05/06.10.1945, noc - Środkowy Atlantyk, U - Boot As Pik.
Marynarz Manfred Kruger był głęboko nieszczęśliwy. A przecież mogło być tak pięknie… Mógł udawać, że nie widzi.
Podkusiło go jednak jakieś licho i gdy półtora roku temu, w Wilhelmshaven, jako świeżo upieczony członek załogi trałowca zobaczył u kolegi wrogie, ośmieszające Adolfa ulotki, złożył donos na Gestapo. Był przy tym na tyle głupi, że nie wysłał anonimu, tylko poszedł osobiście i właśnie od tego wszystko się zaczęło. Owszem, pochwalili go za wykazaną czujność i prawdziwie aryjską, narodowosocjalistyczną postawę, ale też zmusili do współpracy. Bo jak nie, to załoga trałowca bardzo szybko się dowie, kto doprowadził do procesu i rozstrzelania powszechnie wśród załogi lubianego, choć nieostrożnego wesołka. Nie miał też wyboru, gdy kilka miesięcy później skierowano go na kurs marynarzy okrętów podwodnych, a jako wzorowy wychowanek Hitlerjugend oraz aktywny donosiciel, trafił właśnie na ten pokład. Komu donosił? Jeszcze w Hamburgu skontaktowano go z trzecim oficerem, zagorzałym i fanatycznym nazistą, który wyraźnie chciał zająć miejsce Bauera, a może nawet i samego Hulenburga. Komu donosił trzeci? Tego Kruger nie wiedział. Widział jednak, że od chwili, gdy pogrążył Wenitza, zaczęła się wokół niego tworzyć jakaś dziwna pustka. Milkły rozmowy, zanikały rzadkie śmiechy, paru ludzi wręcz ostentacyjnie odsuwało się od niego, nawet podczas wacht czy wspólnych posiłków. Nie ma co… Nagrabił sobie. Na tyle, że irracjonalny strach już nie dawał mu spać. A może nie taki irracjonalny? Widzieć wrogość i pogardę w oczach kolegów? A właściwie już nie kolegów, a jakichś obcych, jakby przypadkiem płynących z nim na tym okręcie? To całkowicie i wręcz dogłębnie wtrącało go z równowagi. Do tego stopnia, że po tygodniu udał się do lekarza. Nie zdradził jednak prawdziwej przyczyny swojej bezsenności i nieświadomy niczego Vogel dał mu tabletki nasenne. Na początku bał się ich zażyć, ale gdy po kilku następnych dniach chodził już jak lunatyk, wziął jedną na próbę. Zadziałało! Nie można powiedzieć, że zasypiał snem sprawiedliwego, ale wreszcie jakoś tam spał. Dzisiaj po wachcie też zażył tabletkę i powoli odpływał w niebyt, starając się nie patrzyć na kolegów układających się w sąsiednich kojach. - Kolegów? Gówno mi mogą zrobić - pomyślał jeszcze. - Chroni mnie trzeci oficer, a jego prawdopodobnie sam reichsleiter Bormann. Będąc w takiej strukturze zawsze będzie się potrzebnym… Z tą słodką, uspokajającą zmysły myślą, Kruger zapadł wreszcie w głęboki sen.
Odczekali jeszcze pół godziny. Bo cóż to jest te śmieszne trzydzieści minut, gdy minęły już prawie trzy tygodnie? Trzy tygodnie od śmierci Wenitza, którego postanowili pomścić! Oczywiście nie od razu i nie na drugi dzień. Trzeba odczekać, uśpić czujność, znaleźć sposobność, która - jak to uznali - właśnie dzisiaj nadeszła. Wreszcie jeden podniósł głowę. Rozejrzał się ostrożnie. Niewielkie, czerwone światło u sufitu, otulało wszystko sennym półmrokiem. Przytłumiony pomruk pracujących na wolnych obrotach Diesli nie zwiastował żadnych niespodzianek. Wachtowi siedzieli w centrali i przedziale silnikowym. Reszta słodko spała po ciepłej, morskiej kąpieli. Więc chyba teraz… Wyciągnął rękę i popukał w ramię śpiącego koję niżej. Widząc otwierające się oczy, położył palec na ustach. Cicho! Jak węże, ześlizgnęli się ze swoich koi i podeszli do trzeciego. Ten jednak nie spał. Leżał z otwartymi oczami i gdy tylko spotkały się ich spojrzenia, jak automat usiadł w pościeli. Schylił się po buty, ale gest pierwszego wstrzymał ten ruch. Sięgnął więc po poduszkę i to dopiero uzyskało aprobatę obu pochylonych nad nim postaci. Spojrzeli jeszcze raz po sobie, popatrzyli w stronę maszynowni i centrali. Teraz, albo nigdy! Za Wenitza! A poza tym… Nie można wśród siebie tolerować kapusia. Kto wie, ilu jeszcze przypłaci śmiercią mniej lub bardziej jawne lub tajne, nieważne czy prawdziwe czy nie, ale wredne donosy. Na palcach, przemieścili się więc parę kroków i stanęli nad koją Krugera. To była niezła okoliczność, że spał na dolnej i na wznak. Lepiej co prawda by było, gdyby spał u góry. Wtedy tylko wystarczyło by go niespodziewanie, z całej siły ściągnąć głową w dół i gotowe. Wyglądało by to na zwykły wypadek. Po prostu rzucał się we śnie, wypadł i skręcił sobie kark czy też rozbił czaszkę. Z tym, że wtedy hałasu było by co niemiara. A tak…
Popatrzyli jeszcze raz po sobie i wreszcie pierwszy z nich dał znak. Prawie jednocześnie usiedli na Krugerze. Jeden na nogach, drugi na brzuchu, przy okazji przytrzymując mu ręce, trzeci zaś z całej siły przycisnął poduszkę do zaspanej, zaskoczonej i niczego nie rozumiejącej twarzy.
Ile to trwało? Żaden z nich nie mógł już później tego odtworzyć. Przeczekali rozpaczliwe, konwulsyjne ruchy i drgania ciała, unieruchomili poduszką usiłującą obrócić się w bok i krzyknąć lub chociaż nabrać tchu głowę. Nic z tego jednak nie wyszło. Przygniecione ponad dwustu kilogramami ciało Krugera wyprężyło się wreszcie i po chwili zmiękło jak mokra szmata. Poczekali jeszcze z pół minuty i podnieśli poduszkę. W przytłumionym, czerwonym świetle sina twarz i wytrzeszczone oczy Krugera sprawiały upiorne wrażenie. Przykryli to kocem i po cichu rozeszli się do swoich koi. Mieli czas. Na kolejną wachtę Kruger przewidziany był dopiero za parę godzin. Więc tyle jeszcze będzie spokoju. A co dalej? Jeżeli żaden z nich nie sypnie, nie puści farby, nikt i nigdy nie dojdzie z czyjej ręki wredny donosiciel i sprawca śmierci ich dobrego kolegi niespodziewanie i tak nagle przeniósł się do Walhalli.
- Doktorze Vogel! Doktorze Vogel! - ktoś tak się nagle rozdarł na korytarzu, że obaj aż podskoczyli na swoich kojach.
- Co się dzieje?
- Proszę natychmiast ze mną - Bauer nie bawił się w zawiłości. - Mamy trupa na pokładzie.
- Gdzie, kto?
- Marynarz Kruger. Ten, który świadczył przeciwko Wenitzowi.
- Kurwa mać! - dopiero teraz Henryk dostrzegł wyglądającego na korytarz Bormanna i usłyszał jego przekleństwo. - Doktorze Vogel! Proszę dokładnie zbadać ciało. Chcę szczegółowo wiedzieć co się stało i kto ewentualnie się do tego przyczynił.
Pół godziny później Vogel nie miał zbyt wesołej miny. Nie zdążył nawet położyć swojej medycznej torby, gdy w ich kajucie pojawiła się sylwetka Bormanna.
- A więc?
- Udusił się. A ściślej mówiąc, został uduszony.
- W jaki sposób? Jakieś ślady na szyi?
- Nie. Szyja jest czysta. Prawdopodobnie uduszono go poduszką.
- Tak po prostu?
- Niezupełnie. Jeden człowiek raczej nie dał by rady. Duszony wymachiwał by rękami i nogami. Musiało więc być co najmniej dwóch, a może nawet i trzech.
- Kiedy nastąpił zgon?
- Trudno powiedzieć. Woda na zewnątrz jest ciepła, to i wewnątrz jest podobnie - Vogel przez chwilę popatrzył na ubranego tylko w spodnie i podkoszulek Bormanna. - Szliśmy na Dieslach, co podnosiło temperaturę. Ciało było przykryte kocem. Nie zdążyło w znaczący sposób wystygnąć, ani zesztywnieć. Bez przeprowadzenia sekcji zwłok można tylko domniemywać, że został uduszony od dwóch do nawet czterech godzin wstecz.
- Kto był wtedy na wachcie?
- Było kilkunastu ludzi. W tym przedziale czasowym jedni wachtę kończyli, drudzy ją zaczynali. Były też zmiany, które mogły spać i sześć godzin. Wśród nich i Kruger.
- Więc co? Nie da się ustalić, kto mógł za tym stać?
- Kapitan z pierwszym oficerem już zrobili wykaz. Wynika z niego, że sposobność miało prawie dwie trzecie załogi.
- I oczywiście nikt nic nie widział… Nikt nic nie słyszał i nikt nic nie wie?
- Jakby pan przy tym był, reichleiter.
- Jednym słowem mamy na pokładzie zdrajców, którzy mordują lojalnego w stosunku do nas człowieka i nie możemy dojść którzy to są?
- Gdyby tu był jakiś zawodowy policjant i to najlepiej z pionu kryminalnego, może mielibyśmy jakąś szansę.
- Sherlocka Holmesa też nie mamy - wtrącił Henryk.
- Może pan sobie darować te głupie żarty? - odzywka Bormanna była natychmiastowa i wyjątkowo nieprzyjemna. - Tu chodzi o zdradę! Co ja mówię, zdradę… Tu chodzi o spisek! Bo jeżeli było przynajmniej dwóch, to jest już zmowa i spisek, a wtedy i natychmiast wszystko staje się wyjątkowo poważne. Sam więc zajmę się tą sprawą.
- I jak, reichsleiter? - kilka godzin później odważył się zapytać Vogel. - Wiadomo już coś ?
- Gówno. Nawet moje źródła nic nie wiedzą.
- Źródła?
- Nie mówiłem panu? A, rzeczywiście… Wspomniałem tylko doktorowi Schwartzowi. Było ich sześć, zostało jeszcze pięć. Teoretycznie powinny coś wiedzieć, ale albo się boją, albo zostały zdekonspirowane i skutecznie odseparowane od reszty załogi. A to oznacza tylko jedno…
- Mianowicie? - Henryk stanął koło Vogla.
- Na razie będzie tak, jak jest. Okręt musi dopłynąć do celu. A potem odpowiednio zadziałamy - ton głosu Bormanna sprawił, że obu rozmówcom przeszły ciarki po plecach. - Ten Kruger, zdaje się, brał jakieś środki nasenne?
- Tak. Przepisałem mu ostatnio sporą dawkę.
- Chwilowo więc proszę ogłosić, że Kruger przez pomyłkę zażył zbyt dużą ilość. Rozumie pan? Wyjdzie to na zwykły wypadek i uśpi czujność sprawców. A kiedy przyjdzie pora, rozprawimy się z nimi.
- Ale jakim cudem? Przecież ich nie zidentyfikowaliśmy.
- Niech pana o to głowa nie boli. Skoro ja, reichsleiter Bormann, mówię, że poniosą karę, to znaczy, że ją poniosą.
- Jest pan jasnowidzem, reichsleiter? - Henryk nie mógł się oprzeć, aby nie wygłosić tej nieco drwiącej uwagi.
- Jasnowidzem? Nie. Mam jednak swoje, może chamskie, za to skuteczne metody. Ale o nich opowiem panu dopiero wtedy, gdy wszystko już zostanie załatwione.
07.10.1945 - Niemcy, Bremen, amerykańska enklawa w brytyjskiej strefie okupacyjnej, siedziba Wywiadu Armii USA.
- I jak się panu mieszka majorze? Już nie samemu, a z rodziną?
- Świetnie. Chciałbym panu podziękować, panie generale. Ta willa, to istny raj.
-Cieszę się, że panu pasuje. Pozostała po jakimś nazistowskim adwokacie, który zginął jeszcze podczas ubiegłorocznych bombardowań. Mieliśmy tam urządzić nasze biuro i trzymaliśmy ją w rezerwie, ale jak widać, wyszło nieco inaczej.
- Widać była przeznaczona dla mnie.
- Tymczasowo tak. Ale teraz trzeba będzie podjąć decyzję. Wszyscy macie już załatwione obywatelstwo amerykańskie. Tutaj, w Niemczech nie wiadomo jak długo będziemy i na jakich zasadach, tym bardziej, że chodzą już słuchy o wycofaniu części naszego personelu do Ameryki. Na miejscu pozostaną tylko ci, którzy będą pracować na kierunku wschodnim.
- Przeciwko Sowietom?
- Oczywiście. Nie mamy innego wyjścia. Sztuczny i wymuszony wojenną potrzebą sojusz ze Stalinem faktycznie już się rozpadł. W tej sytuacji pozostanie tu oczywiście Sekcja Wschód, a wszelkie inne kierunki będą koordynowane z Ameryki. Wkrótce więc i my tam pociągniemy.
- A nasze sprawy?
- Będziemy je kontynuować już na zachodniej półkuli. Mają państwo jeszcze czas, ale za jakieś dwa, a najpóźniej trzy tygodnie chciałbym znać odpowiedź. Gdzie będziecie chcieli zamieszkać? Niewielki domek na przedmieściach Waszyngtonu i praca dla pańskiej rodziny w jakimś biurze, czy raczej jakaś niewielka farma nieco dalej?
- Przecież moja rodzina nie zna angielskiego.
- Załatwimy nauczyciela języka i specjalną zapomogę na okres półroczny. Jeżeli będzie trzeba, to również naukę praktycznego zawodu. Tyle mogę panu obiecać.
- Dziękuję. Zastanowimy się z rodziną.
- Więc może ustalmy. Chciałbym znać odpowiedź do końca października. Bo tam przecież też wszystko trzeba będzie jakoś przygotować.
- Rozumiem.
- To dobrze. A propos… Jak tam idzie panu hiszpański ? Podobno robi pan spore postępy.
- Harujemy z seniorem Oliveirą po osiem do dziewięciu godzin na dobę. Dzień w dzień, od poniedziałku do soboty. Odnoszę czasem wrażenie, że i niedziela by mu nie przeszkadzała.
- Ale jak słyszę, wyniki są.
- Są, bo muszą być. Ten nauczyciel, to istny poganiacz niewolników. Jakby mógł, to trzymał by mnie i po dwanaście godzin dziennie.
- Proszę nie narzekać, majorze. To wszystko dla pańskiego dobra. I dla dobra naszej sprawy. Bo ta inwestycja jaką włożyliśmy w pana, jednak powinna się nam zwrócić.
Komentarze
Prześlij komentarz