- Co on tam robił? Właściwie nie powinienem o tym mówić, ale skoro jest pan jednym z nas, to bez większych szczegółów, rąbka tajemnicy uchylić mogę - Bormann jeszcze bardziej wysunął się przed Adolfa.
- Zabrał z Niemiec i w dwóch miejscach na amerykańskim brzegu wysadził grupy liczące po osiem osób. Ludzie ci będą tam pełnili rolę kierowników komórek szpiegowskich. Mają doskonałe papiery, pieniądze i adresy zaufanych osób. Nawiążą z nimi kontakt i wtopią się w społeczeństwo tworząc tak zwane „czarne punkty”, gdzie składowane będą dokumenty, pieniądze, broń, inny sprzęt potrzebny w tej robocie, a nawet wszelkiego rodzaju klucze, jakie tylko wpadną im w ręce, a kiedyś jeszcze mogą się przydać. Nawet od pojedynczych pokoi hotelowych. A potem już tylko będą czekali na nasz sygnał do rozpoczęcia działań.- Czyli, na razie będą tak zwanymi „śpiochami”?
- Jak najbardziej, doktorze.
- Zastanawia mnie jednak pewna rzecz. Czy naprawdę mamy tam odpowiednie kontakty? Takie, którym bezgranicznie można ufać?
- O to niech pana głowa nie boli. Już w 1939 - tym mieliśmy tam sto tysięcy ludzi.
- Sto tysięcy? Naprawdę?
- A pan mi nie wierzy? To proste. W roku 1936 nasz człowiek Fritz Kuhn, założył w USA tak zwany Niemiecko - Amerykański Bund. W istocie był to odłam naszej NSDAP. W krótkim czasie liczebność tej organizacji wzrosła do stu tysięcy członów. Stworzyli tak prężną sieć, że aż trzeba było to uporządkować. Podzieliliśmy więc USA na trzy okręgi, w ramach których utworzono sześćdziesiąt dziewięć oddziałów terenowych. Ponadto utworzyliśmy i prowadziliśmy tam dwadzieścia obozów młodzieżowych, na wzór naszego Hitlerjugend. Osiągnęliśmy tam wielkie wpływy, czego najlepszym dowodem był zjazd w nowojorskim Madison Square Garden, kiedy to 20 lutego 1940 - tego roku stawiło się tam dwadzieścia tysięcy naszych reprezentantów. Przypomnę, że była to wtedy oficjalna organizacja. A ponadto…
- Tak?
- Popierali nas najwięksi i najbardziej wpływowi Amerykanie tamtych lat. Na przykład taki Henry Ford, największy producent samochodów na świecie. Tak samo jak my nienawidził Żydów, wydawał nawet antysemicką gazetę. Podczas pobytu w Rzeszy spotkał się też z führerem i został przez niego odznaczony Wielkim Krzyżem Niemieckim. W dowód wdzięczności i w ramach popierania naszego ruchu, corocznie w każde urodziny führera przelewał na jego konto po sto tysięcy marek. A na przykład taki Charles Lindbergh, który jako pierwszy przeleciał samotnie nad Atlantykiem? Też był naszym wielkim sympatykiem. W 1936 - tym, podczas pobytu u nas, spotkał się zarówno z führerem jak i z dowódcą Luftwaffe, Hermannem Göringiem. Tak jak i Henry Ford, został przez nas odznaczony Wielkim Krzyżem Niemieckim, a ponadto Orderem Orła Niemieckiego i honorową szablą, specjalnie zaprojektowaną na rozkaz Göringa. W tamtym czasie wymieniano go powszechnie jako bardzo poważnego kandydata na urząd prezydenta USA, a on publicznie się wypowiadał, że Stany Zjednoczone muszą ułożyć sobie pokojowe stosunki z Europą zdominowaną przez Niemców.
- Pan myśli, reichsleiter, że nadal nas popierają?
- Nie jawnie, ale na pewno tak. A te sto tysięcy ludzi o których wcześniej mówiłem?
- I zakłada pan, że dalej są po naszej stronie? Mimo wszystko?
- A co? Czy oni wszyscy nagle przestali istnieć? Gdy wypowiedzieliśmy USA wojnę, Fritz Kuhn i paru innych zostało co prawda internowanych, organizacja zdelegalizowana, ale większość zeszła do podziemia, przyczaiła się. Prawdopodobnie niektórzy z nich machnęli już na nas ręką, ale przynajmniej połowa wiernie trwa. Przy pomocy naszych ludzi stworzą sieć agentów wpływu i będą czekać. Na razie… Aż przyjdzie hasło do konkretnego działania i wtedy się uaktywnią.
- Co wtedy będą robić?
- Podsycać nieufność i napięcie pomiędzy Amerykanami a Sowietami, aby w finale doprowadzić do wojny pomiędzy nimi. Do III wojny światowej!
- Pan myśli, że Ameryka na to pójdzie?
- A dlaczego by nie? Mają teraz jedyną i niepowtarzalną szansę, aby Stalina i w ogóle sowietów rzucić na kolana. Wystarczy tylko jeden bombowiec i jedna bomba atomowa zrzucona prosto na Kreml. A propos… Jak pan ocenia, doktorze? Kiedy Rosjanie też mogą ją mieć? Bo to, że jak szaleni będą pracować nad swoją bombą, nie ulega dla mnie żadnej wątpliwości.
- Nie mam pojęcia, reichsleiter. To hermetyczny kraj i nikt z naszych ludzi nie miał pojęcia, jaki stopień badań osiągnęli. Teraz jednak, gdy przechwycili Manfreda von Ardenne i wielu innych naszych uczonych, ocenić można, że nie potrwa to zbyt długo.
- Czyli ile?
- Myślę, że nie dłużej niż pięć lat. A może nawet nieco wcześniej.
- Jednym słowem, będziemy musieli się spieszyć. A gdy już nasi główni przeciwnicy wzajemnie się wykrwawią, my znów wejdziemy do gry. Też z bronią atomową!
- W jaki sposób?
- Nie musisz tego wiedzieć, herr doktor - Bormann nagle stał się oschły i bardzo zasadniczy. - A w każdym razie nie teraz. A co do Wermutha… Wzorowo wypełnił swoją misję, prawda, mein führer?
- Jak najbardziej. On też ma u mnie Krzyż Rycerski.
- Więc o prawdziwą misję U - 977 już nie zapytam - Henryk zrobił lekko nadąsaną minę i jakby zamierzał odwrócić się na pięcie.
- Niech pan zostanie, doktorze - Hitler nagle i jakby wbrew Bormannowi wykazał się nieoczekiwaną życzliwością. - Są sprawy o których musimy wiedzieć, są takie, o których możemy, ale niekoniecznie, są też sprawy, o których wiedzieć nie powinniśmy. Teraz, albo nawet nigdy. Każdy powinien wiedzieć tyle, ile jest niezbędne do prawidłowego wykonywania przez niego obowiązków. Tylko tyle i aż tyle.
- To zawsze było jasne. A spytałem o U - 530, nie wiedząc, że wypełniał jakąś misję.
- Nic się nie stało. A wracając do U - 977, tu również zaspokoję pańską ciekawość. Zresztą, reichsleiter podobno już panu o nim mówił. Ten okręt akurat nie miał żadnej misji. Wszystko wskazuje na to, że pół świata przepłynął z własnej inicjatywy. A skoro już przechwyciliśmy tak pomyślne i krzepiące dla nas wieści, to może uczcijmy naszych bohaterów. Zapraszam do swojej kajuty. Martin, zadysponuj jakiegoś szampana…
Butelki, która kilka minut później pojawiła się na stole, nie podano by chyba nawet w najbardziej podłej, berlińskiej knajpie. Niby rocznik i producent był dobry, ale reszta… Nie było wiaderka z lodem, białej serwety czy wysmukłego szkła, a temperatura płynu którym zwilżyli usta, wprost wołała o pomstę do nieba. Nie przeszkadzało to jednak Hitlerowi, który z dziwnie błyszczącymi oczami wpatrywał się w Bormanna.
- I co jeszcze ciekawego? Co jeszcze?
- Dziennikarze, którzy rozdmuchali te sprawę, niechcący zrobili dla nas bardzo dobrą robotę. Poszła w świat wiadomość, że na pokładzie U - 977 do Argentyny osobiście przybył pan, mein führer!
- Co pan opowiada, reichsleiter? Jak to ja?
- Podano, że rzekomo wcześniej wysadzono pana w jakimś ustronnym miejscu i odjechał pan w towarzystwie niemieckich marynarzy, którzy od 1939 przebywali tam po zatopieniu naszego pancernika kieszonkowego, „Admirał Graf Spee”. Pracują teraz dla niemieckiej firmy o nazwie „Lahusen”.
- Mówi pan poważnie?
- Jak najbardziej, mein führer. A sprawę rzekomego pańskiego przybycia najbardziej rozdmuchał dziennikarz o nazwisku Ladiszlav Szabo.
- Szabo? To chyba nie jest argentyńskie nazwisko?
- Raczej żydowskie. W tej chwili nie przypominam sobie dokładnie, ale to nazwisko przewijało się już w naszych materiałach dotyczących Ameryki Południowej. Jeżeli dobrze pamiętam, to otrzymaliśmy kiedyś takie dane od ministra Ribbentropa. Wynikało z nich, że to emigrant i węgierski Żyd, zajadły nasz przeciwnik.
- To wpisujemy go na naszą listę. I o ile będzie kiedyś sprzyjająca sytuacja, to trzeba go zlikwidować.
- Może się nieco wstrzymajmy? Jeżeli uwagę całego świata skierował właśnie na U - 977, to idzie fałszywym tropem. A jest to dla nas bardzo korzystne. Robi nam swego rodzaju „ maskirowkę”.
- „Maskirowkę”? To przecież rosyjskie słowo! Zna pan ten język? - Henryk w jednej chwili wykorzystał szansę, aby wzbudzić nieufność Hitlera.
- Ja? - Bormann wydawał się przerażony. - Właściwie to nie! Skąd to panu przyszło do głowy?
- Tak sobie pomyślałem. Bo skoro użył pan takiego specyficznego słowa… I co znaczy to „właściwie”, bo kompletnie nie rozumiem? To w końcu zna pan ten język, czy nie? A ponadto przypominam sobie, że już dwa razy, i to w mojej obecności, zdradził się pan ze znajomością tego języka.
- Co pan w ogóle sobie myśli? To jakaś prowokacja, herr doktor? - Bormann przez chwilę wyglądał tak, jakby chciał się rzucić na Henryka.
- Absolutnie nie. Nie chcę powiedzieć nic złego, ale w Schwerinie, gdy robiłem za wariata w szpitalnej karetce, pan zrozumiał tego ruska, który porównując mnie ze zdjęciem, podobno powiedział, że jestem za stary. A potem zrozumiał pan jeszcze raz… Wtedy, gdy nad jeziorem Dietrich po rosyjsku przesłuchiwał tego sowieckiego sierżanta. A pan się zaśmiał, jakie to ruscy uszyli mi buty.
- A pan? - Bormann natychmiast przeszedł do kontrataku widząc baczny wzrok Hitlera. - A pan, skąd zna to słowo?
- Zaraz! Spokojnie - Hitler złapał nagle brzeg stołu wpatrując się to w jednego, to w drugiego. - Reichsleiter! Skąd pan zna ten język? I w ogóle to słowo? Nigdy się pan do niego nie przyznawał!
- Ja? Nie pamiętam, chociaż widocznie musiałem się z nim kiedyś zetknąć. Być może przeczytałem w jakichś raportach, a może to jeszcze pozostałość z lat dwudziestych i trzydziestych, kiedy gromiliśmy komunistyczne bojówki. A co do języka… To było jeszcze w roku 1923, w Maklemburgii, gdy pracowałem w administracji majątku Hermanna von Treuenfels. Wtedy też załatwiliśmy tego zajadłego komunistycznego agitatora, Waltera Kadowa, który zadenuncjował Francuzom rozstrzelanego później przez nich za sabotaże na liniach kolejowych, naszego wiernego towarzysza Alberta Leo Schlagetera. Poderżnęliśmy Kadowowi gardło… - tu Bormann z cicha zarechotał. - Odsiedziałem za współudział rok w więzieniu, od marca 1924 do lutego 1925, ale warto było. Siedział tam też z nami pewien członek naszego „Freikorpsu”, tzw. „bałtycki Niemiec”, z Estonii. Doskonale znał język rosyjski i z nudów trochę nas go uczył. Twierdził, że warto znać język naszego największego wroga. Mam wiele zdolności, więc jakoś tak samo wchodziło mi to do głowy. A teraz widać, że coś mi z tych czasów jednak zostało.
- A pan, doktorze? Skąd pan zna to słowo i co ono znaczy? - Hitler patrzył teraz to na jednego, to na drugiego.
- Słyszałem je na ulicy w Waldenburgu. Wtedy, gdy Rosjanie wozili Manfreda von Ardenne, aby - jak się zorientowałem - doprowadził ich do akceleratora. Widząc to schowałem się w bramie, ale byłem niedaleko. Słyszałem jak ruski oficer mówił do von Ardenne, że to wożenie go po nocy przed montażem urządzenia, to widocznie była taka „maskirowka”. Użył tego słowa po rosyjsku, a z kontekstu można było się zorientować, że oznacza przykrycie czy zamaskowanie właściwego celu lub przedsięwzięcia, oraz ewentualnie skierowanie na fałszywy trop. Takie - jak to mówimy - wpuszczenie kogoś w maliny.
- Ach tak. To co pan mówi, jest logiczne. A ty Martinie - tu Hitler zwrócił swój przeszywający wzrok na Bormanna - postaraj się przypomnieć, skąd znasz to słowo. Jestem tego niezmiernie ciekaw.
Tego dnia czekała Henryka jeszcze jedna niespodzianka. Godzinę później, gdy usługujący Hitlerowi i pełniący funkcję pokładowego stewarda marynarz, wsadził głowę do kajuty i przyciszonym głosem wypowiedział kilka słów.
- Proszę do führera. Po cichu.
- Proszę usiąść, doktorze - Hitler, niby jowialny, ale jakoś wewnętrznie skupiony, uważnie przyjrzał się Henrykowi. - Pan jest wobec mnie w pełni lojalny, prawda?
- Jawohl, mein führer!
- Niech pan przestanie. Nie oczekuję stereotypowych odpowiedzi. Proszę mi powiedzieć, ale tak po ludzku. Jest mi pan wierny?
- Jak pies, mein führer.
- To dobrze. Bo zaszło dzisiaj coś takiego, że nie wiem, co o tym sądzić.
- Zaszło coś jeszcze?
- Nie. Wracam do sprawy tego słowa, które wypowiedział Bormann. Pan się nie pomylił, doktorze Reschke ? Jest to dla mnie bardzo ważne…
- Nie pomyliłem się, mein führer. Dokładnie słyszałem to słowo z ust ruskiego oficera, a drugi raz w życiu właśnie tutaj. Z ust samego reichsleitera.
- I w tym jest problem. Bo tak na zdrowy rozum, on nie powinien go znać. Jeżeli ma ono takie znaczenie jak to pan objaśnił, to znaczy, że jest to język służb specjalnych. Nie ma nic wspólnego ze zwykłymi, komunistycznymi bojówkami, które gromiliśmy w latach dwudziestych i trzydziestych, a jeżeli chodzi o raporty, to również nie przypominam sobie, abym się kiedyś na nie natknął.
- Też tak sądzę, mein führer. Ale to by mogło znaczyć…
- No, właśnie. W tej sytuacji, ponownie muszę się zastanowić, komu i na ile mogę zaufać, a komu niestety nie.
- Chyba nie chce pan powiedzieć, mein führer, że…
- Właśnie to chcę powiedzieć. Wielu już z tych, którym ufałem, a którzy jak psy jedli mi z ręki, okazało się zdrajcami. Göering, Himmler, Kammler, von Ardenne, von Braun czy nawet mąż siostry mojej żony, Fegelein. Jak to teraz analizuję, to im wyżej, tym łatwiej o zdradę, a jedyni wierni i godni zaufania okazują się reprezentować znacznie niższe szczeble. Tak jak pan, doktorze Reschke.
- Dziękuję za zaufanie. Obiecuję, ze nigdy nie zawiodę. Ale też - tu Henryk postanowił umocnić swoją pozycję - nigdy nie będę panu kadził lub obiecywał rzeczy nierealne. Jestem niemieckim naukowcem, oficerem SD i starym członkiem partii. Byłoby to dla mnie nie do przyjęcia.
- Więc dopuszcza pan możliwość krytyki?
- Nie o krytykę tu chodzi. Chodzi o bezwzględną uczciwość wobec pana. Nawet, gdyby była ona niewygodna!
- A więc tak to należy rozumieć? Żałuję teraz, że nie miałem wokół siebie więcej takich ludzi jak pan. Okazało się bowiem, że tak naprawdę, gromadzili się wokół mnie sami „potakiewicze”. Tchórze, bez honoru i kręgosłupa moralnego.
- Ale to przecież niemożliwe, aby wszyscy tacy byli.
- O, widzę, że jest pan idealistą, herr doktor! Udowodnię wiec panu, że honoru i kręgosłupa moralnego nie znajdzie pan u zdecydowanej większości społeczeństwa. Czy to naszego, czy jakiegokolwiek innego. Nawet wśród niższych warstw, które niektórzy naiwnie uznają za tak zwaną zdrową siłę narodu. A często też bywa, że im wyżej, tym gorzej. I proszę mi wierzyć… Wiem coś o tym!
- Naszego narodu również?
Komentarze
Prześlij komentarz