Rozbierając się do snu, kapitan Guzman raz jeszcze spojrzał przez bulaj. Wiatr nieco zelżał, półmetrowa jeszcze pół godziny temu fala obniżyła swoją wysokość do około trzydziestu centymetrów i płynąca teraz z prędkością niespełna pięciu węzłów „Pampa”, od czasu do czasu z lekka tylko poskrzypując swoimi żelaznymi rejami, praktycznie bezszelestnie podążała ku swemu przeznaczeniu.
- Czterdzieści metrów, trzydzieści metrów, dwadzieścia metrów - padały kolejne odczyty i gdy tylko znaleźli się na odpowiedniej głębokości, kapitan Hulenburg podszedł do peryskopu wachtowego. Z cichym gwizdem elektrycznego silnika długa stalowa rura przechodząca przez kadłub sztywny oraz całą wysokość kiosku wysunęła się nad niewielkie fale i mając już w okularach widok znad powierzchni wody, Hulenburg powoli zaczął obracać ją w prawo.
Stalowa rura ze szklanym okiem, która wysunęła się nagle spod powierzchni fal, około siedmiu metrów i nieco w lewo od dziobu s/v „Pampa”, nie zastała zauważona. Przed wzrokiem sternika zasłaniała ją nadbudówka dziobowa, a i stojący obok z lornetką w dłoniach drugi oficer też nie był w stanie jej dostrzec. Rura przesuwała się powoli i po skosie, z lewej na prawą i w ciągu trzech sekund znalazła się tuż przed dziobem żaglowca. Sekundę później dziobnica statku uderzyła w rurę łamiąc ją przy szczycie kiosku, a żelazna stępka, zanurzona na całe 6,5 metra, przejechała ze zgrzytem dartych blach po jakimś podwodnym obiekcie.
Przez pierwsze cztery sekundy Otto Hulenburg zdołał obrócić peryskop jedynie o 90 stopni. Zawsze najpierw stosował szybką, dookólną obserwację, a dopiero po upewnieniu się, że okrętowi nic nie zagraża, robił drugi obrót, tym razem już powoli, wypatrując dymów czy też jakichś innych oznak zbliżających się jednostek na odległym horyzoncie. Tym razem było jednak inaczej. Nagle dostrzegł jakiś cień tuż przed szkłem i ułamek sekundy później ziścił mu się koszmarny sen każdego podwodniaka. Widok jaki właśnie oglądał nieoczekiwanie zniknął, potężne uderzenie zakołysało okrętem, prysnęły szkła peryskopu i chwilę później trysnął stamtąd strumień zimnej wody. Jednocześnie jakby jakiś olbrzym przejechał po obudowie kiosku, skąd do uszu Hulenburga dotarły odgłosy tępego łomotu i straszliwego odgłosu dartych blach.
Juan Fernando Guzman nie zdążył się położyć. Poprawiał właśnie poduszkę na koi, gdy statkiem coś wstrząsnęło, coś go jakby przyhamowało, a chwilę później usłyszał tępe uderzenie i nagły szum wdzierającej się do ładowni wody.
- Alarm!!! - głos Hulenburga słychać było chyba nawet w najdalszych zakątkach okrętu. - Wszyscy na stanowiska bojowe! Szasować balasty! Wynurzenie alarmowe!
Sekundę później będący na wachcie trzeci oficer wcisnął czerwony przycisk i złowrogi dźwięk dzwonków alarmowych nie pozostawił żadnych wątpliwości, że dzieje się coś nadzwyczajnego. Zagotowało się na we wszystkich pomieszczeniach, zewsząd dał się słyszeć tupot biegnących na stanowiska marynarzy, zawyły silniki elektryczne i okręt nagle przyspieszył, mocniej zadzierając dziób do góry.
- Spieprzamy stąd? - Henryk w jednej chwili wyskoczył z koi, jednocześnie wciągając spodnie i szukając butów na podłodze.
- Spokojnie! - nieoczekiwanie Vogel był bardziej opanowany. - My akurat nic nie robimy i w takiej sytuacji mamy po prostu nie plątać się marynarzom pod nogami. Zresztą, wspominał już o tym wcześniej kapitan.
- Jak to nic? Nie słyszałeś, że coś się dzieje? Chyba się z kimś zderzyliśmy!
- Jeżeli nawet, to jest to sprawa załogi. My byśmy im tylko przeszkadzali. Niech każdy robi swoje i to jest czasem najlepsza zasada.
- Ale przecież…
- Nie czujesz? Przecież się wynurzamy. A takich alarmów przeżyłem już kilka, gdy na początku maja płynęliśmy z Hamburga do tej norweskiej groty i wiem, że czasem najlepiej jest po prostu nie przeszkadzać. A kapitan i załoga najlepiej wiedzą co trzeba robić.
- Panie kapitanie! - stojący dotąd przy sterniku drugi oficer z lornetką na piersi, o mało nie zderzył się z wyskakującym z kabiny Guzmanem. - W coś uderzyliśmy! Słyszę już szum wody w przedniej ładowni. Chyba trzeba będzie opuścić statek!
- Bez paniki! Najpierw trzeba sprawdzić przeciek. Bosmanie! - Guzman nie czekał na pojawienie się pierwszego oficera i wskazał najbliższego na pokładzie członka załogi. - Biegiem do ładowni! Zamknąć gródź wodoszczelną! Sprawdzić, co się tam dzieje i natychmiast meldować. Wykonać!
- Aj, aj, kapitanie - bosman już znikał w luku prowadzącym do ładowni, gdy nagle woda z prawej burty w jakiś dziwny sposób zaczęła się burzyć, a po chwili z głębin począł się wynurzać długi, ciemny i ociekający wodą, złowrogi kształt.
- Zostajecie tutaj! - tym krótkim poleceniem Hulenburg osadził na miejscu pozostałych, właśnie wbiegających do centrali oficerów. - Za mną jedynie czterej wachtowi. Wykonać!
Sekundę później piął się już po szczeblach drabinki prowadzącej do włazu, a stamtąd do kiosku okrętu. Kilkoma ruchami odblokował właz, pokonał kolejne szczeble i wreszcie stanął na szczycie kiosku.
- Żaglowiec! Zasrany żaglowiec! - nie mógł uwierzyć własnym oczom. - To dlatego hydroakustyk nic nie usłyszał! Jakim cudem takie gówna pływają tu jeszcze po oceanach? U nas już przecież dawno nie ma czegoś takiego!
Rozejrzał się wokoło, stojąc już wśród wachtowych na kiosku. Było tak, jak przypuszczał. Złamany peryskop wachtowy smętnie zwisał ku tyłowi, obijając się o kadłub. Kiosk też nie był w najlepszym stanie, prezentując kilka rozdartych i powgniatanych blach. Nawet tylne stanowisko podwójnych działek przeciwlotniczych kalibru 20 milimetrów było zmiażdżone, a powyginane lufy zamiast na wprost, patrzyły jedna w górę, druga w dół.
- Silniki stop! - wydał następną komendę i rozejrzał się raz jeszcze. Oddalali się od żaglowca, będąc od niego już dobre sto metrów, ale przecież nie mogli tego tak zostawić. Nie w tym rejsie i nie z tymi pasażerami na pokładzie! Polecenia były przecież jasne. Nikt nie ma prawa odkryć ich obecności! A więc…
- Marynarz, który podbiegł do Guzmana, wykrzyczał prawie jednym tchem. - Panie kapitanie! Gródź wodoszczelna zamknięta! Chyba utrzymamy się na wodzie!
Nie było jednak reakcji. Guzman jak zahipnotyzowany wpatrywał się w okręt podwodny, szukając na nim jakichkolwiek oznak przynależności. Nie było ich. Czyżby więc… Doskonale pamiętał, jak w lipcu do Mar del Plata zawinął U - 530, a jeszcze później, w drugiej połowie sierpnia U - 977. Oglądał wtedy oba te okręty i wymalowane na ich kioskach numery. Ten zaś był jakiś inny i nagły dreszcz przerażenia przebiegł Guzmanowi po plecach. Ocknął się wreszcie i widząc obok siebie oczekującego na jakiekolwiek polecenia marynarza, zaczął zdecydowanie działać.
- Do kabiny radio! Niech nadają SOS! I dodaj, że po zderzeniu z okrętem podwodnym!
- Oddział likwidacyjny na górę! Silniki mała naprzód! Ster lewo na burt! Obsada przednich działek na stanowiska! - komendy wydawane przez Hulenburga były już szybkie i zdecydowane. No przecież nie miał innego wyjścia…
Chwilę później silniki ponownie ożyły, a na dole zakotłowało się od wspinających się ku niemu marynarzy. Okręt zaczął wykonywać powolny skręt, gdy na pokładzie pojawiło się dwunastu ludzi z bronią w ręku, chwilę wcześniej wydaną im z magazynku uzbrojenia przez pierwszego oficera. Ośmiu miało w rękach pistolety maszynowe MP - 40, dwie zaś pary obsługiwać miały karabiny maszynowe MG - 42, popularnie zwanymi „piłą Hitlera”.
- Spuszczamy pontony? - drugi oficer, będący jednocześnie dowódcą grupy zadał szybkie pytanie.
- Nie! Nie ma potrzeby, a i tak trzeba będzie go zatopić. To stare pudło, więc szkoda torpedy, a nasze przednie działka powinny dać sobie radę. Zaraz dokończymy zwrot i otworzymy ogień.
Faktycznie. Dwadzieścia sekund później żaglowiec znalazł się w sektorze ostrzału przednich działek, a meldunek z dołu o wysyłanym w pobliżu sygnale SOS sprawił, że Hulenburg nie czekał już ani sekundy.
- Po tylnej nadbudówce, ognia! - wykrzyczał. Wiedział, iż tam z reguły znajduje się mózg statku. Kabina kapitana, kabiny oficerskie, stanowisko sternika i kabina z radiostacją. Wyeliminowanie tego wszystkiego było więc jak odcięcie głowy i ułamek sekundy później oba szybkostrzelne działka otworzyły ogień.
Skutki tego były straszne. Z takiej odległości nie można było chybić i cała nadbudówka w parę chwil zaczęła rozlatywać się na strzępy. Do kanonady dołączyły też obydwie pary obsługujące MG - 42, a wystrzeliwane z nich długie serie w kilka sekund zmieniły pokład żaglowca w krwawe piekło.
- Jeszcze nadają? - skierowane w dół pytanie Hulenburga, wróciło natychmiastowym zaprzeczeniem. - Już nie! Zamilkli po pierwszych seriach.
- W porządku. Działka, strzelać po linii wodnej! - padła następna komenda i po chwili zebrani na pokładzie zobaczyli, jak następne serie niszczą żelazne poszycie, wybijając w nim dziury i odrywając coraz większe fragmenty.
Juan Fernando Guzman jakimś cudem jeszcze żył. Czołgał się właśnie po zalanym krwią pokładzie, usiłując dopełznąć do lewej burty, gdzie kilka metrów przed sobą widział zawieszone na haku koło ratunkowe. Jedyna bowiem na pokładzie szalupa, chwilę wcześniej została praktycznie przecięta na pół długą serią z kaemu, a biegnący ku niej od strony przedniej nadbudówki marynarze, zwalili się na pokład w obłoczkach krwi.
- Jestem już ostatni? - sam sobie zadał pytanie. - Chyba tak… - podnosząc nieznacznie głowę rozejrzał się wokoło. - Więc chyba też mogę już opuścić statek - kołatała mu w głowie stara zasada o kapitanie schodzącym z pokładu jako ostatni. Tyle, że tu na pokładzie nie było już nikogo żywego. Chyba, że ktoś się jeszcze zaplątał w ładowni, ale tego nie był już w stanie sprawdzić. Schwycił wreszcie zbawcze koło i czując przechylający się powoli na prawą burtę statek, skoczył wreszcie do wody. Zasłonięty i oddzielony tonącym kadłubem od morderczego U - Boota, pchał je przed sobą, usiłując oddalić się jak najdalej od wciąż masakrowanej jednostki. - Może nie zauważą… - przemknęła mu myśl. - Może skryję się w ciemności, a nadany sygnał SOS sprowadzi jakąś pomoc. Bo przecież woda jest tu jeszcze stosunkowo ciepła, więc nie ma możliwości szybkiego wychłodzenia. Wytrzymam w niej co najmniej dobę, a może i dwie. Jest więc szansa!
- Przerwij ogień! - Hulenburg wyraźnie widział przechylający się coraz bardziej kadłub i nurzające się już w wodzie końcówki dolnych rej. Z pokładu zsunęło się kilka skrzyń, jakieś kawałki drewna, postrzelana szalupa i kilka ciał.
- Reflektor! - zarządził znów Hulengurg i po chwili smuga ostrego światła oświetliła tonący statek oraz pływające w wodzie szczątki. - Ostrzelać to wszystko jeszcze raz - dodał po chwili. - Nikt nie może ujść tam żywy!
Jeszcze raz odezwały się więc działka, kaemy omiotły każdy większy element, dołączyły też do nich pistolety maszynowe.
- Stop! Wystarczy! - przerwał wreszcie tę orgię śmierci. Błąkająca się po wodzie smuga światła z reflektora ponownie ujawniła obraz zniszczenia. Czubki masztów znikały już pod wodą, postrzelane drobne elementy i pływające ludzkie zwłoki nie niosły już dla nich żadnego zagrożenia. Odetchnęli więc wreszcie i popatrzyli po sobie. Nikt już nie opowie co tu się stało, a nieliczne utrzymujące się jeszcze na wodzie szczątki, północno - zachodni wiatr rozproszy i poniesie w bezkresne przestrzenie oceanu, wprost ku lodowatej Antarktydzie.
Kapitan Guzman nie został odkryty. Zanim jego statek ostatecznie zniknął pod powierzchnią, niezauważony zdołał odpłynąć około dwustu metrów. Przyczaił się teraz w ciemnościach, jedną ręką trzymając się koła i chowając głowę za jego nawodną częścią. - Kurwa mać! A szło mi tak dobrze! I przecież, do cholery, jest już po wojnie! A teraz co? Taka głupia i bezsensowna śmierć? Chociaż… Kazał przecież nadać sygnał SOS! Jeżeli radiotelegrafista się z tym uwinął, to jest szansa! Więc może jednak ocaleje.
Nie wziął jednak pod uwagę innego zagrożenia. W tych stosunkowo już nieco płytszych, a jednocześnie ciepłych wodach, zawsze kręciło się sporo rekinów, właśnie przywabionych rozchodzącym się w oceanie smakiem oraz zapachem krwi. I właśnie pierwszy, który tam dotarł, sprowokowany ruchami jego nóg, w gwałtownym skręcie otworzył swą najeżoną ostrymi jak brzytwa zębami paszczę, jednym kłapnięciem odgryzając mu jedną z nich na wysokości kolana. Ból, szok i krwawiący w wodzie kikut, w ciągu dosłownie kilkunastu sekund sprawiły, że Juan Fernando Guzman stracił świadomość i chwilę później zmarł. Nie poczuł już więc, jak jego sponiewierane ciało chwilę później zaczęły rozszarpywać zęby następnych, żadnych krwi i mordu rekinów.
Koło ratunkowe z napisem s/v „Pampa” przetrwało najdłużej. Dryfowało po oceanie jeszcze całe dwa miesiące, zanim pchane wiatrem i płynącym na wschód Prądem Argentyńskim dotarło wreszcie w pobliże Antarktydy. Tam, potrzaskane, poobijane, z odpadającą z korka farbą, wmarzło wreszcie w przybrzeżny lód i nigdy już nie zostało odnalezione.
Komentarze
Prześlij komentarz