Październik 1943 – Berlin, dom publiczny Golden Adler.
- Henryku, czemu tak długo mnie nie odwiedzałeś ? – głos Trudy był mieszaniną wyrzutów i radości. - Tak bardzo czekałam – przytuliła się do niego i objęła ramionami.
- Jestem zapracowany Trudo. Sama wiesz jak to jest. Wojna i czasy są ciężkie – jedną ręką ją objął, drugą gładził po włosach. - Ale nigdy o tobie nie zapomniałem. Nigdy !
- Naprawdę ? Czy tylko mi tak mówisz ?
- Naprawdę, Trudo. Uwierz. Ciężko pracuję, dużo wyjeżdżam.
- Daleko ? Bo tak rzadko cię widuję …
- Nie mogę ci powiedzieć. Wiesz … Tajemnica wojskowa, a wróg czuwa.
- Ale ja przecież jestem twoją przyjaciółką, a nie wrogiem, prawda ?
- Oczywiście, że tak. Ale sama rozumiesz, jak to jest. Kto wie, co teraz piszą twoje koleżanki na mój temat. I twój również.
Nie była to czcza uwaga. Od prawie już roku Truda nie pracowała w domu publicznym. A właściwie pracowała, ale już nie jako „dziewczynka”. Jeszcze w listopadzie ubiegłego roku stara „szefowa”, po ciężkim udarze mózgu wylądowała w szpitalu i zmarła przed Bożym Narodzeniem, osieracając swój przybytek.
I wtedy właśnie do akcji wkroczyła SD. Zbyt wielu ważnych ludzi, piastujących różne funkcje oraz mających wpływy w najwyższych kręgach władzy czy finansjery uczęszczało do tego przybytku, aby odpuścić sobie takie źródło informacji i kontroli. Sam Moder, ku zaskoczeniu wszystkich pensjonariuszek wyznaczył nową szefową. Jakimś cudem nie zdemoralizowaną, najbardziej inteligentną i najlepiej piszącą. Nie musiała już przyjmować klientów. Zarządzała interesem z naturalnym talentem, jakby to robiła od lat. Tylko jedno zostało po staremu. Składając obowiązkowe, comiesięczne raporty, nadal podpisywała się jako Mewa – 15 …
Nie mogła też już liczyć na lojalność byłych koleżanek. Zawiść była powszechna i wszechobecna. Zresztą, po objęciu tej funkcji, zaraz na początku, Henryk uświadomił ją w tym względzie. Lepiej, żeby nie miała złudzeń. Żeby pilnowała języka. Teraz, tylko z nim mogła sobie pozwolić na szczerość. I na miłość, której jej tak brakowało. Nie tej fizycznej i za pieniądze, do której nigdy w pełni nie przywykła. Spełniała się tylko z Henrykiem, powoli odkrywając w sobie coraz większe pokłady uczucia, coraz bardziej czekając na jego wizyty. Tyle, że były one takie rzadkie …
- To teraz jesteś w Berlinie ?
- Głównie tak. Ale mówiłem ci, że często wyjeżdżam. Taka praca.
- Ale wracaj częściej, Henryku. Wiesz, że cię potrzebuję.
- Ja też cię potrzebuję. I będę cię potrzebował jeszcze bardziej.
- Jeszcze bardziej ? Czyżbyś miał na myśli …
- Nie teraz Trudo. Jeszcze nie. Teraz zresztą to niemożliwe. Ale po wojnie …
- Po wojnie ? Też będzie niemożliwe. Jesteś przecież podobno na wysokim stanowisku. A ja ? Sam wiesz … Nie będziesz mógł.
- To zależy, jak zakończy się wojna …
- Jak to, jak się zakończy ? Czyżby …
- Cii, Truda, cii … Nie kończ. I nigdy nie mów głośno tego, co przed chwilą pomyślałaś. Zaufaj mi. Oprócz ciebie nie mam nikogo bliskiego. Będę ci pomagał. A jeśli kiedyś cię poproszę, pomagaj też mnie. Na razie nie pytaj o nic więcej. Ale bądź dobrej myśli.
- Dobrze Henryku. Będę. Ale teraz nie odejdziesz, ot, tak sobie ?
- Nie odejdę. Przecież przyszedłem tu tylko dla ciebie – wyciągnął ku niej rękę i delikatnie zsunął w dół ramiączko jej sukienki.
Nie musiał robić nic więcej. Przywarła do niego żarem swego ciała i po chwili żadne z nich już by nich nie odtworzyło, jakim sposobem znaleźli się w łóżku.
Listopad 1943 – Berlin Lichterfelde, Instytut Manfreda von Ardenne.
- Więc definitywnie się wyprowadzasz ?
- Nie do końca. Ale zasadniczą część pracy będę już wykonywał w Miersdorf i Bad Saarow. Przeszedłem już całkowicie pod kuratelę Ministra Poczty Wilhelma Ohnesorge. Tam, w jego ośrodku budujemy wielki, 60 – tonowy cyklotron i generator kaskadowy. Uruchomienie na wiosnę przyszłego roku. A ty Henryku, coraz bardziej grzęźniesz w papierach i biurokracji, co ?
- Wiesz Manfred jak to jest. Są tacy co wymyślają i konstruują, ale muszą być i tacy, co nadzorują i koordynują. Zwłaszcza teraz, po tych bombardowaniach.
- Tak. Słyszałem. Odkąd z funkcji Kierownika Wydziału Fizyki w Radzie Badań Naukowych Rzeszy zwolniono Abrahama Esaua …
- Właśnie. A już 23 października nowym szefem w programie uranowym mianowany został Walter Gerlach. To on zarządził rozśrodkowanie.
- Ale żeby aż tak ?
- Nie jest tak źle. Heisenberg przenosi się do Haigerloch. Hahn do Tailfingen.
- Gdzie to jest ?
- Niedaleko Hechingen. A jeszcze część badań przenosi się do Stadtilm, niedaleko Arnstadt i niespełna pięćdziesiąt kilometrów od Nordhausen. Tam pracować ma Diebner.
- Cholera ! To normalnie naukowy Armagedon !
- To jeszcze nie wszystko. Przenosi się też wirówki. Te, twojej konstrukcji. Do Freiburga i Celle. A przy okazji wszystkie te miejsca się kamufluje. Prace będą kontynuowane pod przykrywką.
- Nie rozumiem.
- To proste Manfred. Na przykład Heisenberg będzie pracował pod zabytkami. Tam gdzie jedzie, jest stary zamek z kościołem. W skale pod kościołem jest piwnica piwna. Olbrzymia. Należy do gospody „Schwanen”. I tam właśnie Heisenberg zbuduje swoją maszynę uranową. A taki Wilhelm Groth ? W Celle, pod fabryką jedwabiu są dwie podziemne, olbrzymie sale. Będzie tam pracował nad odseparowaniem uranu 235 od uranu 238. Rozumiesz ? Pod fabryką jedwabiu ! Więc nikt jej nie będzie bombardował. Wrogie samoloty atakują fabryki produkujące broń, amunicję czy łożyska kulkowe. Polują na wytwórnie paliw syntetycznych. A taki stary zamek, kościół czy fabryka jedwabiu pozostaną poza ich zainteresowaniem.
- No popatrz. A ktoś się jeszcze w tym wszystkim połapie ?
- Zdziwisz się Manfred, ale wszystko zmierza ku takiemu rozwiązaniu.
- Wyobrażam sobie. W końcu to mnie ostatnio powierzono pilne opracowanie implozyjnych zapalników na podczerwień. Czuję w tym twoją rękę.
- I nie mylisz się. Wiem, że masz mnóstwo różnych spraw na głowie, ale szczerze musiałem zaopiniować, że w całej Rzeszy tylko ty jesteś w stanie szybko i skutecznie rozwiązać to zagadnienie.
- Przeceniasz mnie Henryku. Ale z drugiej strony ma to swoje plusy. Nie muszę już zabiegać o fundusze i tłumaczyć różnym cymbałom, na co są mi potrzebne pieniądze. Teraz sami je przynoszą, prosząc o rozwiązanie różnych problemów. Komfortowa sytuacja dla naukowca, nieprawdaż ? A ja tylko słucham i mówię, co jest możliwe do wykonania i w jakim czasie.
- No właśnie, czasie. Czasie, którego mamy jakby coraz mniej …
19 grudzień 1943 – front wschodni, okolice Orszy, pozycje batalionu grenadierów pancernych SS.
Hauptsturmführer Walter von Drebnitz jeszcze raz przetarł szklaną rurkę swoją grubą, wełnianą rękawicą. Dopiero teraz mógł odczytać srebrny słupek rtęci na termometrze przed siedzibą kwatermistrza. U góry, na czerwono wydrukowanej części skali oczywiście nie było co szukać. O niej zapomniano już w pod koniec października. Teraz patrzono tylko w dół, gdzie na niebiesko odliczały się kolejne cyferki z minusem z przodu. Jakiś dowcipniś tydzień temu domalował tam nową kreskę, na poziomie minus 20 stopni. Jeżeli rtęć była powyżej, to według weteranów oznaczało ciepło. Tu jednak, niezależnie od temperatury zawsze należało się spodziewać poważnych kłopotów.
Nie inaczej było i dzisiejszej nocy. Znów sowiecki patrol rozpoznawczy czy też dywersyjny, w białych kombinezonach, czołgając się w głębokim śniegu zdołał dotrzeć do wysuniętych posterunków i to na wprost ziemianki von Drebnitza. Jednego z wartowników znaleziono z gardłem przebitym nożem, drugi gdzieś zniknął i tylko ślady ciągnięcia czegoś ciężkiego w kierunku sowieckich pozycji kazały się domyślać, co się z nim stało. Dopiero nadchodzący na zmianę warty patrol wszczął alarm.
A co by się stało, gdyby poczołgali się jeszcze ze 100 metrów ? Von Drebnitz aż się wzdrygnął. Związali by go pewnie, zakneblowali własną skarpetą albo jakąś inną brudną szmatą i pociągnęli w głąb swojego terytorium. I niechby tylko odmówił zeznań ! Wiedział, co z takimi robiono. Zwłaszcza z esesmanami ! Mogli mu urżnąć nos, uszy, wyłupić oczy, a nawet wykastrować. Miałby wielkie szczęście gdyby tylko, jeszcze związanego, zarżnięto go jak tę świnię …
Mimo, że teraz w południe, termometr wskazywał tylko minus 17 stopni, von Drebnitz poczuł na plecach zimny dreszcz. Trzeba wzmocnić posterunki. To nie może się powtórzyć. Zresztą, chyba właśnie w tej sprawie wezwano go do dowódcy batalionu, sturmbannführera Lutza.
- Cholera jasna ! – pomyślał von Drebnitz. - Tylko jeden stopień wyżej i dowodzi batalionem. A ja, jedynie plutonem. Żeby chociaż kompanią … Weterani, psiakrew ! Wierzą tylko swoim. I to najlepiej tym, którzy mają na mundurze „medal mrożonego mięsa”. Ceniony czasem bardziej niż Żelazny Krzyż, którego też von Drebnitz nie miał. - „Mrożone mięso” – pomyślał. - Mimo wszystko, nie chciał bym być na ich miejscu. Dostali w dupę i to koncertowo. I od sowietów i od „generała Mroza”. W letnich mundurach, nieprzygotowani do zimy. Aby przeżyć, kufajki, walonki i czapki uszanki zdzierali z poległych bolszewików. Dostali za to medale „Winterschlacht in Osten 1941 / 1942”. Ci co przeżyli i ci, co zamarzli w lodowatym śniegu. A tych drugich było ponoć niewielu mniej …
A teraz już trzecia zima na froncie wschodnim. I nie są u wrót Moskwy, jak w roku 1941, ani też nad Wołgą czy u wrót Kaukazu, jak w 1942. Coraz dalej od celu zakreślonego przez führera …
- Czekamy hauptsturmführer – w drzwiach znajdującej się obok kwatery Lutza ukazała się głowa untersturmführera Wenzla, dowódcy sąsiedniego plutonu.
Von Drebnitz westchnął ciężko i poszedł w kierunku głosu. W baraczku był dowódca batalionu, Wenzel i jeszcze jeden oficer, z pierwszej kompanii. Lutz trzymał w ręku zapisany papier, wyglądający na typowy radiogram.
- Siadajcie panowie.
Rozejrzeli się wokół. Pod ścianą stało kilka prymitywnych krzeseł i każdy wybrał swoje. Lutz przyglądał się im przez chwilę i wreszcie przemówił.
- Wiem, że po ostatnich walkach macie braki kadrowe. Wiem, że oczekujecie uzupełnienia stanów etatowych. Szczególnie hauptsturmführer Drebnitz, który traci żołnierzy nawet mimo okresu zastoju na froncie.
- Sturmbannführer, ja …
- Nie chcę słyszeć żadnych usprawiedliwień, hauptsturmführer. Powiedziałem panu na początku – „o sukcesach meldować natychmiast, z problemami radzić sobie sami” ! Ale teraz o czym innym. Rzesza potrzebuje ludzi. Nie byle jakich. Potrzebuje naukowców. Dotychczas byli powoływani do służby na ogólnych zasadach. Czy to u nas, czy w Wehrmachcie. Teraz się to zmienia. Z datą wczorajszą dostałem polecenie ze sztabu dywizji, a dywizja i inne jednostki z samego Berlina. Przyszedł imienny wykaz. Fizycy, chemicy czy inżynierowie nie po to całe lata się uczyli, aby teraz głupio umierać na froncie. U nas jest czterech takich. Jeden u untersturmführera Wenzla, jeden u obersturmführera Grabowskiego i dwóch u hauptsturmführera Drebnitza. Tu macie nazwiska – wręczył każdemu z nich niewielką karteczkę. Powiadomić tych ludzi i doprowadzić do regulaminowego porządku. O 17.00 mają zameldować się u mnie na kwaterze. O 17.30 jedzie ciężarówka po zaopatrzenie. Zabierze ich na stację kolejową. To tylko 15 kilometrów, więc nie zamarzną. O 20.00 odjeżdżają do Rzeszy. Tam będą służyć w laboratoriach, biurach konstrukcyjnych, fabrykach, ośrodkach doświadczalnych. I nie róbcie takich min … Nie tylko wam zabierają. Podobno z całego frontu zwolnionych zostanie pięć tysięcy naukowców. No, co tak na mnie dziwnie patrzycie ? Trzeba było się uczyć !
Styczeń 1944 – Berlin, siedziba SD, gabinet Modera.
- Zdaje się, że nigdy nie był pan w Szwajcarii, hauptsturmführer ?
- Niestety, standartenführer. A podobno to piękny kraj.
- To to teraz będzie pan miał okazję, aby go poznać. Oczywiście raczej zza szyb pociągu, samochodu czy hotelu.
- Ja ? Mam poznawać Szwajcarię ? Mamy tu swoje problemy, standartenführer i …
- Spokojnie. To ważna misja. I nie zajmie panu wiele czasu.
- Jaka znowu misja ? Myślałem, że od zagranicznych misji są inni ludzie.
- Owszem. Ale nie od takiej. Jest w Szwajcarii zdolny naukowiec. Fizyk, doktor Walter Dallenbach. Prowadzi badania w Zurichu, w Eidgenossischen Technischen Hochschule. Od lat jest naszym sympatykiem. Deklarował się już, że chciałby pracować dla Rzeszy. Zaprojektował wielki akcelerator, o mocy 32 MeV. Chcemy, aby pan pojechał i ocenił ten projekt. Jeżeli będzie to racjonalne, to mamy już wytypowane miejsce, gdzie będzie mógł go zbudować. To Bissingen, w Bawarii.
- A więc to podróż naukowa ?
- Można i tak to nazwać. Pojedzie pan z Bomkem jako osobistą ochroną i standartenführerem, doktorem Klemmem z Akademii Technicznej SS. Projekt ocenicie każdy z osobna. Jeżeli obie oceny będą zbieżne …
- Rozumiem, że w takim przypadku mamy upoważnienie, aby zaprosić go do współpracy na terenie Rzeszy ?
- Dokładnie tak, herr doktor. Klemm będzie w Berlinie jutro, koło południa. Wie już wszystko na ten temat i to on podejmie ostateczną decyzję. W końcu to standartenführer !
- Rozumiem. Oczywiście. Kiedy wyjazd ?
- Jutro o 15.00 proszę być u mnie. Na te godzinę przybędzie również nasz gość. Omówimy szczegóły, dostaniecie pieniądze, bilety i paszporty. Oczywiście nie na swoje nazwiska. Nie możemy ryzykować. A propos – to jak się pan chce nazywać na najbliższy tydzień ?
- Nigdy nie zastanawiałem się nad takimi sprawami, standartenführer.
- No cóż. Wybierzemy panu sami. Będzie miał pan jakieś pospolite nazwisko. Hans Schultze, może być ? Z zawodu będzie pan inżynierem. Oficjalnie będzie pan miał załatwiać dostawę mechanizmów do zegarków.
- Znakomicie. Trochę też, znam się i na tym. W końcu w fabryczce, której jestem współwłaścicielem, realizowaliśmy zamówienia na mechanizmy precyzyjne. Robiliśmy stopery, zegary lotnicze a nawet celowniki artyleryjskie.
- Wiem, herr doktor. Sprawdzaliśmy wtedy i pana i pańskiego wspólnika. Jak mu tam było ? Inżynier Fischer ?
- Tak, to mój wspólnik.
- No właśnie. To było jeszcze przed wojną, przy okazji dostawy celowników dla Wehrmachtu. Jeden z nich, jakimś cudem trafił wtedy do Polski. Pracowaliśmy nad tym razem z Abwehrą. Ale wszystko się zgadzało. I w zakładach optycznych i u was. Chociaż według mnie, był to fałszywy trop. Wasze celowniki były rewelacyjne, a Polacy, to co zdobyli, określili jako złom. Siłą rzeczy, nie mogło więc chodzić o was.
- Dziękuję standartenführer. Zresztą, nie dopuściłbym, aby w mojej firmie były jakieś nieporządki.
- Wiem Henryku, oczywiście. Niemniej jednak musieliśmy wtedy zrobić i takie założenie … Ale do rzeczy. Pytał się pan o wyjazd. Pojutrze, o 09.00, z Berlin Hauptbanhof. Zresztą ostatnie szczegóły omówimy jutro, z udziałem doktora Klemma. Proszę się więc przygotować do wyjazdu. Do jutra.
Komentarze
Prześlij komentarz