15.10.1945 - Południowy Atlantyk, U - Boot As Pik.
Przeciągnął się w koi i ziewnął potężnie. Tak potężnie, że aż chrupnęło mu w szczęce.
- Co? Wyspałeś się wreszcie? - Vogel sięgnął do przełącznika i zamiast przytłumionego, czerwonego światła, kajutę zalał blask jasnej żarówki. - To dobrze, bo chciałbym teraz trochę poczytać.
- Znowu o położnictwie?
- Niekoniecznie. Raczej o chorobach skóry.
- A co? Któryś z marynarzy ma syfa?
- A kiedy i od kogo mieliby się zarazić? Ostatnie wyjście do miasta mieli w Hamburgu i to 19 kwietnia. Później już cały czas byli na okręcie. Ale tu jest jak jest. Prawie wszyscy mają jakieś egzemy czy inne zmiany skórne. A już co najmniej potówki.
- To akurat wiem. Sam się drapię jak głupi po całym ciele. Nawet po dupie!
- I po to właśnie mamy na pokładzie wodę kolońską, co do której z początku byłeś taki zdziwiony, myśląc, że chodzi tu wyłącznie o zapach. To właściwie jedyny środek przeciwko tej dolegliwości, która pojawia się pod wpływem używania wyłącznie słonej wody. I gdyby nie przemywanie się wodą kolońską, człowiek drapał by się prawie do krwi.
- Niby tak. Ale, że i mnie to dopadło?
- Nie ma się co dziwić. Parę miesięcy zimna, później gorąc, wilgoć, pleśń, brak słońca, normalnej kąpieli i częstej zmiany bielizny. Wiesz przecież, że ubrania prane w słonej wodzie bardzo trudno schną. A jeszcze wewnątrz tego okrętu… Podejrzewam, że wszyscy śmierdzimy jak jakieś kocie gówno.
- Czyli co? Nie ma na to żadnej rady?
- A żebyś wiedział. Tutaj niestety nie. Ale w Argentynie, kiedy już znajdziemy się w bezpiecznym miejscu, pierwsze co sobie zrobimy, to długą, gorącą kąpiel. A potem dużo owoców, warzyw, soków, czysta bielizna i spacery w słońcu na świeżym powietrzu.
- To pierwsze chyba da się załatwić. Ale spacery? Nie będzie to zbyt ryzykowne?
- Reichsleiter mówi, że w miejscu w którym się znajdziemy, będzie naprawdę bezpiecznie. Tam też w miarę szybko dojdziemy do siebie. Ostrzygą nas, zgolimy brody i wreszcie będziemy wyglądać jak cywilizowani ludzie.
- Oby jak najprędzej. Mówiłeś mi przecież, że wyglądam jak jakiś Wiking.
- Żeby tylko to. Prawie połowa załogi będzie musiała skorzystać też z usług dentysty.
- Poważnie?
- A co myślałeś? Po pół roku w takich warunkach szczęki lecą jak diabli. Kilku marynarzom już musiałem dawać proszki uśmierzające ból zęba.
- Kto by pomyślał…
- A widzisz? Ale, jak to mówią, trochę starania i znów wrócimy do formy!
Do formy… Henryk nie miał złudzeń, że potrwa to co najmniej dobry miesiąc, albo nawet półtora. Przecież tu nie było jak zadbać o siebie. Robił co prawda trochę pompek miedzy kojami, trochę przysiadów, ale to były tylko półśrodki. Ech, tak naprawdę się rozruszać!
Pobudzony tą myślą wciągnął spodnie, założył buty i udał się do toalety. Oddał zebrany przez noc mocz i znów poczuł potrzebę ruchu. Może, po raz kolejny przejść się do bosmana Müllera ?
Ruszył więc na tył okrętu, po drodze spoglądając na mapę. O, byli już na wysokości Brazylii! Daleko od wybrzeża, ale jednak. Pogadał by o tym z Hulenburgiem lub Bauerem, ale w centrali był tylko trzeci oficer, mrukliwy typ, z którym trudno się było porozumieć. Poszedł wiec dalej i dotarł wreszcie do maszynowni.
- Czołem bosmanie! Jak tam dzisiaj pracują nasze silniki?
- Dziękuję doktorze. Bez zastrzeżeń. Nie na darmo codziennie je doglądam.
- To się wie, bo to od nich tak naprawdę zależy, czy dopłyniemy do Argentyny.
- Święta racja, doktorze. Ale nie tylko od tego.
- Coś pominąłem?
- Starzy marynarze powiedzieli by, że pominął pan najważniejszy czasem czynnik. Nazywa się on „łu-tu”!
- Proszę?
- „Łu-tu”. No, jeszcze pan nie skojarzył? Powiem więc całym zdaniem. Wszystko też zależy od łutu szczęścia. Czy się go ma, czy też nie. A swoją drogą… Wszyscy zawsze mówią, że to niby zdrowie najważniejsze, a często wcale tak nie jest. Bo podobno na „Titanicu” wszyscy byli zdrowi, a szczęścia im jakoś zabrakło…
- Szczęściu można dopomóc. Na przykład właściwie wykonując swoje obowiązki.
- To też. Ale morze wymaga również wyobraźni i doświadczenia. Widział pan doktorze nasz radar?
- Tak. I co z tego?
- Był wysunięty podczas wynurzenia? Obracał się?
- Yy… Faktycznie. Nie był wysunięty. Na kiosku byli tylko obserwatorzy.
- A widzi pan? To jest właśnie kwestia sumy doświadczeń. Nie tylko doświadczenia naszych oficerów, ale również tych zebranych przez innych dowódców.
- A co oni mają wspólnego z naszym radarem?
- Bardzo wiele. Na początku, kiedy pierwsze ich wersje wprowadzano na U - Booty, były cudem techniki. Pozwalały wykryć wrogie statki, okręty i samoloty znacznie dalej, niż sięgało oko i lornetka obserwatora. Zwłaszcza, przy złej pogodzie.
- To zrozumiałe. Ale chyba nie chce pan powiedzieć, że cofnęliśmy się w rozwoju?
- Niczego takiego nie sugeruję. Chodzi mi o to, że po pewnym czasie nasze U - Booty zaczęły być masowo topione. Podejrzewano różne przyczyny. Namierzanie pokładowych radiostacji, złamanie szyfrów Enigmy, szpiegów w dowództwie i sto innych powodów. Aż pewnego dnia, na początku 1943 roku, w polu pod Rotterdamem awaryjnie wylądował angielski bombowiec. Wcześniej większość załogi wyskoczyła ze spadochronami, ale ciężko ranny pilot, który nie miał siły już wyskoczyć, zdołał sprowadzić go jakoś na ziemię i to w jednym kawałku. Zemdlał później z upływu krwi i nie zdołał spalić maszyny. Przebadali ją nasi specjaliści i okazało się, że jakiś czas wcześniej Anglicy wprowadzili nowe radary, o których dotychczas nie mieliśmy pojęcia. Bauer mówił, że wyszło na to, iż Anglicy używają fal 10 - centymetrowych, mogąc wykrywać nasze U - Booty z odległości trzydziestu mil, a nawet i sam peryskop z odległości sześciu. My w tym czasie używaliśmy radaru „Metox”, którego fale oni wyłapywali. Doszło do tego, że w sierpniu 1943 admirał Dönitz wysłał rozkaz, aby go wyłączyć i w żadnych okolicznościach nie używać, bo zdradzamy tym naszą obecność i wyglądamy niczym bożonarodzeniowa oświetlona choinka na środku miejskiego rynku.
- Więc to dlatego go nie używamy?
- Oczywiście. Co prawda nasz radar jest już znacznie nowocześniejszy, ale alianci dokładnie znają zakres fal wysyłanych przez nasze urządzenia. Więc jak pan myśli? Możemy zaryzykować, aby przypadkiem przechwycił je jakiś będący w pobliżu ich okręt lub samolot?
24.10.1945, późny wieczór - południowy Atlantyk, U - Boot As Pik.
Procedura była stała. Całe dnie płynęli powoli korzystając z silników elektrycznych i pozostając na stałej głębokości pięćdziesięciu metrów pod powierzchnią oceanu. Dopiero o 17.00 oficer wachtowy brał do ręki tabelę określającą wschody i zachody słońca w danym dniu roku oraz na określonej długości geograficznej, a odczytane dane wpisywał do dziennika pokładowego. I gdy nadchodził ten czas, na okręcie zarządzano półgodzinną ciszę. W tym właśnie okresie hydroakustyk nasłuchiwał wszelkich dźwięków, mogących świadczyć o jakimkolwiek obiekcie znajdującym się w pobliżu, przy czym to pobliże określone było w sposób wysoce enigmatyczny. W sprzyjających warunkach pracujący silnik Diesla, maszynę parową czy też odgłosy pracującej śruby mogli przecież wykryć nawet z odległości kilkunastu mil. Następnie, po upewnieniu się o braku jakichkolwiek jednostek pływających wydawano stosowne rozkazy i wynurzano się na głębokość umożliwiającą rozejrzenie się wokół za pomocą peryskopu wachtowego. Dopiero po takim, dwustopniowym upewnieniu się, wysuwano chrapy i do pół godziny przed świtem U - Boot płynął na silnikach spalinowych. Dawało to możliwość naładowania akumulatorów, odświeżenia powietrza na okręcie, ogrzania wnętrza i bezpiecznego opróżnienia zawartości toalet.
Procedury te nigdy jeszcze nie zawiodły i również dzisiaj zapowiadało się tak samo, więc kapitan Otto Hulenburg raz jeszcze spojrzał w zapis określający zachód słońca, a następnie na zegar pokładowy. Wkrótce przyjdzie czas. Peryskop, a następnie chrapy wynurzą w zapadającym zmroku, nie na tyle jednak ciemnym, aby nic nie zobaczyć. A do Argentyny coraz bliżej… A właściwie całkiem blisko, bo przecież ich zliczeniowa pozycja jasno wskazywała, że znajdują się już tylko około dwustu siedemdziesięciu mil na wschód od półwyspu Valdes. Na razie jednak ponownie spojrzał na mapę, odczytując, że właśnie przekraczają 58 południk. Czyli jeszcze trochę… Zamyślił się chwilę, gdy niespodziewanie wstrząsnął nim dreszcz dziwnego niepokoju. Zawsze tak było, gdy już prawie docierał do mety, bo to przecież z reguły przysłowiowe ostatnie metry są najgorsze. A później jeszcze czekał na nich obcy, choć podobno przyjazny ląd, gdzie dziwnym trafem większość marynarzy w oczywisty sposób poczuje się niepewnie. Ale dość już tych refleksji! Dopóki mocno stąpa po stalowym pokładzie tego germańskiego cuda techniki, nic złego przecież stać się nie może.
Kapitan Juan Fernando Guzman jeszcze raz spojrzał przez sekstans w rozbłyskujące wieczornymi gwiazdami niebo. W porządku. Płyną południowym kursem, dokładnie wzdłuż 58 południka. Dokąd? Oczywiście na Falklandy, chociaż na użytkowanej przez niego mapie nosiły one hiszpańską nazwę Malwiny, jakby dla podkreślenia pretensji, jakie do tych wysp Argentyna zgłosiła już w roku 1820 - tym, ale faktycznie historia archipelagu była bardziej zawiła. Odkrył go angielski kapitan John Davis, a Anglia ustanowiła nad nim swoje zwierzchnictwo w 1761 roku. Należały następnie do Francji, Hiszpanii i znów do Anglii, chociaż w roku 1831 Argentyna utworzyła w Port Louis garnizon wojskowy oraz ciężki obóz karny. Przez krótki okres, w wyniku buntu miasto i wyspy przeszły pod władzę dawnych więźniów, lecz już w roku 1833 całość ponownie wróciła do Anglii, dzięki pomocy marynarki wojennej USA. Tak było do dnia dzisiejszego i mimo niezgody władz argentyńskich na istniejący „status quo”, trwał z tymi wyspami ożywiony handel. Cierpieli tam przecież na permanentny brak drewna, węgla czy owoców i taki właśnie ładunek znajdował się pod pokładem pływającej pod argentyńską banderą s/v „Pampa”. I wszystko było by dobrze, gdyby nie te dwie małe literki przed nazwą statku… Przecież to, do cholery, żaglowiec! Do tego o wiele starszy od swojego kapitana, który i tak był najstarszym członkiem liczącej 21 osób załogi. Zbudowany w warsztatach Roberta Thompsona Juniora z Southwick, w angielskim hrabstwie Sunderland i pływający od roku 1878 - go statek, miał za sobą długą historię. Przez 67 lat pływał po całym świecie odwiedzając nawet Australię, kilkakrotnie zmieniając właściciela, nazwę oraz banderę i mimo, iż już od końca XIX wieku na morzach królowały statki parowe, nadal był w służbie. Żelazny kadłub i poszycie, tekowy pokład, a nawet gródź wodoszczelna były już co prawda w tragicznym stanie, ale przecież to miał być ostatni jego rejs… Ostatni, bo po powrocie do Argentyny czekała już na niego stocznia złomowa. Cóż… Wysłużył się ponad miarę, ale na tych południowych szlakach, jak dotychczas spełniał swoją rolę. Dlaczego? To proste. Nie posiadał maszyny parowej i zasobni węglowych, nie był więc uzależniony od stacji bunkrowych, co przy zanurzeniu aż 6,5 metra, długości kadłuba ponad 60 metrów i szerokości nieco ponad 10, zapewniało dużą przestrzeń ładunkową, a jednocześnie uwalniało od zatrudniania maszynistów i palaczy, czyniąc jego eksploatację znacznie tańszą i prowadzącą do sporych oszczędności. W dodatku na tej trasie, przy średniej prędkości 6 węzłów, płynąć mieli zaledwie nieco ponad sześć dni. A co to jest, te raptem sześć dni? Wypływając późnym wieczorem 22 października z portu w Mar del Plata już byli na wysokości półwyspu Valdes, więc jak dobrze wszystko pójdzie, jeszcze tylko cztery dni i zobaczą Port Stanley. Kapitan Guzman niechętnie tam pływał, bowiem to miejsce zawsze przypominało mu śmierć ojca. Utkwił bowiem na mieliźnie w pobliżu tego portu bliźniaczy żaglowiec, „Lady Elizabeth”, zwodowany zaledwie kilka lat później. Też pływał po całym świecie, aż nadszedł dzień 24 lutego 1913 roku, kiedy to w wielkim sztormie z jego pokładu zmyło dwóch marynarzy stojących za kołem sterowym. W marcu tego samego roku, uszkodzony na jednej z falklandzkich mielizn, przeholowany został do Port Stanley i wkrótce później zamieniony w pływający magazyn. Następnie, 17 grudnia 1936 roku, potężny sztorm oraz napierający wiatr zerwały go z mocujących lin i przedryfował spory kawałek, osiadając w końcu na mieliźnie blisko brzegu. Jego wrak tkwił tam jeszcze do tej pory, wywołując u Guzmana najgorsze wspomnienia. Bo przecież jednym ze zmytych do morza w roku 1913 marynarzy był właśnie jego ojciec! I chociaż nigdy go nie poznał urodziwszy się prawie pół roku po jego śmierci, widok wraku „Lady Elizabeth” wprawiał go zawsze w zły nastrój. Ale to nic… To już ostatni raz, bo po tym rejsie miał objąć stanowisko pierwszego oficera na dużym parowcu pływającym nawet do Stanów Zjednoczonych, w dodatku z perspektywą na rychłe objęcie jego dowództwa. Tymczasem raz jeszcze spojrzał na mapę, wpisał pozycję w dziennik pokładowy i rozejrzał się wokoło. Zapadał już zmierzch, niewielka fala wydawała słaby poszum, a wiejący z siłą 3 stopni w skali Beauforta północno - zachodni wiatr cicho pchał go w stronę założonego celu.
- Hydrofon? - Hulenburg raz jeszcze zwrócił się do podoficera siedzącego ze słuchawkami na uszach i wsłuchującego się w przestrzeń wokół okrętu.
- Cisza, herr Kaleu! - hydroakustyk nie miał żadnych wątpliwości. - Ocean tylko trochę szumi. Widać na powierzchni nieco wieje, ale jak na moje ucho, niezbyt mocno. Maksymalnie trzy w skali Beauforta.
- W porządku - Hulenburg zwrócił się teraz ku następnemu podoficerowi i wydał krótką komendę. - Wynurzenie na peryskopową!
- Jawohl, herr Kaleu! - marynarz natychmiast zakręcił usytuowanym przed sobą sporym pokrętłem i chwilę później U - Boot powoli zaczął podnosić swój dziób do góry.
Komentarze
Prześlij komentarz