Przejdź do głównej zawartości

ATOMOWY POKER 175

 

- Grupa likwidacyjna pod pokład! - zarządził Hulenburg. - Zdać broń i udać się na odpoczynek. Później zarządzę po butelce piwa dla każdego. Na razie jednak przysłać mi tu pierwszego oficera. Niech oceni szkody. A później zastanowimy się, co z tym fantem zrobić.

 

- Ucichło! - nasłuchujący odbywającej się na górze strzelaniny, Henryk i Vogel powiedzieli to prawie jednocześnie. Posłuchali jeszcze chwilę, popatrzyli po sobie. Wreszcie Henryk wstał z koi i założył kurtkę. - Zobaczę, co tak tam Bormann głośno krzyczy. Przecież chyba nie opieprza samego kapitana!

 

Kapitana nie, ale trzeci oficer stał przed nim wyprostowany na baczność. - Proszę zrozumieć, reichsleiter. To był pieprzony żaglowiec. Nie ma śruby napędowej, silnika spalinowego czy też maszyny parowej, więc jest praktycznie niesłyszalny. Nikt nie mógł przewidzieć, że trafimy na coś takiego.

- Wszystko trzeba przewidywać! - Bormann nie przyjmował do wiadomości tłumaczenia oficera. - I co teraz?

- Przed chwilą poszedł na górę pierwszy oficer. To zarazem główny mechanik na naszym pokładzie. Na pewno zaraz podejmie stosowne działania.

 

            - I jak? - Hulenburg wyczekująco spojrzał na Bauera.

- Mogło być gorzej. Najważniejsze, że kadłub sztywny pozostał nienaruszony. Na lekkim też nie widać uszkodzeń. Ucierpiał jedynie kiosk. Zaraz więc zorganizuję ekipę, siedmiu czy ośmiu ludzi. Jeszcze raz sprawdzimy szczelność kadłuba, szlifierkami odetniemy uszkodzone blachy i lufy tylnych działek. Wyciągniemy na pokład spawarki i butle z gazem. Morze jest spokojne, więc prowizorycznie połatamy i pospawamy co trzeba. Będziemy też musieli odciąć peryskop wachtowy, albo raczej to, co z niego zostało.

- Cholera! Zostanie nam tylko bojowy. A co zrobimy z tą dziurą, jak już go odetniemy?

- Mamy na pokładzie kilka płatów stalowych blach różnej grubości i rozmiarów. Wypalimy palnikiem stosowny krążek, a później z jego pomocą zaspawamy tę dziurę. Tu już nie będziemy zanurzać się głęboko, więc powinno wystarczyć. 

- W porządku. Bierzcie się do roboty. Bo choćby nie wiem co, to przed świtem musimy się zanurzyć.

 

            - Ale na pewno nikt tam nie ocalał? - Bormann był tak podminowany, że aż prawie podskakiwał.

- Nie ma takiej opcji, reichsleiter. Nasze działka i kaemy wykosiły ich do ostatniego.

- A zwłoki? Nie zdryfują gdzieś na argentyńskie wybrzeże?

- Nie ma mowy. Załatwiły to za nas rekiny. Zwabiła je tu krew i w kilka minut wyczyściły ich do samych kości.

- No, czyli jedno z głowy. A z tym żaglowcem, to się pan nie popisał.

- Ale…

- Wiem. Tłumaczył mi to już trzeci oficer. Niemniej jednak… - nagle zmienił temat. - A jak z naprawami? Zdążymy przed świtem? Da się płynąć tak, jak dotychczas?

- Nie ma problemu. Uszkodzenia są tylko powierzchowne. Będziemy jedynie wytwarzali nieco więcej szumu, ale tu przecież nikt nas żadnym hydrofonem nie będzie namierzał.

- A ich wezwanie pomocy? Ten sygnał SOS? Mógł to ktoś odebrać?

- Nie sądzę. Radiotelegrafistę w tym względzie rozpytał już drugi oficer. Zdążyli to nadać tylko dwa razy i nie było żadnego odzewu. Sygnał był też niskiej mocy. Wie pan… Na takiej starej łajbie, prawdopodobnie i radiostacja była przedpotopowa.

- No! To chociaż tu możemy być spokojni. A propos… To kiedy ruszamy dalej?

- Pierwszy oficer mówi, że z tym wszystkim spokojnie uporamy się najpóźniej do świtu. Więc jeżeli tu ktoś jeszcze nie nadpłynie…

- Oby tak było, jak pan mówi, Hulenburg. Oby tak było!

 

Tego wieczoru Henryk już nie zasnął. Co raz wyobraźnia podsuwała mu obrazy rozrywanych pociskami, a później jeszcze rozszarpywanych zębami rekinów ciał. - I to wszystko w imieniu Niemiec! W imieniu führera, jego żony, ich nienarodzonego dziecka i Bormanna. Bo przecież nie w moim imieniu! - pomyślał. - Ja jestem na to za mały. Jeszcze jestem i bardzo dobrze… Ale jakby co, poświęcą mnie bez wahania, tak jak i tych biednych Argentyńczyków, którzy mieli pecha zderzyć się z nami. A taki Hulenburg? Osłabła ostatnio czujność Henryka, kapitan wydawał się takim nawet trochę dobrodusznym typem, nie miał też w sobie zapędów do zaprowadzania typowej, pruskiej dyscypliny i można było o nim myśleć nawet z nutką swoistej sympatii. A teraz co? Okazał się nie gorszym nazistą od samego Bormanna. Fanatyk, ukształtowany propagandą i urobioną już w Hitlerjugend osobowością, utrwaloną dyscypliną szkoły oficerskiej i spotęgowaną poczuciem przynależności do elity z wybujałym ego. Elity, mającej tworzyć nową, IV Rzeszę!

            A teraz jeszcze jedno i kto wie, czy nie najważniejsze… Do tej chwili miał w głowie obraz, jaki zobaczył zaraz po zderzeniu i nie potrafił go zrozumieć ani w jakikolwiek sensowny sposób zinterpretować. Chociaż wraz z Voglem pozostał w kabinie, to jednak wyjrzał na korytarz. A tam zobaczył Bormanna i otwierające się chwilę później drzwi od kabiny führera. Z tym, że Adolf nie wyszedł na korytarz! Został jakby wepchnięty z powrotem do środka, a zamykający jego drzwi Bormann, zobaczywszy głowę Henryka, dodał ni to do niego, ni to do Hitlera. - Proszę pozostać w kabinie. To dla pańskiego bezpieczeństwa! - I tu Henryk nie potrafił już zrozumieć sytuacji. Adolf pokornie pozostał w kabinie! Nie próbował z niej wyjść, ani nawet zaprotestować! No, to co jest do cholery? Czyżby bał się Bormanna? A jeszcze to siłowe zamkniecie mu drzwi przed samym nosem? Bo skoro pozwolił się tak obcesowo potraktować, to wcześniej musiało tu zajść coś zupełnie niezrozumiałego i tajemniczego. Tylko co?

            Zamyślił się Henryk, obudził ze złudnego snu. Trzeba uważać, kontrolować się i trzymać język za zębami! Bo kto wie, co jeszcze może przyjść do głowy takim kreaturom…

 

            Tej nocy na okręcie nie spał chyba nikt. Marynarze tkwili na stanowiskach bojowych, na pokładzie wrzała praca ekipy remontowej, zaś wyposażeni w potężne morskie lornety obserwatorzy na kiosku, do bólu wypatrywali oczy. Wreszcie, na godzinę przed świtem poszli w zanurzenie, delektując się zawartością ostatnich już butelek obiecanego im wcześniej przez Hulenburga piwa.


 25/26.10.1945, noc - Południowy Atlantyk, U - Boot As Pik. 


            - Doktorze Vogel! - Bormann wpadł jak bomba do ich kajuty. - Do führera!

- Co się stało?

- Ewa chyba będzie rodzić!

- O cholera! Dobrze chociaż, że to nie było wczoraj wieczorem. Już lecę - Vogel jedną ręką wciągał spodnie, drugą zaś szukał leżących na stoliku okularów. Znalazł je wreszcie, wsadził na nos i dalej ubrał się już zadziwiająco szybko. Wyjął z szafki trzymany specjalnie na tę okazję biały fartuch, porwał z podłogi stojącą tam, wcześniej już przygotowaną walizę z medykamentami i jak oparzony pognał za Bormannem.

            - Więc to już - pomyślał Henryk. - Za parę godzin, a może i znacznie wcześniej, okaże się czy Adolf będzie miał następcę. Ale co to znaczy dla mnie? Na pewno osłabienie czujności Bormanna i reszty. Przez parę dni jedynym tematem będzie dziecko führera. A później? Z tego, co wczoraj rano zobaczył na mapie u Hulenburga , byli już na wysokości Argentyny. A hasła dokąd płynąć, jeszcze nie było! Czyli lądować będą gdzieś bardziej na południu. Tylko gdzie? To również powinno się wyjaśnić w ciągu najpóźniej kilku dni. A po wylądowaniu? Zobaczy się. Na razie zaś, korzystając z udostępnionych mu wykazów i sporządzonej na ich podstawie wstępnej oceny, wbił sobie w głowę kilkadziesiąt nazw i adresów oraz nazwisk szefów, sprawujących nadzór nad majątkiem, bankami i firmami mającej powstać IV Rzeszy. Co z tym będzie można zrobić? Diabli wiedzą. Tyle jest niewiadomych… Jedna tylko myśl materializowała mu się szczególnie, coraz większa i czarniejsza. To wszystko niestety musi potrwać. Nawet rok czy półtora, nim nadarzy się okazja, aby bezpiecznie rzucić to w cholerę i wrócić do Trudy. O ile jeszcze wcześniej nie trzeba będzie rozwalić tej bandy szaleńców i pokrzyżować ich obłąkanych planów… 

            Nie dokończył tej myśli. Odgłos pospiesznych kroków i gwałtownie szarpnięta kotara błyskawicznie przywróciły go do rzeczywistości.

- Doktorze! Natychmiast do kapitana! Proszę przekazać rozkaz führera. Włączyć silniki elektryczne i zejść niżej.

- Coś nam zagraża?

- To nie to! Po prostu rodząca i doktor Vogel muszą mieć ciszę i spokój. Bez żadnego kołysania i warkotu Diesli. No, niech się pan zbiera - Bormann odwrócił się na pięcie i już go nie było.

- Czyli zaczęło się… - nie chcąc być posądzonym o jakąkolwiek opieszałość, Henryk natychmiast wskoczył w buty i nie mniej szybko jak Bormann pognał w stronę centrali.

            Dwie minuty później okręt ogarnęła dziwna cisza. Umilkły Diesle, opuszczono chrapy, włączono silniki elektryczne i okręt zszedł łagodnie na standardową głębokość pięćdziesięciu metrów. Zawisł jakby w niebycie, posuwając się naprzód w sposób niewyczuwalny, bez żadnych wahań czy falowania. Cicho tylko mruczały silniki, wskazując, że stalowy potwór żyje i jednak przemieszcza się w tej ciemnej otchłani. Ludzie na wachcie zamilkli, wpatrzeni tylko w dźwignie i zegary, reszta też milczała, jakby pierwsza chcąc usłyszeć dźwięk nowego życia na pokładzie. Mijały minuty, kwadranse, godziny i nie działo się nic. Zniecierpliwieni spoglądali na zegarki, nadstawiając uszu i patrząc po sobie. Już, czy może jeszcze?

            Po czterech godzinach wreszcie coś usłyszeli. Najpierw stuknęły jakoś zbyt głośno i nieostrożnie zamykane drzwi, a w chwilę później lotem błyskawicy rozeszła się wieść.

 Jest!!! Co? Tego w pierwszej chwili nie wiedział nikt, ale szybko sprawa się wyjaśniła.

- Najważniejsze, że zdrowe - głos Bormanna na korytarzu postawił wszystkich na nogi.

- Wiec jednak dziewczynka - podsumował Henryk jednym zdaniem.

- Tego nie powiedziałem… - Bormann był nieco zdziwiony.

- Ale to widać po panu. Gdyby führer miał syna, to by pan to wykrzyczał na cały okręt. A tak…

- Rzeczywiście. Niezły z pana psycholog.

- Bez przesady. A jak żona führera? Dobrze to zniosła?

- W porządku. Trochę to trwało, bo przecież wcześniej nie rodziła, ale doktor Vogel okazał się równie dobrym położnikiem, co lekarzem wewnętrznym czy chirurgiem. Teraz śpią oboje, matka i dziecko.

- A führer?

- Myśli. Sądzę, że jest nieco rozczarowany, ale najważniejsze, że obie są zdrowe. A za jakiś czas może spróbuje drugi raz!

- Zrobić drugie dziecko?

- A co? Jak się odpowiednio postara, to może będzie miał i następcę.

- W historii bywały jednak kobiety, które rządziły nie gorzej od mężczyzn. A często nawet lepiej.

- To wyjątki, potwierdzające regułę.

- Niekoniecznie - Henryk nie odpuszczał. - A królowe Anglii? Na przykład taka Elżbieta, która pokonała hiszpańską Wielką Armadę, lub Wiktoria, która przez ponad pół wieku trzęsła całym brytyjskim imperium!

- Nieliczne wyjątki.

- Tak? A w Rosji? Caryca Katarzyna Wielka?

- Rzeczywiście. Ale ona miała w sobie naszą, niemiecką krew. Pochodziła z książęcego rodu Anhalt – Zerbst.

- Wiec może i córka führera będzie równie wielka. Jak Katarzyna.

- Jeżeli już, to Klara.

- Tak będzie miała na imię?

- Prawdopodobnie. Na cześć matki führera. Bo dla syna führer już dawno wymyślił stosowne imię.

- Można wiedzieć jakie?

- Zygfryd!

- Jak z opery Wagnera…

- A tak. Führer kocha jego opery i nasze starożytne dzieje.

- Szkoda więc, że będzie musiał jeszcze nieco poczekać - Henryk skutecznie ukrył w głosie żartobliwe tony.

- No, faktycznie - Bormann mimo minorowego tonu, wcale nie wyglądał na zmartwionego. - Ale czasami, co się odwlecze, to nie uciecze. Tym bardziej, że to robota cholernie przyjemna…

            Popatrzyli chwilę po sobie i obaj parsknęli śmiechem. Henryk perlistym, Bormann zaś gardłowym rechotem z głębi brzucha. Opanowali się jednak zaraz i znów popatrzyli na siebie. Wreszcie Bormann przyjął poważny wyraz twarzy i uderzył w podniosłe tony.

- Pożartowaliśmy, a teraz czas na sprawy naprawdę poważne. Żona führera szczęśliwie urodziła, więc zbliża się kres naszej podróży. Idę właśnie do Hulenburga. Niech zwiększa prędkość do pięciu węzłów. Za parę dni powinniśmy dopłynąć do punktu docelowego.

- Nareszcie…

- Ale czego się nie robi dla Rzeszy - Bormann rzucił sloganem, jakby naprawdę wierzył, że Henryk przyjmie to za dobra monetę. - Niemniej jednak chciałbym pana uprzedzić. Ten rejs, to tylko początek większej drogi. Prawdziwe wyzwania czekają nas na lądzie.

- To zrozumiałe.

- Niby tak. Ale i tu, na pokładzie, będzie jeszcze pewna szczególna robota. Dzień przed lądowaniem otrzyma pan ode mnie pistolet. A z tym pistoletem, ale ukrytym tak, aby nikt o nim nie wiedział, będzie pan nadzorował rozładunek skrzyń z dolnego pokładu. 

- Tam, gdzie są akumulatory?

- Właśnie tam. O reszcie powiem panu we właściwym czasie. Ale na razie buzia na kłódkę. Zrozumiano?

- Jawohl, reichsleiter!

 

Komentarze