15 styczeń 1944 – Szwajcaria, Zürich.
Hotel nie należał do tych reprezentacyjnych. Położony na uboczu, mimo pretensjonalnej nazwy nie imponował wyposażeniem czy renomą, ale o taki obiekt podobno chodziło Klemmowi. W takich właśnie warunkach, bez zwracania czyjejkolwiek uwagi, można było spokojnie ocenić projekt i porozmawiać z jego twórcą.
Nie można powiedzieć. Projekt robił wrażenie, a objaśnienia doktora Dallenbacha były rzeczowe i spójne. Na tyle było to obiecujące, że jeszcze tego samego wieczora Henryk ustnie wyraził swoją pozytywną opinię. Nie mógł zresztą zrobić inaczej. Widział reakcje Klemma na projekt i jego twórcę. Oponowanie w tej sytuacji byłoby szaleństwem i z bólem serca, choć z miną pełną entuzjazmu, po raz kolejny przypomniał sobie stare przysłowie. „ Kiedy wlazłeś między wrony, musisz krakać jak i one” ! Przyłączył się więc do entuzjastycznej opinii Klemma i zdusił w sobie mroczny obraz coraz bardziej zbliżającego się pierwszego, rzeczywistego sukcesu atomowego III Rzeszy.
- Cygaro, herr doktor ? – pytanie Klemma zawisło w powietrzu.
- Nie, dziękuję. Jakoś nie bardzo nauczyłem się palić. To podobno źle wpływa na płuca.
- A tak, rzeczywiście. Ale lampki koniaku pan nie odmówi ?
- Nie odmówię. Pobudzi do myślenia i w nocy zapewni lepszy sen.
- W nocy ? Pan już wybiera się do swojego pokoju ? Do łóżka ?
- Jeszcze nie, standartenführer. Ale chcę poukładać sobie w głowie zarówno sam projekt i osobę doktora Dallenbacha. Cały dzień intensywnie myśleliśmy i czasem trzeba się przespać z jakimś problemem. Rano umysł będzie jaśniejszy.
- Tak pan sądzi ? No to „prosit” herr doktor, albo jak pan woli, hauptsturmführer.
- „Prosit” ! A forma, w jakiej się do mnie ktoś zwraca, nie robi mi żadnej różnicy. Tak czy inaczej, jak i inni pracuję dla dobra Rzeszy.
- O, jest pan idealistą ! Choć to podobno pańska immanentna cecha. Nie wszyscy jednak pracują i chcą pracować dla dobra Rzeszy. Są i tacy, którzy przestają wierzyć w ostateczne zwycięstwo.
- Być może i są. Dla mnie to jednak ludzie małej wiary i myślę, że stanowią margines naszego społeczeństwa.
- Margines, pan mówi ? Nie jest on taki mały. Ale my mamy swoje sposoby na wychwycenie tego marginesu i odpowiednie z nim postępowanie. I nikt nie może być pewien, kiedy przyjdzie mu zdać egzamin z lojalności.
- Egzamin, standartenführer ?
- No, tak mi się powiedziało. Chodzi o właściwe wypełnianie obowiązków, kiedy ojczyzna wzywa.
- A, obowiązki … To zrozumiałe. Wszyscy musimy je wypełniać i to z pełnym zaangażowaniem.
- No właśnie, herr doktor. Nieraz ciężkie i odpowiedzialne, ale musimy je wypełniać. Tu Klemm popatrzył na Henryka przez szkło pustej już lampki. - To co ? Może jeszcze po jednej ?
- Dziękuję, standartenführer. Na dzisiaj wystarczy.
- No to dobranoc. I niech pan śni o tych swoich obowiązkach.
15/16 stycznia 1944 – Szwajcaria, Zürich.
Coś było nie tak. Po raz kolejny Henryk przewracał się w łóżku z boku na bok, ale sen nie nadchodził. Jeszcze raz analizował dziwną rozmowę z Klemmem, tak inną od dotychczasowych wymian zdań, związanych z zagadnieniami technicznymi. Czyżby Klemm chciał mu coś zasugerować ? Wybadać go ? Nie, chyba nie … A jeżeli tak ? Jakaś ukryta groźba zawisła nad tą rozmową. Margines, obowiązki, egzamin z lojalności, brak wiary w zwycięstwo ? Czy były to tylko takie sobie dywagacje, czy może jednak coś innego ?
Sen przyszedł niepostrzeżenie i był jakiś dziwny. Henryk widział się w szkole, w tej tak zwanej „Grundschule”, kiedy to nauczyciel, herr Lachmann walił kijem w stół i cały czas mówił o obowiązku. Obowiązkiem było znać życiorys cesarza Wilhelma II i wszystkie jego rodzinne koneksje. Obowiązkiem było znać gramatykę języka niemieckiego, ortografię, życiorysy wielkich władców Niemiec, wielkich niemieckich pisarzy, naukowców i artystów. Obowiązkiem było …
Tu sen zmącił się Henrykowi. Nie wiadomo dlaczego, zaczęła go dusić jakaś zmora. Miała słodkawy zapach jakiejś dawno już zapomnianej cieczy, jeszcze z laboratorium chemicznego w Monachium. Przez mózg Henryka przelatywały myśli. Co to za dziwny zapach ? Zna go przecież ! Ale jak się nazywa ? Chloroform – spłynęło nagle. Coś mi się stało ? Czy ja jestem w szpitalu ? Czy mnie operują ? To była ostatnia myśl tego snu …
Budził się powoli. Wciąż leżał, ale czuł, że to nie było jego łóżko. Było twardo i zimno. Na chwilę otworzył oczy i zobaczył, że pokój jest inny. Zimno dobiegało z szeroko otwartego okna, pod którym leżał na jakiejś kanapie czy kozetce. Dobrze, że jestem czymś przykryty – pomyślał – bo tak szybko się nie przeziębię. Jednak za chwilę sam siebie skarcił za tę absurdalną myśl, bowiem poczuł dziwny niepokój. Mąciło mu się w głowie, nie mógł zebrać myśli. A jeszcze ten zapach …
Niepokój skokowo narastał. Co się stało ? Gdzie jestem ? Znów na chwilę otworzył oczy. Poruszył głową. I wtedy usłyszał głos. Dobiegający jakby z oddali, jak przez warstwę waty. W pierwszej chwili niezrozumiały. Obcy. Dopiero po chwili Henryk zorientował się, że ktoś odezwał się po angielsku. Znał nieźle ten język, jeszcze z czasów studiów w Monachium. Było tam przecież kilku Anglików, z którymi dość często miał okazję porozmawiać w ich języku. Była to taka trochę szkolna konwersacja, ale sporo mu dała. Chociaż … - Było to już jednak wiele lat temu i jedyne co dobre można by powiedzieć o mojej angielszczyźnie, to to, że jest mało używana – przemknęło mu przez głowę i poczuł rozbawienie. Ale co właściwie usłyszał ? Wytężył pamięć i po chwili zrozumiał. Pomógł mu w tym cień mężczyzny, który przesunął się koło jego leżanki. „Zamknij okno, budzi się” ! Tak. Tak to było. Ale dlaczego ktoś mówił po angielsku ? I co się z nim stało ? Gdzie się znajduje ? Kim są ci ludzie ?
Poruszył ręką. Sięgnął do ust i nosa. Usiłując pozbyć się słodkawego zapachu, obtarł je rękawem marynarki i znów się zdziwił. Przecież położył się spać w piżamie ! Zamknął oczy. - Oddychaj – pouczył sam siebie. - I graj na czas. Zbierz myśli. Bo można drogo zapłacić. Już orientował się, że został uśpiony. Ale przez kogo ? I w jakim celu ?
- Nie spiesz się. Czekaj na rozwój sytuacji. Odzyskaj pełnię sił i sprawność myślenia – przekonywał się w myślach.
- Halo – usłyszał blisko siebie i ktoś poruszył go za ramię. - Budzi się pan ?
Pytanie znów było po angielsku i postanowił na ten język nie reagować. Znieruchomiał i znów głęboko oddychał. Powoli wracał do życia. Jeszcze odczuwał zimno, ale świadomość wracała coraz szybciej. Tylko ten nieznośny, słodkawy zapach …
- Wody – wyszeptał po niemiecku.
Usłyszał jakiś ruch. Po chwili ktoś pochylił się nad nim i znów spytał po angielsku.
- Usiądzie pan ?
Nie zareagował. Poczuł, że ktoś podnosi go za ramiona i obraca w lewo. Po chwili siedział już na leżance, nogi wsparłszy o podłogę. Szklanka, którą poczuł w dłoni, była prawie pełna. Wypił chciwie wodę, uwalniając się od nieznośnego smaku i zapachu. Szeroko już otworzył oczy. Rozejrzał się wokół. Pokój był spory, pomalowany na jasny kolor. Na wprost stało wielkie biurko. Nad nim, na ścianie, wisiał prawie równie wielki portret prezydenta Roosevelta. Obok, w metalowym stojaku tkwiła amerykańska flaga.
Mężczyzna, który stał obok biurka, mógł mieć około czterdziestu lat. Ubrany w oliwkowy mundur, z nieznanymi Henrykowi dystynkcjami. Lekko uśmiechnąwszy się, popatrzył przenikliwie na Henryka i przemówił.
- Witam pana. Jestem major Frank Johnson z wywiadu armii amerykańskiej. Czy chce pan już usiąść w fotelu ?
Henryk nie zareagował. Patrzył na nieznanego mężczyznę i zbierał myśli. Przedłużająca się cisza po chwili została przerwana.
- Czy woli pan, abym mówił po niemiecku ?
- Tak, proszę – machinalnie odpowiedział Henryk. - Ale proszę też o wyjaśnienie. Kim pan jest i gdzie jesteśmy ?
- Proszę bardzo. A więc po niemiecku – mężczyzna powtórzył tekst wygłoszony wcześniej. Jego niemczyzna brzmiała nieco nieporadnie, ale gramatycznie dość poprawnie.
Henryk dźwignął się na nogi. Poczuł znowu ramię drugiego z mężczyzn, który pomógł mu przemieścić się do fotela. Zapadł się w miękką skórę i znów zapytał.
- Ale gdzie jesteśmy ? I dlaczego zostałem porwany ?
- Jesteśmy na terenie amerykańskiego konsulatu w Zürichu. I wcale nie został pan porwany … Powiedzmy, że zaprosiliśmy pana do siebie, herr Schultze. O, przepraszam, herr Reschke …
Henryk zamarł. Co tu jest grane ? Amerykanie mają swój konsulat w Zürichu, czy nie ? Nie mógł sobie tego przypomnieć. I co odpowiedzieć na takie oświadczenie ? Odetchnął głęboko. Tak jak postanowił trzymać się języka niemieckiego, tak teraz twardo postanowił trzymać się swojej tymczasowej tożsamości.
- Pan się myli, majorze, jak tam … Johnson. Nie jestem żaden Reschke. Jestem inżynier Hans Schultze i przyjechałem załatwić zamówienia na mechanizmy zegarków.
- Darujmy sobie te bajki. Nasz wywiad działa sprawnie. My wiemy, że jest pan doktorem fizyki, Heinrichem Reschke i zajmuje się najbardziej tajnymi projektami broni w całej III Rzeszy.
- To jakaś pomyłka. Ma pan złe informacje i dziwię się, że …
- Niech pan nie kończy. Obaj wiemy, że to nieprawda. Teraz zaś chodzi o to, abyśmy się sensownie dogadali.
- Jak dogadali ? Co dogadali ? Mam się dogadywać z porywaczami ? Gangsterami ?
- Spokojnie doktorze. My wiemy, że pan wie, że my wiemy. A teraz chodzi o to, abyśmy się dogadali. Pan już chyba nie wierzy w pomyślne zakończenie wojny dla III Rzeszy ?
Dzwonek alarmowy, jaki zabrzęczał w głowie Henryka, otrzeźwił go już całkowicie. Przyznać coś takiego człowiekowi, którego widzi po raz pierwszy w życiu na oczy ? Nawet jeśli ubrany jest w amerykański mundur ? Nie. Wieloletni nawyk kazał mu zaprzeczyć.
- Nie mam zamiaru słychać takich rzeczy. Führer obiecuje nowe rodzaje broni i myślę, że wcale nie jest tak, jak pan mówi.
- No, cóż. Twardy z pana przeciwnik. Niech więc pan posłucha, a później mi szczerze odpowie. Jest pan Heinrichem Reschke i pracuje pan przy programie atomowym. Jest pan w tej chwili najbardziej chyba zorientowanym człowiekiem w Niemczech. Jest też pan człowiekiem na tyle inteligentnym, aby wiedzieć, że ta wojna dla Niemiec jest już przegrana. Teraz zaś chodzi o to, abyśmy my wygrali ją jak najszybciej i jak najmniejszym kosztem. Jeżeli będą one wysokie, jeżeli dojdzie do użycia konstruowanej przez was i przy pana udziale broni, zostanie pan uznany za zbrodniarza wojennego, osądzony i powieszony. Ale ma pan też drugą możliwość. A właściwie dwie, a ja jestem upoważniony do ich złożenia. Może pan od razu przejść do nas. Już jutro, z amerykańskim paszportem dyplomatycznym w kieszeni, może pan odlecieć do Gibraltaru, a stamtąd przez Londyn do Ameryki. Tam napisze pan wszystko, co wie o programie atomowym III Rzeszy. Dostanie pan za to amerykańskie obywatelstwo i sto tysięcy dolarów. Będzie pan żył spokojnie i bezpiecznie. Może nawet będzie mógł pan pracować w swojej specjalności …
Może pan też wrócić do Niemiec i ta opcja bardziej by nam odpowiadała. Do rana jest sporo godzin i przez ten czas opowie nam pan o tym, co ważne w tym waszym programie. Nagramy to wszystko i później zrobimy stenogram. Rano będzie pan z powrotem w hotelu. Będziemy utrzymywać z panem kontakt również na terenie Rzeszy. Ustalimy łączność. Za to, po wojnie, też będzie czekał na pana amerykański paszport i sto tysięcy dolarów. Nikt pana nie będzie ścigał. Dostanie pan nową tożsamość. Rozpocznie pan nowe życie. Przyczyni się pan do ocalenia tysięcy istnień ludzkich i przyspieszenia końca wojny. Czyż nie jest to warte zastanowienia ?
Henryk milczał. Propozycja oszołomiła go. Nie … To nie może dziać się naprawdę. To zbyt piękne. I zbyt niebezpieczne ! Cały czas dzwoniły mu w głowie dzwonki alarmowe. Cóż bowiem można odpowiedzieć na taką propozycję i to złożoną w tak niezwykłych okolicznościach, kiedy nie ma się zaufania do rozmówcy ? Kiedy nawet nie wiadomo, jaka jest jego rzeczywista tożsamość ?
- Widzę, że pan myśli, doktorze. To dobrze. Moja propozycja jest uczciwa i jak najbardziej korzystna dla pana. Proszę pana, jako człowieka myślącego. Dość tej wojny. Niech pan pomoże ją skrócić. Niech pan ocali życie wielu ludzi. Mówię w imię humanitaryzmu. Bo przecież jest pan zbyt inteligentny, aby nie wiedzieć, że w przypadku uporu, grozi panu scenariusz, który nakreśliłem jako pierwszy. Scenariusz, z szubienicą w tle. Proszę pana, jak człowiek człowieka. W imię człowieczeństwa, które jest uniwersalne i ponadczasowe. No, panie doktorze …
Zapadła cisza. Atmosfera gęstniała, jak przed burzą. Albo jak przed egzekucją – przemknęło Henrykowi przez głowę. Co robić ? Zgodzić się ? Zaprzeczać ? A może milczeć ? Co jest najbezpieczniejsze ?
- A może, przed podjęciem decyzji, potrzebuje pan czegoś mocniejszego ? Whisky, koniak ? Pobudzi pana do myślenia.
Pobudzi do myślenia ! Przecież to jego własne słowa i to z wczorajszego wieczora ! Jakieś „deja vu”, czy co ? A może …
- Koniak proszę - wykrztusił z siebie. Już był prawie pewien, ale …
- John, podaj panu doktorowi lampkę koniaku – Johnson zwrócił się do tkwiącego za plecami Henryka i dotychczas milczącego osobnika.
Zrobił się ruch. Mężczyzna ubrany w równie oliwkowy mundur przeszedł obok biurka i skierował się w stronę stolika ze stojącymi nań kilkoma butelkami. Ciemny blondyn, po trzydziestce. Nalewając koniak, przelotnie spojrzał na Henryka. Ich spojrzenia spotkały się i Henrykowi mało nie stanęło serce. Tak ! To było to ! Przeczucie go nie zawiodło. Znał tę twarz. Widział ją kilka lat temu, w piwiarni „Luiza”, przy Unter den Linden. W grudniu 1939 – tego. Dwa razy przez lornetkę i bezpośrednio, przy wyjściu z Tiergarten, koło pawilonu gadów. Nie miał już wąsika Adolfa, ale to była ta sama twarz. Już wiedział. Abwehra ? W końcu za granicą oni podobno mają bardziej rozbudowaną agenturę. A może facet przeszedł do SD ? Albo pracują razem ? Nieważne. Prowokacja !!! Sprawdzają go ! I niechby tylko nie zdał tego sprawdzianu …
Złapał podaną mu lampkę koniaku i wypił ją jednym haustem. Spłynęło na niego poczucie spokoju i wewnętrznej siły. Był gotów. Chcą sprawdzianu ? No to będą go mieli. Będą mieli taki teatr, że aż im oko zbieleje !
- No więc jak, panie doktorze ? Przemyślał pan naszą propozycję ? Przyczyni się pan do szybszego osiągnięcia pokoju ? I swojej dalszej życiowej pomyślności ?
- Przemyślałem, majorze … Jak tam ? Johnson ? Przemyślałem. I muszę panu powiedzieć krótko. Jestem uczciwym Niemcem i nigdy nie pójdę na taką współpracę. To była by zdrada naszego führera i naszej ojczyzny. Może pan zapomnieć o jakiejkolwiek współpracy. I kimkolwiek bym był, nigdy, ale to nigdy nie zdradzę. O ile pan nie jest amerykańskim gangsterem, to mnie pan wypuści. A ja, z tego co mnie tu spotkało, natychmiast zdam szczegółowy raport swoim przełożonym. Chyba, że każe mnie pan zabić. Ale i tak nie zdradzę mojego führera. Tu Henryk zerwał się na równe nogi i na oczach osłupiałego rozmówcy wyrzucił rękę w nazistowskim pozdrowieniu. Heil Hitler !!! Sieg heil !!!
A potem wydobył z gardła ryk. Ryk wściekłości, przechodzący w tą znaną na całym świecie pieśń, rozpalającą umysły i powodującą dreszcze na plecach. Z oczami utkwionymi w sufit, z ręką wciąż wyciągniętą w nazistowskim pozdrowieniu, zaintonował pełnym głosem …
„Deutschland, Deutschland über alles
über alles in der Welt,
Wenn es stats zu Schutz und Trutze
brüderlich zusammenhält,
Von der Mass bis an die Memel
von der Etsch bis an der Belt,
Deutschland, Deutschland …
Trzasnęły nagle otwierane z rozmachem drzwi i wraz z tym dźwiękiem rozległy się głośne oklaski, bite przez szeroko rozkładane ręce. - Brawo, herr doktor, brawo …
Przerwał pieśń i nieprzytomnym wzrokiem spojrzał w stronę głosu. To Klemm, z szerokim uśmiechem na twarzy, bił brawa, stojąc w otwartych drzwiach.
- Brawo, brawo ! Nie mogę stwierdzić, że jest pan muzycznie uzdolniony, ale reszta … Jestem pod wrażeniem. I szczerze gratuluję. Zdał pan najważniejszy jak dotąd, egzamin w swoim życiu.
- To … To wszystko było na niby, tak ? Robiliście ze mnie głupka, błazna? Zasłużyłem sobie na takie traktowanie ? – Henryk w tym momencie aż się zatrząsnął, starając się, aby wyglądało to maksymalnie wiarygodnie.
- Spokojnie hauptsturmführer, spokojnie. My tu mamy taką zasadę, że najwyższą formą zaufania jest kontrola. A pan ją przeszedł przed chwilą w sposób jak najbardziej pozytywny. Powiedział bym nawet, że rewelacyjny ! I będzie pan dopuszczony do największych tajemnic Rzeszy.
- Jak to ? Jeszcze większych ? To są takie ?
- A tak. Od tej chwili znajduje się pan wśród wybranych. Nie będzie już żadnych ograniczeń w dostępie do informacji. Będzie pan wiedział wszystko. I być może będzie pan najważniejszym uczonym III Rzeszy. W cieniu, ale najważniejszym. I powiem panu coś jeszcze. Polubiłem pana i bardzo się cieszę, że się pan sprawdził. Bo ci, którzy się nie sprawdzili …
- Jak to się nie sprawdzili ? Naprawdę, byli tacy ?
- A byli … Byli … Odmówiliśmy im nawet zawarcia bliższej znajomości z Johanem Reichhartem.
- Z kim ? Nie rozumiem. Nie znam człowieka.
- I lepiej, żeby go pan nie poznał. To oficjalny kat III Rzeszy. Powiesił i ściął już co najmniej dwa i pół tysiąca wrogów führera, naszego społeczeństwa i naszej ojczyzny. Chociaż, prawdę mówiąc w większości byli to zwykli kryminaliści. Takich, którzy nie przeszli przez nasz sprawdzian, nie stawiamy jednak przed jego obliczem. Po drodze mogliby za dużo mówić. Dostają więc kulkę w tył głowy i po kłopocie. Człowiek, który jeszcze parę chwil temu czekał za drzwiami, ma już chyba pięciu takich na rozkładzie.
- Więc gdybym … to by mnie zastrzelił ?
- Nie inaczej, hauptsturmführer. Nie mielibyśmy innego wyjścia. W sprawie wierności führerowi i Rzeszy nie może być żadnych kompromisów. No, ale dość tego. Panom już dziękujemy – gestem dłoni odprawił rzekomego amerykańskiego majora i jego pomocnika. - To co, herr doktor ? Wypijemy jeszcze po lampce koniaku ? Za naszą dalszą współpracę. Oraz za führera i ostateczne zwycięstwo !
Komentarze
Prześlij komentarz