Przejdź do głównej zawartości

ATOMOWY POKER 176

 

30.10.1945 - Południowy Atlantyk, U - Boot As Pik.


            - Kapitanie Hulenburg ! Proszę do mojej kajuty.

- Już idę, reichsleiter. Drugi, obejmujesz dowództwo do mojego powrotu - kapitan bez zbędnej zwłoki zwrócił się do oficera będącego akurat w centrali na wachcie.

- Jawohl, herr Kaleu!

 

            - Wiem, że długo czekał pan na ten moment, ale właśnie on nadszedł. Nie przypadkiem przyszedłem dziś rano sprawdzić pozycję naszego statku i stwierdziłem, że już czas.

- Na co, reichsleiter? A swoją drogą, nie statku, tylko okrętu.

- Proszę?

- Okrętu. Statki, to jednostki cywilne. Jednostki wojenne są okrętami.

- Jak zwał, tak zwał. Ale dobrze, niech będzie i okrętu. Stwierdziłem zatem, że jesteśmy już blisko. Tutaj - odwrócił się i wyjął z szufladki niewielką kartkę papieru - są dokładne dane naszego podstawowego punktu docelowego. Przeznaczonego do wylądowania tylko ten jeden raz i tylko w stosunku do naszego U - Boota. Tu z kolei - wyciągnął następną kartkę - są dane radiowe i optyczne. Tabela szyfru jednorazowego, częstotliwość na jakiej nadamy sygnał, hasło i odzew oraz sygnały świetlne, nasze i ekipy przyjmującej.

- „Lew Morski do Koziorożca. Mamy pełną ładownię”. Odzew - „Interesują mnie tylko tuńczyki. Przyjmę … ton” - przeczytał Hulenburg. - A co oznaczają te trzy kropki?

- Czas i gotowość do naszego przyjęcia. Jeżeli na przykład będzie to godzina 22.00, to napiszą, że przyjmą 22 tony. Jeżeli będzie to po północy, to z przodu będzie jedynka.

- Nie rozumiem…

- A czego pan niby nie rozumie ? Jeżeli napiszą, że przyjmą 102 tony, to znaczy, że lądujemy o 02.00.

- Teraz jasne.

- No! Lądowanie nastąpi następnej nocy po wymianie sygnałów. A sygnał, sądząc po pozycji naszego okrętu wyślemy jutro rano. Mam nadzieję, że zdąży pan ze wszystkim?

- Zaraz sprawdzę na mapie, ale sądzę, że trudności nie będzie. Teraz wiem, po co pan tak ostatnio przychodził, dopytując się o naszą pozycję.

- Mądrej głowie dość dwie słowie. Rozumiem też, że wykonał pan plan rozładunku? Załoga wie, kto i czym ma się zajmować?

- Jawohl, herr reichsleiter.

- A ostatnie zanurzenie?

- Wykonam osobiście, wraz z kilkoma niezbędnymi ludźmi. Mam nadzieję, że jest tam wystarczająco głęboko?

- Uwzględniono to już wcześniej, a ja dodatkowo sprawdziłem na pańskiej mapie. Trzy mile od brzegu jest ponad 60 metrów. Niby nie za głęboko, ale chyba wystarczy.

- Raczej tak, chociaż wolałbym, aby było tam głębiej. Bo inaczej może się zdarzyć, że jacyś rybacy będą na naszym kiosku czy kadłubie rwać swoje sieci i w końcu kogoś to zainteresuje.

- Spokojnie, kapitanie. Mamy tu wielu swoich ludzi i sprawdzone sposoby, aby ciekawskich powstrzymać. A jakby co, to i uciszyć na zawsze.

- W porządku. To chociaż o to jestem już spokojny. Ale poza tym…

- Tak?

- Nic takiego. Jednak żal będzie rozstawać się z takim cudem naszej, niemieckiej  techniki.

- Trudno, kapitanie. Trzeba zatrzeć wszelkie ślady. To warunek naszego dalszego, bezpiecznego działania.

- Rozumiem. Z ciężkim sercem, ale wykonam. Chciałbym jednak spytać o…

- Jeszcze coś?

- Skoro nadamy sygnał jutro, to lądować będziemy w nocy, 1 listopada. We Wszystkich Świętych lub parę godzin później.

- I co z tego?

- A czy to nie jest zbytnie ryzyko?

- Dlaczego? Myślę, że to nawet okoliczność sprzyjająca. Nie ma chyba na świecie katolickiego kraju, w którym jakiekolwiek służby pozostawały by wtedy w stanie podwyższonej gotowości, a Argentyna to kraj wybitnie katolicki. Klasyczna wręcz teokracja, gdzie rząd kontrolowany jest przez katolickich hierarchów, a  katolicyzm jest religią państwową. Nawet śluby, oficjalnie mogą być zawierane tylko w kościele, bo inaczej dzieci uznano by za bękartów i nie mogłyby nic dziedziczyć. Nie można się więc dziwić, że ten dzień uważają za cholernie ważne święto i obchodzą go bardzo uroczyście. Jeżeli w ogóle coś wtedy robią i gdzieś łażą, to tylko po kościołach i cmentarzach. A później napiją się w rodzinnym gronie i pójdą spać. Nikt nie ma głowy do innych spraw i my to właśnie wykorzystamy.

 

01.11.1945 - Argentyna, zatoka San Matias, okolice Półwyspu Valdes.

 

            Ten okręt miał być już ostatni, lecz sturmbannführer Getz był pełen obaw. Z jednej strony oznaczać to będzie koniec pełnego nerwów i napięcia okresu. Z drugiej zaś strony, to lądowanie wydawało mu się najtrudniejsze. Niepokojąco blisko od miasteczka San Antonio Oeste, ale właśnie to miejsce zostało mu narzucone. Było tam w pobliżu niewielkie lotnisko i przyloty czy odloty różnych samolotów nie wzbudzały żadnego zainteresowania. W dodatku to zaplecze… Domy, posiadłości, a nawet bank należący do rodziny Lahusen. Oddanej sprawie duszą i ciałem, wiernej i wypróbowanej. Na myśl o tym uśmiechnął się sam do siebie. Za tę wierność i świadczone dotąd usługi, już wyrwali kupę forsy. Bo to niby sami dokładają, ale przecież wszystko kosztuje i Getz miał niejasne przeczucie, że niezależnie od oficjalnie prezentowanej postawy nieźle się na tym wszystkim obłowili. Ale cóż… Nie jego w tym głowa. On ma tylko zapewnić bezpieczeństwo i transport dla lądujących. Odebrać z pokładu blisko pięćdziesięciu ludzi i sto parę skrzynek po amunicji, wypełnionych nieznaną mu zawartością. Nie tak jak poprzednio, gdy oprócz skrzynek odbierali kurewsko ciężkie ołowiane pojemniki, wypełnione nieznaną mu cieczą szklane butle, czy sygnowane runami SS duże, drewniane skrzynie, których zawartość nie miała prawa zamoknąć. Tu wszystko było prostsze. Co prawda nie było mola, lecz rozładunek miał się odbyć w niewielkiej, osłoniętej od wiatru zatoczce. Pokład U - Boota nie jest wysoki, a sam okręt podejdzie blisko brzegu. Mogą też wpuścić nieco wody do zbiorników balastowych i dodatkowo nieco zanurzyć okręt. W ten sposób nie będzie problemów, aby szybko i sprawnie przeładować to wszystko na pontony. Ludzie sami zejdą po grubej siatce rzuconej na bok kadłuba. To powinna być ta łatwiejsza część operacji. Później jednak trzeba się będzie rozdzielić. On osobiście, wraz z połową swojej grupy przeeskortują paru przybyłych na lotnisko. Poleci też z nimi trzydzieści skrzynek. Tylko trzydzieści, bo podobno są ciężkie, a oczekująca tam transportowa Dakota nie może być przeciążona. Druga część jego grupy ma zabrać resztę. Cztery ciężarówki amerykańskiej marki Studebaker, na co dzień służące do przewozu skór i wełny, przetransportują ludzi i pozostałość ładunku na pewną, formalnie należąca do jednego z niemieckich kolonistów hacjendę, w linii prostej oddaloną o prawie sześćset kilometrów. Tam się przyczają i poczekają na dalsze decyzje. Nie grozi im żadna dekonspiracja, bo kraj ma swoją specyfikę. Praktycznie nie ma tu żadnych wsi czy czegoś podobnego jak w Europie. Są za to wielkie posiadłości ziemskie, prawdziwe latyfundia, czasem nawet o powierzchni liczonej w dziesiątkach tysięcy hektarów, przez miejscowych zwane „estancia”, a nieliczne siedziby ludzkie bywają oddalone od siebie czasem nawet o kilkadziesiąt kilometrów. Tak więc, i sam diabeł ich tam nie znajdzie.

            Zupełnie inaczej było z samolotem. Ma dopilnować załadunku i bezpieczeństwa odlotu. Dokąd? Tego nie wiedział, a ponure miny mrocznego cywila i dwóch jego towarzyszy, którzy ostatnio się z nim skontaktowali, wymienili hasło i kazali bez gadania pewne rzeczy robić ściśle  według ich wskazówek, nie nastrajały do zadawania pytań. Każdy miał wykonywać co do niego należy i wiedzieć tylko tyle, aby prawidłowo wypełnić zadania. Niczego mniej i niczego więcej.

            Starał się więc ze wszystkich sił, świadom jakimi konsekwencjami grozić może każde uchybienie. Osobiście też, o ściśle określonych porach siadał przy radiotelegrafiście, całymi godzinami czekając na umówiony sygnał. Wewnętrznie już wątpił, czy w ogóle się pojawi, aż wreszcie nadszedł. Odebrali sygnał „Lew Morski”, a ze względu na długość i specyfikę tego dnia odpowiedzieli, że przyjmą 24 tony. Od tego momentu nie miał już chwili wytchnienia. Broń, amunicja, przeglądy samochodów, które nie miały prawa zawieść, paliwo, koordynacja, podział swojej grupy i miejsce spotkania po odlocie samolotu … To wszystko nie było takie proste. Dobrze chociaż, że ci trzej sami załatwili samolot i pilotów. Skoro to była ich działka, nie mógł za to odpowiadać i podskórnie czuł z tego powodu wielką satysfakcję. Niech sami warują przy tym samolocie! Bo gdyby w powietrzu się jednak coś stało? Nie ufał tym kupom latającego żelastwa, więc dobrze, że jego zadania pozostały takie przyziemne. A później się zobaczy…

            Na razie jednak dopilnował, aby o określonej porze wszyscy byli na swoich miejscach. Polecił jeszcze sprawdzić otoczenie zatoki i czekał.

 

            Już wczesnym rankiem podpłynęli na kilka mil od  brzegu i dostrzegli stojącą na skale, niewielką latarnię morską. Naprzemiennie pomalowana w białe i czerwone pasy, nie wysyłała żadnego światła. Chyba nawet nikogo tam nie było. Po co zresztą dawać jakieś znaki przy pięknej, słonecznej pogodzie? Hulenburg wziął więc precyzyjny namiar, wykreślił linię na mapie i oznajmił obserwującemu jego czynności Bormannowi.

- W porządku, reichsleiter. Wszystko się zgadza. To półwysep Valdes. Mamy dokładny namiar i możemy swoje położenie określić z dokładnością do ćwierci mili.

- Nie za dużo?

- Nie. To i tak wyjątkowo precyzyjne określenie. Dokładnie wiemy gdzie jesteśmy, a do północy jest jeszcze mnóstwo czasu. Do miejsca lądowania mamy około stu mil. Przy prędkości sześciu węzłów zajmie nam to niecałe siedemnaście godzin. Można więc jeszcze odpocząć, a nawet się wyspać.

- A jak pan przewiduje? Ile czasu zajmie nam rozładunek okrętu? 

- No cóż… Bezpieczne przejście pasażerów do łodzi, to znaczy führera, jego żony i dziecka, pana i doktora Vogla, to maksimum sześć czy siedem minut.

- Nie za mało? Chodzi mi zwłaszcza o führera, jego żonę i dziecko.

- Spokojnie, reichsleiter. Dla każdej z tych osób, dodam do pomocy i asekuracji po dwóch marynarzy. Co do pana, doktora Schwartza i doktora Vogla nie przewiduję żadnych trudności.

- A ładunek ?

- Wyznaczyłem dwudziestu ludzi. Na każdego statystycznie nieco ponad pięć skrzynek. Ale to już tak szybko nie potrwa. Są pioruńsko ciężkie.

- Ameryki tu pan nie odkrył…

- I dlatego wyznaczyłem aż tylu. Będą je nosić parami i wyciągać na pokład. Sześć par wyciągnie więc po dziesięć, a cztery po jedenaście. Potrwa to około półtorej godziny.

- Nie można by szybciej?

- Może i można. Ten Schwartz, którego pan wyznaczył do nadzorowania wyciągania skrzyń, wygląda przecież tak, jakby sam dał radę wytaszczyć z piętnaście. A skoro na pokładzie mają nam pomagać ludzie z zewnątrz, to może uwiniemy się i w godzinę.

- No, dobrze. A samo zatopienie?

- Też prawie godzina. Trzeba przepłynąć trzy mile, zrobić swoje, a później na ponton i wrócić.

- Czyli gdzieś do godziny drugiej trzydzieści powinno się udać?

- Taką mam nadzieję, reichsleiter. Jak wszystko pójdzie planowo. Ale na razie i tak musimy wykazać się cierpliwością. Teraz popłyniemy na akumulatorach, bo przecież nikt nie może nas wykryć. A później już tylko sygnały i rozładunek.

 

            - Doktorze Schwartz - widząc Vogla Bormann odezwał się w uzgodniony sposób. - Proszę do mojej kajuty.

            Minutę później bez słowa wyjął z szafki i położył przed Henrykiem pistolet Parabellum.

- To jest to, o czym wcześniej pan mówił, reichsleiter?

- Tak. Z mojego ramienia będzie pan nadzorować wyciąganie skrzynek z dolnego pokładu. Teraz już mogę panu powiedzieć. To będzie dziś, zaraz po północy. Nie będę też już ukrywał, że w tych skrzynkach jest złoto i brylanty.

- O cholera!

- Za tę cholerę, doktorze, będziemy mogli wiele zdziałać dla odbudowy Rzeszy. A na razie, wyznaczam pana jako szczególnie zaufanego do nadzorowania tego skarbu. Ostrożnie - dodał po chwili, widząc jak Henryk bierze broń do ręki, wyciąga i sprawdza magazynek oraz odciąga zamek. - Jak pan widzi jest już odbezpieczony, chociaż bez naboju w komorze. Magazynek mieści osiem sztuk. Strzał kontrolny proszę oddać w podłogę - popatrzył jak Henryk wykonuje polecenie i dołącza magazynek do broni, a potem dodał jeszcze. - Złoto przyjacielu, wywołuje różne emocje i to nawet u najbardziej zrównoważonych ludzi. Zadaniem pana jest nie tylko nadzorować, aby wszystkie skrzynki zostały wyniesione na pokład, ale też to, aby żadna z nich nie uległa rozbiciu czy uszkodzeniu. Dla bezpieczeństwa, ludzie nie mogą się zorientować, co jest w środku.

- Ale przecież będą się domyślać.

- Domysły to jedno, a pewność to drugie. Byłoby wielce niepożądane, gdyby komuś poleciały pod nogi złote sztaby, albo też woreczki z brylantami. Od razu mógłby dostać małpiego rozumu.

- A pistolet właściwie do czego ma mi służyć?

- Nigdy nie można wykluczyć, że coś takiego się wydarzy. Pańskim zadaniem będzie wtedy opanowanie sytuacji oraz zapobieżenie próbom ewentualnej kradzieży i innych nieprzewidywalnych reakcji, które czasami można  zażegnać tylko pod groźbą użycia broni. No? Niech się pan tak na mnie nie patrzy, doktorze. W razie czego, działać pan będzie w imieniu i w interesie zarówno führera, jak i Rzeszy. A takiego zaszczytu, bez konsekwencji się nie odmawia.

            Bez konsekwencji… - Więc jakby co mogą być, i to najgorsze jakie można sobie wyobrazić. Niepewnych, raz dwa pozbyli by się jak zużytą prezerwatywę i z pewnością nikt by tu po nich nie zapłakał - pomyślał jeszcze, zanim skinął głową i opanowanym już głosem wyszczekał od lat opanowaną formułę.

- Jawohl!

 

Komentarze