Przejdź do głównej zawartości

ATOMOWY POKER 162

 

- A co pan myślał? Zresztą, najlepsze są zawsze przykłady z życia… Był pan może kiedyś na wiejskim weselu?

- Owszem. Jeszcze w latach młodzieńczych w rodzinnej miejscowości, a i później kilka razy, kiedy to moi koledzy ze studiów żenili się z dziewczynami z tak zwanej prowincji.

- Świetnie. To teraz proste pytanie. Gdzie była tam wódka?

- No, jak to gdzie? Stała na stołach - Henryk powoli już się domyślał o co może chodzić Hitlerowi, ale wolał się jeszcze nie wychylać. Niech führer ma go za wybitnego naukowca, ale z głową w chmurach.

- Zgoda - Adolf wydawał się zadowolony. - Ale jak już została wypita, to skąd brała się nowa?

- Jak to skąd? Przynosił ją ojciec pana młodego. Albo też panny młodej, w zależności od okoliczności.

- Również zgoda. A gdzie ona była do tej pory?

- No, w jakimś innym pomieszczeniu…

- A zastanawiał się pan kiedyś, herr doktor, jakie to było pomieszczenie? Niech pan nawet nie odpowiada. Obaj wiemy, że nie chodzi o to jakie, tylko o to, że było zamykane na klucz!

- Faktycznie… - Henryk zrobił - chyba nawet zbyt przesadnie - wielkie oczy.

- I tu dochodzimy do sedna sprawy. Zaprasza się gości, którymi z reguły są najbliżsi krewni i pozornie szanowani członkowie obu rodzin. Panie oczywiście zjawiają się w sukniach, szalach, woalkach i koafiurach oraz z koralami na szyjach i kolczykami w uszach. Panowie w garniturach, czyli jak to jeszcze czasem na wsi mówią, w ubraniach kościołowych, białych koszulach, krawatach. Na nogach lakiery, w kieszonkach zegarki, kwiatki w butonierkach, poszetki w brustaszach i wszyscy wyglądają tak nobliwie, poczciwie, dostojnie… Prawie wszyscy też chodzą w niedzielę na mszę. Tylko dlaczego gospodarz zamyka przed nimi wódkę?

- Żeby jej nie rozkradli? - Henryk nie mógł już dłużej udawać głupiego.

- Oczywiście! - Adolf spojrzał na Henryka z taką aprobatą, z jaką czasami patrzy nauczyciel na bardziej niż inni pojętnego ucznia. - Oczywiście - powtórzył raz jeszcze i już bez żadnej przerwy kontynuował. - Nawet najbardziej prosty i najmniej rozgarnięty na świecie wieśniak ocenia ich według siebie, bo i sam się od nich wiele nie różni. Wie, że większość ludzi to zwykłe chamy i złodzieje, którzy na widok wódki, i nie tylko zresztą, dostają małpiego rozumu. Nie na darmo zresztą się mówi, że okazja czyni złodzieja. Chowali by więc te flaszki po kieszeniach, za koszulą czy za paskiem, wynosili w krzaki i diabli wiedzą co jeszcze. Oczywiście nie mówię, że wszyscy, ale czasem nawet i znacząca większość. A najlepsze w tym wszystkim jest to, że gdyby trafił się tam człowiek taki jak pan czy ja, naprawdę pryncypialny oraz z żelaznymi zasadami moralnymi, to powinien po prostu i od razu zrobić w tył zwrot i natychmiast stamtąd wyjść! Zniósłby pan bowiem, gdyby już na dzień dobry potraktowano go jako potencjalnego złodzieja?

- Przyznam szczerze, że nigdy w ten sposób nie myślałem. Zaskoczył mnie pan, mein führer. Oczywiście, zgadzam się z panem w całej rozciągłości, ale myślę, że na szczęście nie wszyscy są tacy.

- Na pewno nie wszyscy i znamy też nieliczne, chlubne wyjątki. Słyszał pan na przykład o Helmucie Weidlingu? Ten to miał jaja!

- Niestety nie. Nawet nie wiem, kto to jest.

- Był jednym z moich generałów. Kiedy już trwały walki pod Berlinem, otrzymałem meldunek, że przepuścił Rosjan, wycofał się i zdezerterował, czy coś takiego. Wydałem wtedy rozkaz, aby niezwłocznie go aresztować i rozstrzelać. A ten w ogóle się nie przestraszył, wsiadł w samochód i przyjechał prosto do mnie. W postrzępionym i okopconym mundurze, prosto z placu boju. Wyjaśnił mi, jaka była prawdziwa sytuacja i oddał się pod mój osobisty osąd. Wie pan co z nim zrobiłem? Natychmiast i na miejscu mianowałem go dowódcą obrony Berlina. Gdybym tylko takich ludzi miał więcej…

- Myślę, że załoga tego okrętu jest nie gorsza. Też bezwzględnie wierzy w pana.

- To dobrze, że pan tak myśli. Ale proszę mi obiecać, że gdyby miał pan jakieś podejrzenia… 

- Nie rozumiem…

- To proste. Gdyby zdarzyło się coś, co by świadczyło o jakiejś nielojalności, to natychmiast mi pan zamelduje. Teraz pan rozumie?

- Tak jest!

- I to właśnie chciałem usłyszeć. Nawet, gdyby to był sam reichsleiter Martin Bormann!

 

            21.08.1945 - Północny Atlantyk, U - Boot As Pik.     


            Kolejne dni, z wyjątkiem radiowych sensacji i ich nieoczekiwanych następstw mijały monotonnie, przerywane tylko okresami zimna i ciepła. Ciepło było w nocy, gdy okręt szedł na chrapach z włączonym ogrzewaniem, zimno zaś zwiastowało dzień. Tak było od początku rejsu, ale dzisiaj Henryk poczuł jakby zmianę. Okręt szedł równo jak po sznurku, więc musiał być w głębinach, a mimo tego było jakoś cieplej. Złudzenie? Poszedł więc do centrali i spojrzał na termometr. Siedemnaście stopni, a przecież by przysiągł, że na elektrycznych silnikach płynęli już dobre trzy godziny.

- Dobry jest ten termometr? - spytał będącego na wachcie drugiego oficera.

- Oczywiście, panie doktorze.

- Ale wskazuje tak jakoś więcej, niż dotychczas.

- A co by pan chciał? Aby było zimniej?

- Pewnie, że nie. Ale trochę mnie to zdziwiło.

- To nic nadzwyczajnego. Od ponad dwóch tygodni płyniemy przecież na południe. Może nie dokładnie prosto w tym kierunku, bardzo powoli, ale systematycznie i cały czas. Teraz, po zmniejszeniu prędkości, w ciągu doby pokonujemy przeciętnie około 75 mil. Wiem, że osobom nie związanym z morzem wydaje się to trochę abstrakcyjnie, więc powiem jak dla szczura lądowego. To około 139 kilometrów na dobę. Zbliżamy się więc do strefy nieco cieplejszej. Na Środkowym Atlantyku.

- To chociaż trochę wygrzejemy wkrótce kości. Bo przecież tam gdzie płyniemy, niestety będzie już listopad.

- I co z tego? Trafimy akurat na piękną wiosnę.

- Słucham?!!!

- Czemu pan zrobił taką zdziwioną minę? Przecież na półkuli południowej lato zaczyna się w grudniu. Wtedy, gdy u nas jest śnieg i mróz, tam będziemy mogli wygrzewać się do woli. Czyż to nie jest piękne?

- O cholera! Nie pomyślałem o tym.

- A widzi pan. Od razu widać, ze nie miał pan możliwości podróżowania po świecie.

- Jak większość ludzi.

- Tak… Ale dla nas, marynarzy, to oczywista sprawa. Więc, jakby co, niech się pan cieszy. Jeszcze będzie panu ciepło.

 

22.08.1945, wieczór - Niemcy, Bremen, amerykańska enklawa w brytyjskiej strefie okupacyjnej, siedziba Wywiadu Armii USA.

 

            - I jak tam majorze? Zakończył już pan tę analizę? - generał Brown był tak bardzo zainteresowany, że mimo, iż do 19.30 brakowało jeszcze pół godziny, już teraz zajrzał do biura zajmowanego przez Orawę.

- Już kończę pisać, panie generale. Ale wnioski ustne mogę przedstawić  natychmiast.

- To świetnie. Dużo zachodu mnie kosztowało, aby kopie protokołów przesłuchań tej załogi ściągnąć również do nas i to w takim tempie.

- Wcale się nie dziwię. Gdzie Argentyna, a gdzie Niemcy… Prawdę mówiąc, nie spodziewałem się, że uda się panu tak szybko to załatwić.

-  No, widzi pan, jaką mamy siłę przebicia? Chociaż sytuację ułatwiło nam to, że nasi ludzie pojawili się tam już przy okazji przybycia U - 530. Siedzieli w Argentynie do tej pory sprawdzając pewne tropy, więc mogli się też natychmiast zająć sprawą U - 977.

- Z materiałów przesłuchań i dotychczasowych, wstępnych wniosków rozumiem, że chodzi głównie o wątek dotyczący ewentualnego przybycia tam Hitlera?

- Z ust mi pan to wyjął. Nic na ten temat dotychczas nie mówiłem, aby pana w żaden sposób nie zasugerować.

- Tak właśnie pomyślałem. Bo cała ta wrzawa medialna i kierunki przesłuchań właśnie do tego zmierzają.

- Wnioski prawidłowe, a my niczego nie możemy wykluczyć. Tak naprawdę, nie mamy dotychczas żadnych bezspornych dowodów, że Adolf, w ten czy inny sposób zdechł w Berlinie. Jest nawet wręcz przeciwnie. Chociażby z informacji od pańskiego człowieka.

- Których, na chwilę obecną niestety nie mogę potwierdzić.

- Zakładamy, że skoro potwierdziła się informacja o bombie, pozostała jej część też może być prawdziwa. Przecież użyliśmy w Poczdamie liczników Geigera. Pomiary po wybuchu na terenie fabryki, jednoznacznie wskazywały na mocno podwyższony poziom promieniowania radioaktywnego i skażenie całego przyległego terenu. Więc skoro praktycznie potwierdzono istnienie bomby atomowej, to równie dobrze dalej może żyć nie tylko Bormann, ale i Hitler.

- Też tak sądzę. Ale co do jednego, muszę pana rozczarować. Wbrew pewnym, ostrożnym zresztą wnioskom naszych kolegów, osobiście wykluczam, aby Hitler przybył do Argentyny na pokładzie U - 977. Podjęcie tego tropu będzie więc marnotrawieniem sił i środków.

- A może pan to jakoś uzasadnić?

- Jak najbardziej. Dane z Argentyny skonfrontowałem ze zdarzeniem, które miało miejsce 10 maja pod Bergen, a które w jakiś dziwny i niewytłumaczalny sposób umknęło naszym analitykom.

- Proszę mi przypomnieć…

- Wylądowało tam wtedy szesnastu Niemców, w dwóch gumowych pontonach. Stwierdzili, że są ocalałymi członkami załogi U - 977, który zatonął po wejściu na minę. Ich wyjaśnienia przyjęto za dobrą monetę i wówczas nikt tego nie weryfikował, a sprawę odłożono ad acta. Dopiero teraz okazuje się, że byli to przeważnie ludzie żonaci, mający dzieci, rodziny i po prostu nie chcieli płynąć w rejs na drugi koniec świata. Przekalkulowali, że lepiej przesiedzieć nawet parę miesięcy w obozie jenieckim i wrócić do domu, a kapitan tego okrętu po prostu poszedł im na rękę. Reszta zdecydowała się popłynąć. Aby ich chronić, rzekomi rozbitkowie jeszcze na pokładzie uzgodnili zeznania i normalnie nas okpili.

- Jednym słowem, kłamali.

- Na to wychodzi. Bezczelnie wprowadzili nas w błąd.

- Żeby uchronić Hitlera?

- Otóż, nie sądzę. Sam fakt ich wysadzenia pod Bergen, w moim przekonaniu dowodzi, że Hitlera na ich pokładzie nie było.

- Dlaczego?

- Z prostego powodu. Nikt by nie zaryzykował, aby ludzie, którzy wiedzieli, co się z nim stało, dostali się w nasze ręce. Zawsze mogło by się zdarzyć, że któryś „pęknie” i zacznie sypać. Chociażby po to, aby ukryć pewne swoje wcześniejsze przewinienia lub uzyskać jakąś nagrodę. Nawet tak pospolitą i trywialną, jak ewentualne wcześniejsze zwolnienie z niewoli do domu. W tej sytuacji wykluczam pobyt Hitlera na pokładzie U - 977. A tych ludzi prędzej by zastrzelono, niż narażono by się na ryzyko dekonspiracji.

- Stawia pan odważną tezę.

- Ale w tej sytuacji jedyną logiczną. Każde inne rozumowanie zaprowadzi nas na manowce. A poza tym sam ten okręt… Nigdy nie brał udziału w prawdziwych walkach. Służył tylko we flotylli szkoleniowej. Owszem, musieli się wtedy na nim znajdować doświadczeni instruktorzy najwyższej klasy, ale według właśnie przesłanych nam informacji, w czasie tych szkoleń aż trzy razy uczestniczył też w kolizjach z innymi jednostkami. Z tego powodu, po pozornie niewielkich, ale kilkakrotnych uszkodzeniach kadłuba uznano, że nie nadaje się on na jednostkę bojową. A jeszcze ten typ… Przecież to VII C! Nikt przy zdrowych zmysłach nie wybrał by czegoś takiego, aby przewieźć do Argentyny kogoś znaczniejszego. W ten sposób, ostatecznie wykluczam U - 977. Warto jednak sprawdzić inne wątki. Czy przed oficjalnym zawinięciem do Mar der Plata, gdzieś wcześniej nie przybili do brzegu i czegoś lub kogoś tam nie wysadzili. Trzeba w tym zakresie uruchomić wszelkie środki. Może ktoś coś wie lub widział, tak jak w końcu lipca ten norweski rybak spod Bergen.

- Też już o tym myślałem. Bo może tu chodzić też o innych.

- Innych? Mam rozumieć, że coś jeszcze przypłynęło? Coś, o czym dotychczas oficjalnie nie powiadomiono?

- Może nie tak. Nie wiemy nic, aby tych okrętów przypłynęło więcej. Ale mamy pańską tezę, że spod Bergen wypłynął U - Boot z Bormannem i pańskim doktorem na pokładzie. Nie zdążył by dotychczas dopłynąć do Argentyny, jest więc gdzieś na Atlantyku. Ponadto, dziś rano dostałem potwierdzenie tego, co podejrzewaliśmy już w czerwcu. Nie zgadza się dokumentacja dotycząca budowy U - Bootów typu XXI. Na dzień dzisiejszy mamy taką pewność w stosunku do dwóch jednostek. W dziwny sposób poginęły też zamówienia, zestawienia zwodowanych jednostek, a nawet część wykazów numerów taktycznych jednostek dopiero budowanych. W Hamburgu uzyskaliśmy zeznanie jednego z inżynierów, że faktycznie i to w jego obecności zwodowano egzemplarz takiego okrętu, a potem jego numery - nie wiadomo z czyjego polecenia - namalowano na sekcjach dopiero przeznaczonych do złożenia.

- To sprawdzone informacje?

- Jak najbardziej. Z tym, że dotyczą one tylko dwóch stoczni znajdujących się w naszym obszarze okupacyjnym. Bremy i Hamburga. Natomiast stocznia „Schichau” w Danzig, który ostatnio znów stał się polskim Gdańskiem, znajduje się poza naszym zasięgiem. Teraz rządzą tam Rosjanie, a nie można wykluczyć, że i w tamtejszej stoczni zbudowano jakieś bezimienne U - Booty. Nawiasem mówiąc, mamy już pewne i sprawdzone informacje, że Sowieci urządzili sobie prawdziwe polowanie na pozostałych jeszcze w Gdańsku niemieckich stoczniowców. Przy ich pomocy próbują ostatecznie poskładać kilka U - Bootów typu XXI, które zastali na pochylniach, w mocno zaawansowanych stadiach budowy.

- Więc nie można też wykluczyć, że coś już po cichu w Argentynie wylądowało.

- Na to wychodzi. Ponadto zakładamy, że te jednostki nawet po pomyślnym wykonaniu misji, nigdy się nie ujawnią. Po prostu, zostaną po cichu zatopione przez swoje własne załogi.

- Dlaczego?

- Niech pan pomyśli. A na co jeszcze mogły by się one przydać? A poza tym, okręty, które by się nie poddały i nie ujawniły po oficjalnej kapitulacji Rzeszy, mogłyby łatwo zostać uznane za jednostki pirackie, ze wszystkimi konsekwencjami dla ich załóg.

- U - 530 i U - 977 też tak zostały potraktowane?

- Nie. Bądź, co bądź, to oficjalne jednostki marynarki wojennej, obsadzone oficjalnymi załogami, mające urzędowy przydział, etat oraz nadany numer taktyczny. I o ile po kapitulacji Rzeszy ich kapitanowie nie podjęli wobec nas żadnych akcji zbrojnych, niczego właściwie nie można im zarzucić. Ale jakieś inne jednostki? Bez przydziału, numerów taktycznych, oficjalnych etatów w siłach zbrojnych? Śmiało można by ich uznać za zwykłych piratów, a tych nie chronią żadne znane mi przepisy. W razie jakiegokolwiek zbrojnego starcia, pierwszy lepszy zwycięski kapitan miałby prawo powywieszać ich wszystkich na rei!

- Aż tak?

- Wydaje się to panu dziwne? Takie są odwieczne prawa morza. Oczywiście, zawodowi prawnicy mieli by na ten temat sto różnych, często przeciwstawnych opinii, ale fakt pozostaje faktem. Nie ma żadnych praw chroniących piratów.

- Nie wiedziałem o takich niuansach.

- Proszę się nie przejmować, majorze. Do dzisiejszego ranka ja również.

 

Komentarze