24 sierpień 1943 – Berlin, siedziba SD, gabinet Modera.
A więc to tak – sam do siebie stwierdził Moder. - Obiecujące, nie uważa pan ?
- Owszem, obiecujące. Ale na razie tylko obiecujące. A najbardziej obiecująca jest sama nazwa programu. „Hexenkessel” ! Pan doktor Mario Zippermayr ma sporo wyobraźni.
- Podobnie jak pan, hauptsturmführer. Ale u pana jest to cechą dodatnią.
- Dziękuję, standartenführer. Myślę, że u doktora Zippermayra również, chociaż jego prace to melodia dość odległej przyszłości.
- Jak odległej ?
- Myślę – tu Henryk lekko się zawahał – jest to okres półtora do dwóch lat intensywnych prac.
- Doktor Alfred Klemm uważa, że rok.
- Doktor Klemm ? Nie znam ….
- To fizyk, pracujący w Akademii Technicznej SS w Zellendorfie.
- Nigdy tam nie byłem. Ale to ciekawe, bo doktor Zippermayr jest bardziej ostrożny w swoich ocenach. A przecież to on prowadzi główne prace. Sam mi mówił, że o ile nie stanowi większego problemu produkcja ciekłego tlenu, to już całkiem innym zagadnieniem jest transportowanie go na większe odległości. Potrzebna będzie specjalna, mobilna aparatura do utrzymywania tlenu w stanie ciekłym. A zupełnie inną sprawą będzie też takie zmodyfikowanie urządzeń, aby można je zastosować w broni w pełni operacyjnej i gotowej do zastosowania na froncie. To przecież musi potrwać.
- Tak, ale doktor Klemm, SS - standartenführer zresztą, uważa, że pomysł Zippermayra można zastosować do inicjacji wybuchu atomowego. Spowodować wybuch w grubościennej kuli z wysokogatunkowej stali, a temperatura i ciśnienie zrobią swoje. Zainicjują termojądrowe, wzmocnione rozszczepienie umieszczonego wewnątrz uranu. Profesor Heinrich Mache z Uniwersytetu Technicznego w Wiedniu też twierdzi, że to może zadziałać.
- Oczywiście, standartenfhrüer. Zgadzam się z tymi opiniami, choć słyszę o nich po raz pierwszy. Dotychczas jednak myślałem, że rozpatrujemy doświadczenia Zippermayra w kontekście broni klasycznej …
Tu Henryk chciał jeszcze coś powiedzieć, ale ugryzł się w język. Po co wspomagać zbrodniczy system ? Przecież życzy mu wszystkiego najgorszego. Niby pracuje dla nich, ale czy tak naprawdę ma inne wyjście ? Przecież inaczej nie dopadnie von Drebnitza. A jeszcze w sposób, jaki sobie zaplanował ? No, przecież nie ! A przy okazji ma wgląd w największe tajemnice III Rzeszy. Kto wie, do czego to jeszcze może się przydać … A nuż, zdarzy się jakiś cud i nawiąże kiedyś kontakt z wujem Zajezierskim lub z jego wysłannikiem ? Oni by potrafili wykorzystać takie informacje. Ale czy jest to w ogóle możliwe ? Czy oni jeszcze żyją ? Jest przecież wojna, a na wojnie, jak to na wojnie. Zdarzyć się może wszystko. Możliwe jest często niemożliwe i odwrotnie też. Niczego nie można być pewnym. Sprawdza się tylko jedno. „Umiesz liczyć, licz na siebie” – jak wbijał mu w głowę instruktor podczas szkolenia. - I nie wybiegaj zbytnio przed orkiestrę. „Komu pierwsza chwałka, temu pierwsza pałka” !
Zostawił więc Henryk dla siebie pierwszą myśl, aby ciekły tlen zastąpić benzyną lub spirytusem. Być może zdała by też egzamin zwykła nafta. Tlen zaś byłby po prostu z powietrza. Natychmiast rozwiązało by to problemy z produkcją, transportem, napełnianiem ładunków bojowych i realnym użyciem ich na polu walki. Niech więc idą w innych kierunkach, gwarantujących przedłużanie się doświadczeń i prac.
A on sam ? Przyzwyczaił się już do roli samotnego wilka, przyczajonego w ponurych, brunatnych ciemnościach. Na razie czeka. Obserwuje i analizuje. Ale przyjdzie czas. Przyjdzie czas, gdy skoczy im do gardła …
- Zamyślił się pan, hauptsturmführer ? – dobiegł go głos Modera.
- Tak, standartenführer. Już myślałem o tych nowych koncepcjach.
- To dobrze. Zainteresowany jest nimi sam reichsführer Himmler. Dzisiaj rano ustanowił nawet specjalnego łącznika do bieżących kontaktów z naszym biurem. Zna go pan. To jego osobisty adiutant, Werner Grothmann. To zmienia wszystko.
- Jak to wszystko ?
- Muszę panu to oficjalnie powiedzieć, hauptsturmführer. Decyzją führera, od wczoraj, to jest od 22 sierpnia, to my jako SS przejmujemy kontrolę nad projektem V – 2 Wernera von Brauna.
- V -2 ? A cóż to za oznaczenie ?
- „V” jak „Vergeltungswaffe”. Broń odwetowa ! To rakieta von Brauna. Teraz, po bombardowaniu Peenemünde, będziemy musieli przenieść przynajmniej część tych prac dalej od wrogich bombowców. Już wytypowaliśmy miejsce, gdzie nie dotrą. To poligon Blizna. Koło Mielca, w Generalnym Gubernatorstwie. Kryptonim „Heidelager”.
- I tam będziemy je produkować ?
- Nie. Tam będą prowadzone prace doskonalące konstrukcję. Samą produkcję przenosimy pod ziemię. Mogę panu powiedzieć gdzie, bo i pan będzie w tym projekcie. To Nordhausen, w Górach Harzu. Jednym słowem, Turyngia. Tam uruchomimy masową produkcję, którą zarzucimy Londyn. A jeszcze jak skonstruujemy głowicę atomową … Musi być tylko lżejsza niż jedną tonę.
- Jedną tonę ? To wyjątkowo trudne zadanie !
- Trudne, ale musimy je wykonać. Nie wygramy już wojny za pomocą „Opfersonntag”.
„Opfersonntag” ! Henryk w lot zrozumiał tę subtelną ironię. „Ofiarna niedziela” rok temu zastąpiła „Eintopfsonntag”. Tamta akcja okazała się już nieskuteczna. Front i cały wysiłek wojenny wymagały jeszcze większych poświęceń. Oraz pieniędzy. Ale, żeby takie określenie w ustach Modera ?
- Co, dziwi się pan ? Kto jak kto, ale my dwaj i między sobą, chyba możemy rozmawiać szczerze ?
- Oczywiście, standartenführer !
- No, więc ! Potrzebujemy broni, która definitywnie rozstrzygnie los wojny.
- Staramy się, standartenführer. Sam pan wie, że badania idą szerokim frontem. Ale przy okazji … Mówił pan o V – 2. Czy to znaczy, że jest i V – 1 ?
- O, widzę, że ma pan instynkt rasowego szpiega ! Gdyby nie to, że jest pan wszechstronnie sprawdzony … No dobrze, to był tylko żart. Oczywiście, że jest i V – 1. Prowadzimy intensywne prace i może za rok będzie gotowa. To pocisk latający, opracowany w firmie Fieseler, oznaczony jako Fi – 103. Zabierze około ośmiuset kilogramów materiałów wybuchowych. I niech mnie pan nie pyta o V – 3, bo i takie coś konstruujemy. To działo wielokomorowe, które będzie strzelało na minimum 150 kilometrów. Ale to dopiero pierwsze próby i osobiście wątpię, czy i za dwa lata będą z tego jakieś efekty. A to, co tu wspólnie nadzorujemy, co na dzisiaj stanowi największą nadzieję i tajemnicę III Rzeszy i czym być może wkrótce też już będziemy samodzielnie zarządzać, to V – 4 !
Wrzesień 1943 – Berlin, siedziba SD, gabinet Henryka.
Nowości było niewiele. Już trzecią godzinę Henryk czytał comiesięczne meldunki i widział zastój. To bardzo dobrze. Niech się obracają wokół swojego ogona. Tylko ten ośrodek w Kadern …
Henryk przerzucił papiery i jeszcze raz przeczytał sprawozdanie. Już teraz tamtejsze wirówki dostarczają po 20 gramów uranu dziennie i to wzbogaconego o 15 %. Wkrótce mają nadzieję osiągnąć 50 gramów dziennie. To niepokojące. Więcej ośrodków będzie mogło eksperymentować. Już nie będą wchodziły w grę tylko prace teoretyczne. O uran wołał nowy ośrodek w Kappeln i ośrodek w Brnie.
Kappeln … To tylko około czterdziestu kilometrów na północ od Berlina. Zamaskowany w lasach. Na zewnątrz prawie nikt o nim nie wie. Ale co tam Kappeln ! W Brnie też jest ośrodek. I też żąda uranu. Chyba to rozproszenie jest jednak dobre. Bo gdyby w jednym miejscu i czasie zgromadzić tych wszystkich fizyków i zrobić burzę mózgów ? Kto wie, co i w jakim tempie by wymyślili. A tak, niewiele wzajemnie o sobie wiedząc, każdy ciągnie w swoją stronę …
Słysząc pukanie do drzwi, Henryk podniósł głowę znad papierów. Krótkie „wejść” weszło mu już w krew, zastępując wcześniejsze „proszę”.
- Herr doktor …
- A, to ty Bomke. Co nowego ?
- Pan wie, że kilka dni temu dostałem polecenie od standartenführera, aby oplombować gabinet hauptsturmführera von Drebnitza oraz przenieść wszystkie jego papiery do sekretariatu ? Podobno do analizy i nowego przydziału zaległych spraw.
- Tak. I co w związku z tym ? Jakieś trudności ?
- Nie, herr doktor. Wszystko w porządku. Ale jednego nie oddałem - tu Bomke sięgnął do wewnętrznej kieszeni i wyjął złożoną na cztery kartkę papieru kancelaryjnego. - Proszę przeczytać, herr doktor.
- Siadaj Bomke. I pokaż ten papier !
Była to typowa kartka formatu A – 4. Niezarejestrowana. Zatytułowana jego imieniem i nazwiskiem. Doktor fizyki Heinrich Reschke. Sprawy niejasne i do sprawdzenia.
Tu następowała otoczona kółkiem cyfra jeden i krótki zapis dotyczący roku śmierci brata Henryka. Dalej były przedsięwzięcia i pytania. Ustalić datę urodzin oraz dzień, miesiąc i miejsce śmierci Petera Reschke. Czy zmarł w sposób naturalny, czy zginął ? Jeżeli to drugie, to dokładnie w jakich okolicznościach. Z czyjej ręki ? W jakim miejscu ? Gdzie była wtedy jego rodzina, w szczególności dziadek Gustaw Reschke i brat, Heinrich Reschke ? Co wtedy robili i jak się zachowywali po śmierci Petera ? Co o niej mówili ? Czy rodzina miała jakieś powiązania z Polską ? Jeżeli tak, to jakie ? Szczegóły !
Czytając kartkę, Henryk przez chwilę czuł, jak krew odpływa mu z głowy. Odetchnął głęboko kilka razy, aby dotlenić mózg i objawy ustały. Patrzył na kartkę i myślał. Kiedy on to napisał ? Z jakiego powodu ? Czyjeś polecenie, czy własna inicjatywa ? I wreszcie to najważniejsze … Wiedział, czy przeczuwał ? Nie … Nie mógł wiedzieć ! Bo gdyby tylko wiedział …
- Gdzie to znalazłeś Bomke ?
- Na dnie szuflady biurka, herr doktor. Była pod starymi brudnopisami, jeszcze z 1935 roku. Jakby zapomniana, czy co ? Ale niech pan przeczyta jeszcze na odwrocie.
Henryk odwrócił kartkę. Tam również były pytania, lecz już bezpieczne. W jaki sposób fabryka będąca współwłasnością Heinricha Reschke otrzymała zamówienia wojskowe ? Czy była to sprawa renomy firmy, czy inna ? Znajomości, układy czy może łapówki ? I jaki w tym wszystkim udział mogli mieć przedstawiciele wojska ? Czy był to w pełni legalny i zgodny z prawem układ ?
Tu Henryk mógł już spokojniej odetchnąć. Łapówek nie było, firma miała tradycje produkcji wojskowej i tu nie było nic do szukania. Ale jednak ta pierwsza strona … A może jest to jakaś prowokacja ? Test na lojalność, sprawdzenie ?
Spojrzał na Bomkego. Nie, to chyba niemożliwe. Moder miał inne możliwości sprawdzania go. Począwszy od domu publicznego i Trudy. - Truda – pomyślał. Nie był u niej już ze dwa miesiące. Zarobiony po uszy, wciąż w rozjazdach. Trzeba będzie ją odwiedzić. A na razie …
- Widzisz Bomke, że nie jest to notatka służbowa ani urzędowa ?
- Tak, herr doktor, nie jest to notatka … Ale czym one się różnią, bo nikt mi nigdy tego nie tłumaczył.
- Notatka służbowa wytwarzana jest tylko na potrzeby dokumentacji wewnętrznej. Takiej, która nigdy nie wyjdzie z SD. Urzędowa jest wtedy, gdy ma wyjść na zewnątrz, do jakiejś innej instytucji czy urzędu. Ale obie muszą być zarejestrowane do jakichś spraw. Muszą mieć numery, muszą być umieszczone w teczkach. Nie mogą się walać gdzieś pojedynczo. I pisze się je z reguły na maszynie. Tu nie ma ani tytułu, ani numerów. Nie wiadomo, kto ją sporządził, kiedy i do jakiej sprawy. To jakiś brudnopis, prawdopodobnie prywatne gryzmoły hauptsturmführera Drebnitza. A treść ? Może chciał mi podłożyć jakąś świnię ? Z zazdrości, czy co ?
- Tak, herr doktor, chyba tak. A mogę zapytać o pańskiego brata ? Nie wiedziałem, że pan go miał.
- Możesz Bomke, oczywiście. Nie mam nic do ukrycia. Zabili go polscy bandyci, w czasie buntu na Śląsku, w 1921 roku. Zapłacili za to życiem, okrążeni przez jeden z naszych oddziałów. To bolesne wspomnienia i nie chcę już do nich wracać.
- Rozumiem, herr doktor. To co mamy zrobić z tym głupim papierkiem ?
- Co zrobić ? Z głupimi, prywatnymi, nigdzie niezarejestrowanymi gryzmołami kogoś, kogo Sąd Honorowy SS uznał winnym tchórzostwa w obliczu wroga ? To, co powinno się robić z takim gównem …
Wolnymi ruchami przedarł kartkę wzdłuż, w poprzek i później jeszcze raz. Zmiął ją w kulkę i wytrenowanym ruchem rzucił do kosza stojącego pod ścianą.
- Tam jest miejsce na makulaturę. Wieczorem sprzątaczka załaduje zawartość kosza do papierowego worka i ulegnie on spaleniu. Tylko na tyle zasługuje. A tobie Bomke … Dziękuję ! I będę pamiętał o twojej lojalności.
- Ja też dziękuję, herr doktor. Staram się dobrze wykonywać swoje obowiązki.
- Wiem Bomke. I tak jak już mówiłem. Będę pamiętał o twoich zasługach.
Po wyjściu Bomkego, Henryk długo jeszcze siedział bez ruchu. Dopiero teraz zmógł go stres. Krew krążyła wzmożonym rytmem, serce dziwnie kołatało. Oddychał głęboko. A więc von Drebnitz podejrzewał ! To było do przewidzenia. Przecież musiała mu utkwić w głowie data potyczki pod starym młynem i ten mord, popełniony z zimną krwią na jeszcze dzieciaku. Takich rzeczy przecież się ze świadomości nie wyrzuci. Nie wyprze ! Musiał skojarzyć miejsce i czas. Ale jak skojarzył jego osobę z nastoletnią ofiarą, której imienia wtedy nie poznał i dlaczego schował to na dno szuflady ? Na lepsze czasy ? Czego się wówczas bał ? I czy boi się jeszcze dzisiaj ? A może po prostu w ogromie obowiązków związanych z szeroko wówczas realizowanymi sprawdzeniami naukowców zwyczajnie o tym zapomniał ?
Wiedział, że nie znajdzie odpowiedzi na te pytania. A przynajmniej teraz. Wstał i wolnym krokiem podszedł do kosza. Wyjął zmięty w kulkę papier. Rozprostował zgniecione kawałki, położył na stole. Odtworzył całość kartki i jeszcze raz przyjrzał się dokładnie. Papier na brzegu zdążył już trochę zżółknąć. Pismo było pospieszne i niedbałe. Co on kombinował ? I dlaczego wtedy nie poszedł tym tropem ? Przeczytał wszystko jeszcze raz. Nie, tu nie można polegać na sprzątaczce. Kto wie, czy ktoś, przed spaleniem, nie przegląda tych papierów, a o ile już poznał Bomkego, ten nie bierze udziału w jakiejś prowokacji przeciwko niemu. Sięgnął więc do szuflady biurka i wyjął zapałki. Przyciągnął mosiężną popielniczkę. Rzadko paląc i to tylko dla towarzystwa, nie używał jej nigdy, ale dzisiaj widać przyszła ta chwila. Po chwili jasny płomień objął podarte fragmenty kartki i zamienił je w szary popiół.
Potem Henryk otworzył okno. Wpuścił do gabinetu świeżego powietrza i stojąc przy parapecie powoli puszczał z wiatrem resztki popiołu. Nie było już żadnego śladu. A von Drebnitz ? Może nie przeżyje wschodniego frontu … A jeżeli wróci, to teraz już tylko po śmierć !
Komentarze
Prześlij komentarz