Już nie dyskutowali. Hitler przepuścił żonę z dzieckiem, a następnie wsiadł za nią. Pozostali też w ciągu pół minuty znaleźli się wewnątrz i Manfeld zatrzasnął drzwi. Jęknęły uruchamiane silniki, pilot dla pewności około minuty potrzymał je na wolnych obrotach, a następnie wykonał kilka przegazówek i zwolnił hamulce. Maszyna drgnęła i z wolna zaczęła toczyć się naprzód. Kilka sekund później silniki zagrzmiały pełną mocą i po stosunkowo krótkim rozbiegu znaleźli się w powietrzu.
- Lecimy nad morze? - Vogel wydawał się być zaniepokojony.
- Nie. Tylko startujemy w tamtym kierunku. Za kilka minut zatoczymy łuk i poza wzrokiem ewentualnych świadków polecimy już we właściwym kierunku. A przed nami około tysiąca kilometrów.
- To ile będziemy lecieli?
- Niespełna cztery godziny. Co prawda, Dakota ma prędkość maksymalną w granicach 380 kilometrów na godzinę, ale dla bezpieczeństwa, silników nadmiernie obciążać nie będziemy. Polecimy z prędkością przelotową, która wynosi 274 kilometry.
- A z portu nikt nas nie zobaczy? - wyglądając przez okno w lewej burcie Vogel drążył temat. - W takich portach jak tam z boku, zawsze jest ktoś na dyżurze i z reguły ma znakomitą lornetkę.
- Nie ma obawy. Od połowy lat trzydziestych zaczął się tu permanentny kryzys. Kiedyś wywożono stąd mnóstwo wełny, ale potem wszystko upadło. W rezultacie port całkiem zamknięto i to już rok temu. Nie było eksportu, więc i nie było pieniędzy na jego utrzymanie oraz odmulanie. Obecnie korzystają z niego tylko nieliczni rybacy indywidualnie łowiący ze swych niewielkich łodzi, ale o tej porze wszyscy przecież jeszcze śpią. Na tą chwilę, port stoi więc pusty i martwy.
Tematu już nie kontynuowali. Kilka minut później Dakota zatoczyła szeroki łuk i powoli kładąc się na lewe skrzydło obrała kurs ku północy.
- Silniki stop! - głos Hulenburga zabrzmiał stanowczo, ale z jakimś wewnętrznym żalem. - Załoga do mnie!
W pół minuty kilku ludzi stanęło przy swoim dowódcy. Popatrzyli wyczekująco, aż Hulenburg pokonał uścisk wzruszenia w gardle i zaczął mówić.
- Koledzy! Towarzysze broni! Marynarze wielkich Niemiec! - rozpoczął z wolna i z patosem. - Zakończyliśmy najważniejszą w tej wojnie misję. Wierzę, że przyniesie ona odrodzenie naszej wspaniałej ojczyzny. Chcę wam wszystkim podziękować za poniesione trudy i wyrzeczenia. Wykazaliście się charakterem, dyscypliną i poświęceniem, poczynając od szkolenia na Bałtyku, poprzez Hamburg, następnie niekończący się czas oczekiwania w norweskiej grocie, a skończywszy na tak długim i uciążliwym rejsie. Okręt, którym płynęliśmy, stał się naszym domem. Przyszedł jednak czas, aby go opuścić. Nie ma możliwości, aby go zachować, a zdradzić naszego przybycia tutaj nie możemy. W tej sytuacji wydaję wam ostatnie już rozkazy. Ty i ty - wskazał dłonią - idziecie do pontonu i czekacie na resztę. Pozostali odkręcają zawory zbiorników balastowych, ale tak, aby woda wpływała do nich powoli. Natychmiast potem wychodzicie na pokład i wsiadacie do pontonu. Ja w tym czasie umocuję na kiosku banderę wojenną Rzeszy, aby okręt szedł na dno z honorem. Później, jak na kapitana przystało, zejdę z niego jako ostatni. Wszystko jasne?
- A ładunki wybuchowe? Nie uzbrajamy i nie odpalamy? - bosman przez chwilę miał wątpliwości.
- Nie. Po wybuchu, nawet głęboko pod wodą, wypłynęły by na powierzchnię jakieś szczątki. Fale i wiatr mogły by je zagnać na plażę. A ostatnie czego nam trzeba, to zainteresowanie nimi miejscowej ludności, a później i władz. Robimy więc tak, jak powiedziałem. Wykonać!
Ruszyli więc, każdy ku swojemu miejscu. Kilkanaście sekund później dał się słyszeć pierwszy słaby świst uchodzącego ze zbiorników powietrza. Hulenburg postał jeszcze chwilę w centrali, popatrzył po zegarach, pokrętłach, tak znajomych rurach, przewodach i manometrach. Jeszcze raz ogarnął spojrzeniem opustoszałą przestrzeń kadłuba i z dziwnym, smutnym ukłuciem w sercu przeszedł do kiosku. Umocował banderę i zszedł na pokład, nie zamykając prowadzących do wewnątrz stalowych drzwi, ani też luku wejściowego, prowadzącego do wnętrza kadłuba sztywnego. Szybkim krokiem przeszedł do pontonu, policzył ludzi i wydał krótką komendę.
- Do brzegu!
Zanurzyli wiosła w wodzie i ponton ruszył przed siebie. Lepiej było nie czekać, aż osuwający się w głębinę kadłub wytworzy wir, który mógłby ich wciągnąć pod wodę. Odpłynęli więc szybko i zwolnili dopiero po jakichś dwustu metrach. Jeszcze raz zwrócili wzrok ku U - Bootowi, widząc zalewany już pokład i po chwili znikający pod wodą kiosk, ze smętnie zwisającą banderą. Popatrzyli tak przez kilkanaście sekund, jakby nie wierząc w to, co zarejestrowały ich oczy, aż wreszcie salutujący okrętowi Hulenburg przerwał tę niesamowitą, prawie mistyczną chwilę.
- Koniec przedstawienia! Ruszamy dalej!
Opony czterech ciężarówek ciężko pracowały na szutrowej drodze. Ten konwój nie krył się specjalnie ze swoją obecnością. Bo niby kto mógłby go wypatrzeć na tym odludziu, o trzeciej nad ranem? Po godzinie jazdy zjechali z drogi, kwadrans później dotarli do jakiejś ruiny i dowodzący konwojem wydał krótki rozkaz.
- Wszyscy wysiadać!
- Stało się coś?
- Nic szczególnego. Będziecie musieli zmienić skórę. Tam - wskazał ręką na rozpadającą się ni to stodołę ni to oborę - jest pięćdziesiąt kompletów używanych i podniszczonych, ale później wypranych cywilnych ciuchów. Zdejmujecie wszystkie swoje łachy, do samych gaci. Dobierajcie sobie nowe ubrania i buty. Nowe, to oczywiście nie znaczy, że będą jak prosto ze sklepu, ale niczym się od nich nie zarazicie. Ogólnie bowiem, macie wyglądać jak grupa najemnych robotników rolnych.
- Z naszą, trupiobladą cerą? - zdziwił się któryś. – Z takimi brodami i wąsami? Przecież po tym rejsie wyglądamy jak upiory. Kto by w to uwierzył?
- Nie twoja w tym głowa. Macie robić co powiedziałem. Ciuchy w których jesteście teraz oraz cywilne, których nie wykorzystacie, wrzucamy do tej starej, wyschniętej studni. Po wszystkim, zawalimy ją kamieniami. Macie na to pół godziny.
- A jakieś jedzenie, picie?
- Będzie za sześćdziesiąt parę kilometrów. Na tych drogach to około półtorej godziny. Jeszcze coś?
- To może jakieś lepsze siedzenia? Jedziemy przecież na tych skrzynkach, które wynieśliśmy z U - Boota. Jeszcze godzina i dupy nam od nich poodpadają.
- Nie marudzić. Najwyżej będziecie je nosić na sznurkach. A tak na poważnie, musicie trochę pocierpieć. Przed nami jeszcze blisko tysiąc kilometrów drogi, z dwoma noclegami. Dopiero w punkcie docelowym czeka na was kąpiel, fryzjer, dużo świeżego jedzenia i miesięczny wypoczynek.
Mimo tylu spraw na głowie, sturmbannführer Getz miał już plan. Właściwie miał go już w momencie, gdy koła Dakoty odrywały się od pasa startowego. Przekalkulował w myślach trasę i wiedział już wszystko. Grupa wioząca załogę i siedemdziesiąt parę skrzynek, dla bezpieczeństwa pojechała okrężną, znacznie dłuższą trasą. Więc w drugim punkcie przejściowym może być co najmniej kilka godzin przed nimi. Wraz ze swoją grupą pojedzie najkrótszą trasą, przed nikim nie musząc się kryć, samochodami bez żadnego trefnego ładunku ani żadnych obcych. Poczyni odpowiednie przygotowania i da się to zrobić. Tylko trzeba pogadać z Klugem i Gonschorkiem. Ci dwaj na pewno na to pójdą. Pozostałych czterech oraz eskortę drugiego konwoju odeśle się wcześniej. A wtedy…
Okazja zdarzyła się już na pierwszym postoju. Po prostu właśnie tej dwójce kazał nazbierać gałęzi na małe ognisko. Krzywiąc się niemiłosiernie odeszli więc na skraj niewielkiego lasku, a widząc ich niespieszne ruchy, rzucił jakby w przestrzeń.
- Grzebią się jak muchy w smole. Pójdę ich trochę pogonić.
Odszedł odprowadzany spojrzeniami pozostałej czwórki i sprawę załatwił nadspodziewanie szybko.
- Widzieliście, jak na pokładzie rozmawiałem z führerem?
- Jasne. Byliśmy wtedy w pontonie.
- A widzieliście jak później rozmawiałem z reichsleiterem Bormannem? Na rufie?
- Z tym grubszym gościem? Pewnie, że tak - Gonschorek wybałuszył zdziwione oczy. - A o co chodzi?
- Jest robota. Akurat dla nas trzech.
- Jaka?
- Taka jak zwykle. Krwawa.
- A kogo trzeba ukatrupić? - zainteresował się Kluge.
- Załogę tego okrętu podwodnego.
- Co? Przecież to oni przywieźli führera!
- I co z tego? Już na morzu zawiązali spisek, aby przechwycić przewożone w skrzynkach złoto.
- O kurwa! - Gonschorek przez chwilę zastygł z opadniętą szczęką. - Że tam może być złoto, podejrzewałem już od samego początku. A tych skrzynek co oni wiozą, będzie pewno ponad sześćdziesiąt.
- Dokładnie siedemdziesiąt cztery. Należą do führera i mają służyć odbudowie Rzeszy. Ale jak wykonamy zadanie, dla Rzeszy zostanie siedemdziesiąt trzy.
- Ale to są przecież Niemcy. I jest ich około czterdziestu. A to cholerne ryzyko.
- Spokojnie. Nie daliśmy im broni do ręki.
- Mają broń. Przynajmniej u dwóch widziałem pistolety przy pasie. U kapitana i tego oficera, co pierwszy przybił do brzegu.
- No i co z tego? Nie wiedzą, że ich spisek wyszedł na jaw i nie spodziewają się z naszej strony żadnej reakcji.
- Jak, gdzie i kiedy chcą to zrobić?
- Ale co?
- No, przejąć to złoto.
- Nie wiadomo. Dlatego właśnie musimy uprzedzić ich akcję.
- Trzeba stworzyć plan…
- Już go stworzyłem. Jutro na noc mają zatrzymać się w drugim punkcie przejściowym. My będziemy tam pierwsi. Wieczorem od razu odeślemy złoto, eskortę konwoju oraz czterech naszych, którzy teraz siedzą i czekają na zbierane przez was drewno. Powiem, że było to wcześniej uzgodnione, wydam rozkaz i koniec.
- A później?
- Załoga się dowie, że dla większego bezpieczeństwa złoto pojedzie osobno. A oni ruszą dzień później i z nową eskortą. W nocy będą spać w stodole, na sianie. Dostaną dużo żarcia i mnóstwo dobrego wina. Mamy tam przecież niezłą piwniczkę i nie będziemy im żałować.
- No! W czasie rejsu na pewno nie pili alkoholu. Musieli więc odwyknąć. Po flaszce na łeb i pójdą spać.
- Jak będzie trzeba, damy nawet i po dwie.
- A jak wykonamy resztę?
- Mamy automaty i granaty. Gonschorek… Ty przez trzy lata byłeś na froncie wschodnim. Wiązka granatów wystarczy?
- Powinna. Ale dla pewności lepiej użyć dwóch. Ja wrzucę od jednej strony, a Kluge od drugiej. Tych, co przypadkiem by przeżyli, skosimy z automatów.
- Dobrze kombinujesz, Gonschorek. A jak już to wykonamy, to jak powiedziałem, mamy przyobiecaną jedną z tych skrzynek.
- Ze złotem?
- A ty myślałeś, że z czym? Z kartoflami?
- Ale to waży kilkadziesiąt kilo!
- Dokładnie siedemdziesiąt, ale to przecież jeszcze lepiej. Podziel to na trzy. Nie skusi cię ponad dwadzieścia trzy kilogramy czystego złota?
- Nie odmówię takiej darowizny - Kluge aż się oślinił.
- To nie będzie żadna darowizna, Kluge. Musimy na nią ciężko zapracować.
- Damy radę, szefie!
- Widzę jedną trudność - Gonschorek coś przemyśliwał.
- Jaką? Wszystko już omówiliśmy.
- Nie wszystko. A trupy?
- Trupy?
- Przecież coś z nimi trzeba będzie zrobić. Nie zostawimy ich przecież ot tak, na wierzchu. Bo jakby, nawet czystym przypadkiem, ktoś na to trafił… Będziemy musieli wykopać wielki dół, aby wszyscy się zmieścili.
- Racja, Gonschorek. I dlatego właśnie mówiłem, że na to złoto musimy sobie ciężko zapracować.
Komentarze
Prześlij komentarz