie jako zwykły przechodzień, alejką odległą o dobre sto kilkanaście metrów. Wzrok ma dobry, więc dokładnie go zobaczy. Spróbuje go chwilę poobserwować. Teraz zaś trzeba uspokoić nerwy.

       Wiedziony tą myślą, wszedł do najbliższej restauracji. Obiad i duży kieliszek wódki. Potem cygaretka, choć palił tylko wyjątkowo. Siedząc przy posiłku, wszystko jeszcze raz skalkulował.

 

       W bramie Tiergarten pojawił się o piętnastej czterdzieści. Pięć minut przed końcem kontaktu. Zmierzchało. No tak … Przecież to najkrótsze dni w roku. Ale świecą się latarnie. Wystarczająco jasno, aby dobrze widzieć. Przeszedł w boczną alejkę. Jest dokładnie piętnasta czterdzieści trzy. Odległość spora, ale wszystko jak na dłoni.

       Już z daleka dostrzegł kilku podejrzanych typów, kręcących się bez celu. Odszedł. Postanowił zaczekać przy wyjściu, w pawilonie dla gadów. Tam zawsze ciepło i duże, szklane ściany. Przesiedział przy nich kilkanaście minut i … Jest ! Łącznik wychodził na ulicę. Znowu poczekał. Nie chciał się zbytnio zbliżać. A przy tym ta cholerna pogoda … Na zewnątrz właśnie zaczął padać deszcz ze śniegiem, zacinając w twarze nielicznych przechodniów. Otworzył drzwi pawilonu. Wyjrzał. Łącznik odszedł już dobre sto metrów, a Henryk znów zobaczył znajome jeszcze z Unter den Linden, zaparkowane przy krawężniku samochody.

       Postawił kołnierz płaszcza i przez chwilę jeszcze obserwował. Temu, na którego tak czekał, też widać aura dawała się we znaki, bo nie odszedł daleko. Obejrzał się raz i drugi, a później zdecydowanym ruchem ręki skinął w kierunku stojącego w pobliżu auta. Poderwało się do jazdy i po chwili łącznik już siedział we wnętrzu. Odjechał. Dwa stojące w pobliżu samochody karnie podążyły za pierwszym.

       Teraz Henryk wiedział już na pewno. Zasadzka ! Prowokacja ! Znają sposób kontaktu, podstawili swojego człowieka na wabia, ale nie znają tożsamości agenta. Czyli jego ! Tu znów dreszcz przebiegł mu po plecach. Z zimna, czy z nerwów ?

       Przypomniał sobie niedawną rozmowę Modera z jednym z funkcjonariuszy. Abwehra przechwyciła część archiwów polskiego wywiadu. Znów poczuł zimny dreszcz. Od września do grudnia, gdyby tylko znali jego tożsamość, już by go dopadli ! Nie mają więc jego teczki personalnej, ani teczek pracy. Pewno jednak istniała jakaś część dokumentów, poświęcona kontaktom z agenturą, na wypadek wojny czy innych wydarzeń nadzwyczajnych i musieli ją zagarnąć.

       Jakąż jednak przenikliwością wykazał się wuj Zajezierski, że wymyślił sposób kontaktu, przy którym jego tożsamość pozostaje nieznana ! Henryk poczuł w tej chwili falę wdzięczności, jakiej chyba nigdy nie zaznał. Po wojnie – cholera, kiedy to będzie ? – postawi mu najlepszy koniak, jaki będzie można znaleźć w całej Warszawie.

       Ale teraz do domu. Uspokoić się. I zastanowić się nad całą tą sytuacją.

 

       Grudzień 1939 – Paryż.


       - No to pokażcie poruczniku wasze sprawozdanie z tego nieszczęsnego września. I przypominam, że stoicie przed komisją do wyświetlenia przyczyn tak niekorzystnego dla nas przebiegu wojny. Oraz do znalezienia winnych tego stanu rzeczy.

       Podał pisane przez cały dzień sprawozdanie. Pochyliły się nad nim dwie, szpakowate już głowy. Błysnęły szkła okularów. A piętnaście minut później padło pierwsze pytanie.

- A więc, poruczniku Orawa, pełnił pan służbę w Delegaturze Katowickiej. Sekcja Częstochowska ?

- Tak jest, panie pułkowniku.

- I współpracował z majorem Zajezierskim ?

- Tak jest. Od grudnia 1922 roku. Ja byłem jeszcze wtedy młodym sierżantem. On podporucznikiem.

- No to teraz proszę opowiedzieć … Jak to właściwie było w tej Warszawie ?

- Tak, jak napisałem. Przyjechaliśmy do Fortu Legionów, do siedziby Centralnego Archiwum Wojskowego. Tam, pod nadzorem majora i moim, żandarmi z eskorty przenieśli skrzynki z ciężarówek do pomieszczenia wskazanego przez oficera dyżurnego. Przez otwarte drzwi do kotłowni, widzieliśmy, jak kilku pracowników paliło w piecu jakieś akta. Major rozmawiał jeszcze z oficerem dyżurnym. Później wrócił. Wydał mi polecenie, abym wziął samochód osobowy i udał się do siedziby II Oddziału Sztabu Generalnego. Miałem tam poczynić ustalenia odnośnie dalszej ewakuacji przywiezionych archiwów. Potem miałem wrócić do majora i przekazać mu poczynione ustalenia. Niestety, w siedzibie Oddziału dostałem rozkaz natychmiastowego objęcia dowództwa konwoju odjeżdżającego na ewakuacyjny punkt etapowy. Nie miałem już możliwości powiadomić majora Zajezierskiego, bo nie działała łączność z Fortem. Kapitan, od którego otrzymałem pisemne rozkazy, przekazał mi jedynie, że łączności nie ma, bo działają szpiedzy i dywersanci. Linie przerywają, albo je podsłuchują. Pół godziny później, jako dowódca konwoju, wyjechałem na wschód.

- I nigdy już pan majora nie widział ?

- Nigdy. Kapitana, który dał mi te rozkazy, spotkałem kilka dni później nad Bugiem. W punkcie etapowym. Stwierdził, że major zniknął i nikt nie wie, co się z nim stało. Później, razem z kilkoma innymi oficerami i ewakuowanymi aktami przejechałem przez Rumunię i statkiem z portu w Konstancy, przez Morze Czarne, Bosfor i Morze Śródziemne, dostałem się do Francji. Archiwa przekazaliśmy naszym władzom.

- To wiemy, poruczniku. Nas jednak interesuje inny aspekt tej sprawy. Jak pan myśli ? Co mogło się stać z majorem Zajezierskim ?

- Nie wiem, panie pułkowniku. Nie mam na to żadnych pomysłów. Była wojna i wszystko mogło się wydarzyć.

- Jest wojna, poruczniku ! Jest ! Ona trwa dalej. A pan właśnie otrzymuje następne bojowe zadanie. Proszę szczegółowo opisać wszystkich agentów, z jakimi się pan zetknął przed pierwszym września. To, co tylko pan pamięta. Pseudonimy, nazwiska, sposoby łączności, zakres przekazywanych informacji, efektywność ich pracy. Ale to nie wszystko. Przy każdym agencie proszę ująć w jego pozyskaniu, zasadach współpracy, znajomości personaliów, zadań, uzyskiwanych i przekazywanych informacji oraz tym podobnych zagadnień, rolę majora Zajezierskiego.

- Ale takie dane są w ewakuowanych teczkach …

- Nie wszystkie poruczniku. Nie wszystkie. Są pewne luki. Wojna zagmatwała wiele spraw i wiele jeszcze musimy wyjaśnić. Pisać proszę tylko w moim biurze. Ściśle tajne! Egzemplarz pojedynczy ! I tylko do moich rąk. Nikt nie ma prawa tego zobaczyć. A pan, nie ma prawa nikomu o tym mówić. Oprócz mnie, oczywiście – tu pułkownik zdobył się na dowcip. Czy wystarczy panu najbliższy tydzień ? Tak do Świąt ?

- Tak jest, panie pułkowniku !

- W takim razie oczekuję pańskiego sprawozdania w Wigilię Świąt Bożego Narodzenia, o dziewiątej rano. Święta, czy nie święta, wojna trwa. I proszę pamiętać. Szczegółowo !

 

       10 styczeń 1940 – Berlin.

 

       Znów był w znanej sobie kamienicy, na klatce schodowej pierwszego piętra, naprzeciw „Luizy”. Znów widział blondyna z wąsikiem, czytającego Völkischer Beobachter z zagiętymi rogami. Ponownie zlokalizował kilku typów, wyraźnie obserwujących przechodniów. I znów te kilka, znanych już sprzed Tiergarten samochodów.

       Porównał to z sytuacją sprzed kilku dni, kiedy to przyszedł zobaczyć, jak wygląda sytuacja poza wyznaczonym terminem. Różnica od razu rzucała się w oczy.

       Teraz już wiedział na pewno. Niby nie było wątpliwości i to już po poprzednim razie, ale podświadomie tak bardzo chciał, aby to nie było prawdą. Teraz jednak musiał w pełni przyjąć gorzką rzeczywistość. Nic mu się już nie może zdawać. Ta forma kontaktu jest spalona. Więc zero zaufania do kogokolwiek.

       No … Chyba, żeby był to sam wuj Albert lub łącznik, z którym przez te wszystkie lata się spotykał.

 

      Styczeń 1940 – Paryż.


       - Proszę usiąść poruczniku. Tu pułkownik spojrzał na siedzących po jego bokach majora i kapitana. Przed nimi, jak zauważył Orawa, leżało kilkanaście dokumentów, w tym znajome kartki blisko dwudziestu stron, zapisanych jego charakterem pisma.

       Wszystko to wyglądało dziwnie. Jak jakiś sąd, pomyślał Orawa, ale tu już padło pierwsze pytanie.

- Czy wszystkie teczki waszej Sekcji zostały ewakuowane w 1939 – tym ?

- Tak. Osobiście pakowałem je do skrzyń, pod nadzorem majora Zajezierskiego.

- A teczki agenta o pseudonimie „Janus” ?

- Tak, były pakowane osobiście przeze mnie.

- Skąd pan pobierał teczki do pakowania ?

- Były w trzech metalowych szafach, w pomieszczeniu wykorzystywanym na archiwum. Oprócz teczek „Janusa”.

- Oprócz teczek „Janusa” ? To skąd pan je wziął, skoro nie było ich w archiwum ?

- Otrzymałem je bezpośrednio od majora Zajezierskiego, przy pakowaniu teczek do skrzyń.

- Czy to był ich komplet ? Czy to była teczka personalna i teczki pracy ?

- Tak, komplet.

- Czy pakował pan teczki personalne i pracy do jednej skrzyni, czy osobno ?

- Osobno pakowałem teczki personalne, do jednej skrzyni. Teczki pracy do czterech pozostałych. Niektórzy długo pracowali i uzyskane przez nich materiały nie mieściły się w jednej teczce. Mieli ich więcej, po dwie, trzy, a nawet cztery.

- A skąd major Zajezierski przyniósł panu teczki „Janusa” ?

- Od siebie z gabinetu. Trzymał je w swoim osobistym sejfie.

- A czy było to zgodne z obowiązującymi przepisami ?

- Myślę, że tak. Dlaczego tak postępował, nigdy mi nie mówił. Ale każdy przełożony ma prawo, na przykład wziąć do kontroli dowolne akta. Jeżeli ma osobisty sejf, może je przetrzymać u siebie. Przepisy nie określają, na jak długo.

- To wiemy. Chcemy tylko wyjaśnić pewne fakty, które w tej sprawie są w najwyższym stopniu niepokojące. Stanowczo więc pan twierdzi, że teczki „Janusa”, a zwłaszcza teczkę personalną, umieścił pan w skrzyni ?

- Tak, razem z innymi teczkami personalnymi.

- Czy skrzynia była w jakiś sposób zamknięta, zaplombowana ?

- Tak. Klucze do kłódki i plombownicę miał major. Założyliśmy plomby, sporządzono też spisy zawartości, które przed zamknięciem umieściliśmy wewnątrz skrzyń.

- A czy w czasie podróży do Warszawy ktoś te skrzynie otwierał ?

- Nic mi o tym nie wiadomo. Na sto procent skrzynie dotarły do Fortu zamknięte i zaplombowane.

- Czyli, po wniesieniu ich przez eskortę do pomieszczeń Fortu i odesłaniu pana, nie miał już pan z nimi kontaktu ?

- Nie.

- Dobrze. Wyjaśnijmy teraz kolejne zagadnienie. Kto to był „Janus” ?

- No … agent.

- A jego personalia ?

- Nie znam.

- Jak to pan nie zna ? Niektórych teczek pracy co prawda nie udało się ewakuować i toczy się w tej sprawie osobne śledztwo, ale przecież według pańskiego sprawozdania, pracował pan z nim bezpośrednio !

- Więc to jest jakieś śledztwo ?

- Proszę odpowiadać na pytania ! Jakim cudem pracował pan z „Janusem” nie znając jego personaliów ?

- „De facto” byłem tylko łącznikiem. To był agent majora. Na początku mojej pracy z nim, w grudniu 1922 roku, pokazał mi jego zdjęcie. Miałem pojechać do Opola. Tam był taki niewielki hotel. Miałem już zarezerwowany pokój numer 2. Był otwarty. Po chwili przyszedł „Janus”. Młody mężczyzna. Nawet bardzo młody, ale o poważnym wyrazie twarzy. Wymieniliśmy hasło, które było ustalone na pierwszy raz. Przekazał mi materiały sporządzone pismem technicznym, dla ukrycia prawdziwego charakteru jego pisma. Przeczytałem to, sfotografowałem, a następnie oryginały zniszczyliśmy. Potem przez godzinę przekazywał mi jeszcze informacje uzupełniające. Nie wolno mi było robić notatek, musiałem wszystko zapamiętać. No, może nie wszystko, bo było to tylko uzupełnienie podstawowego materiału. Relacja ustna uzupełniała pisemną. Już wtedy był bardzo rzeczowy. Wyrażał się precyzyjnie, często językiem techniki. Jak wywnioskowałem, chociaż ani wtedy, ani później nigdy nic o sobie nie mówił, najpierw studiował w Monachium, a od 1927 – go w Berlinie. To, co przekazywał, było bardzo interesujące. Dotyczyło głównie działań partii nazistowskiej, badań naukowych i spraw zbrojeniowych. Kiedyś przekazał nawet celownik artyleryjski.

- Więc kompletnie nic pan nie wie na temat jego personaliów ?

- Raz tylko, na początku major powiedział, że mogę się do niego zwracać panie Piotrze. Ale nie wiem, czy to jego prawdziwe imię.

- A łączność ? Skąd pan wiedział, kiedy jechać do Opola i że on akurat tam będzie?

- Chyba dzwonił do majora i umawiał spotkanie. Nie tylko w Opolu. Jeździłem też do pewnej małej miejscowości, o nazwie Colonnowska, przemianowanej później na Grafenweiler. Był tam taki zajazd przy kuźni. Tam też się spotykaliśmy. Ja jeździłem tylko wtedy, gdy dostawałem takie polecenie. Najczęściej kilka razy w roku.

- A major ? Kontaktował się z nim osobiście ?

- Nie wiem. Jeżeli tak, to chyba tylko raz. Tuż przed wojną. Był wtedy jakiś materiał na mikrofotografii i chyba od „Janusa”.

- No, dobrze. A jeszcze o tej współpracy … Jakieś charakterystyczne szczegóły. Nic takiego panu w głowie nie utkwiło ?

- Charakterystyczne ? Kilka lat przed wojną przekazał ciekawe materiały dotyczące doktora, o nazwisku von Braun. Mówił o jego próbach rakietowych na poligonie Kummersdorf i na wyspie Borkum. Podobno ten doktor marzył o wysłaniu człowieka na Księżyc …

- „Księżycowy” ! Pamiętam to z jednej z narad !

- Słucham ?

- Nie, nic. To takie skojarzenie. Myślę, że pan też to pamięta – tu pułkownik zwrócił się w stronę siedzącego obok majora.

- Oczywiście. Mieliśmy z tego niezły ubaw !

- No, tak … Ale wracajmy do rzeczy. Czy pan porucznik jest może zorientowany , jaki był ustalony zapasowy sposób łączności ? Na czas wojny ?

- Nie wiem nic na ten temat.

- A wie pan, że akta, podobno tak pieczołowicie przez was pakowane, dotarły do Francji zdekompletowane ?

- Jak to zdekompletowane ?

- A tak … Były zamknięte, były plomby, a teczek „Janusa” wewnątrz nie było.

- To niemożliwe.

- Możliwe, bo taki fakt stwierdziliśmy. A teraz dowie się pan, dlaczego w ogóle rozmawiamy. Otrzymaliśmy zadanie wyjaśnienia tej sprawy. Toczy się w niej wewnętrzne śledztwo. I są pytania, na które nie ma odpowiedzi. Co się stało z teczkami „Janusa” ? Kim on w ogóle był, lub jeszcze jest ? Dlaczego major Zajezierski trzymał jego teczki nie w pomieszczeniach archiwum, jak wszystkie inne, tylko u siebie w sejfie ? Jaki był ustalony awaryjny system łączności i czy w ogóle był ? I co się stało z majorem Zajezierskim ?

- Nie znajduję odpowiedzi na te pytania.

- A my właśnie mamy zadanie je znaleźć i myśleliśmy, że nam pan więcej pomoże.

- Ale ja w tej sprawie naprawdę nic więcej nie wiem !

- Czytaliśmy pańskie sprawozdanie. Do tej sprawy nie wniosło ono nic nowego. Ale zostają pytania. Kim był „Janus” ? A właściwie jeszcze dalej … Kim był pan major Zajezierski ?

- Jak to, „kim był” ?

- Normalnie. Jest człowiek i znika w newralgicznej chwili. Tak, że nikt nie wie, co się z nim stało. Czy to nie podejrzane ? Były teczki agenta „Janusa” i znikają. Z zamkniętej i zaplombowanej skrzyni, do której klucze i plombownicę miał tylko jeden człowiek. Człowiek, który na naradzie karmił nas informacjami o lotach na Księżyc ! - tu huragan śmiechu przetoczył się za stołem szacownego gremium. Nie wiadomo nawet kim był ten jego agent, a major powołując się na jego informacje straszył nas tuż przed wojną potęgą Wehrmachtu !

- No i jego informacje się sprawdziły. Z całym szacunkiem dla pana pułkownika i pozostałych panów oficerów, ale dostaliśmy w dupę !

- Nie pozwalajcie sobie poruczniku. To był czysty defetyzm.

- Można o tym dyskutować, ale życie dowiodło, że major miał rację i mówił prawdę.

- Jeszcze chwila i pomyślę, że i pan jest w tej sprawie podejrzany ! Nie rozumie pan swojej sytuacji ? Współpracował pan z człowiekiem, który nagle znika i jest zamieszany w taką aferę ! Z tego wszystkiego powstało nawet domniemanie, że mógł być niemieckim szpiegiem !

- Panie pułkowniku …

- Niech pan nie przerywa. A wie pan, że w 1922 zmienił nazwisko ? Tak ! Wcześniej nazywał się po niemiecku ! Herling !!! Ale dość już tego. Praktycznie, nic nam pan nie pomógł. Zostanie pan skierowany do zwykłego pułku piechoty, na stanowisko dowódcy plutonu. Rozumie pan chyba, że w tej sytuacji i do czasu wyjaśnienia tej sprawy, nie może się pan nawet ocierać o zagadnienia wywiadowcze.

- A jeżeli sprawa nigdy nie zostanie wyjaśniona ?

- No, cóż … Wtedy będzie pan musiał przyzwyczaić się do myśli, że droga pańskiej kariery wojskowej może realizować się już tylko w służbie liniowej. To wszystko. Może pan odejść …

 

     - I co panowie myślicie o tej sprawie ?

- Myślę – po krótkim wahaniu odezwał się major – że w tych warunkach może być to sprawa nie do wyjaśnienia. I jeszcze jedno. Trzeba otoczyć pana porucznika dyskretną obserwacją kontrwywiadowczą. Tak, na wszelki wypadek … Nigdy nie wiadomo, co tak naprawdę siedzi w człowieku.

 

Komentarze