Przejdź do głównej zawartości

ATOMOWY POKER 177

 

                                                     Rozdział II 

 

                                                      Argentyna.


         01/02.11.1945, noc - wybrzeże Argentyny, okolice miejscowości Las Grutas.


            Sturmbannführer Helmut Getz już chyba po raz dziesiąty spojrzał na zegarek. Nareszcie! Za minutę północ. Usiadł więc za kierownicą jednej z ciężarówek, zapalił w kabinie zieloną lampę i za pomocą samochodowych reflektorów wysłał w morze odpowiednią sekwencję błysków. Nic! - Czyżby katastrofa? - zmroziła go myśl. Jeszcze dwa razy powtórzył sekwencję, aż wreszcie około mili przed nim, z wody zaczął się wyłaniać czarny, podłużny, ociekający wodą kształt. - Są! - westchnienie ulgi wyrwało mu się z piersi. Już trzy razy przeżywał to uczucie, ale świadomość tego, że to już ostatnie i ponoć najważniejsze lądowanie, przytłoczyła go podwójnym ciężarem odpowiedzialności. Tymczasem z kiosku wynurzonego właśnie U - Boota błysnęło parę razy przytłumione światło i Getz już wiedział. Swoi! A więc do roboty.

 

            - To teraz według instrukcji, kapitanie - Bormann nie odstępował Hulenburga nawet na krok.

- Nie może być inaczej. Załoga jest w trybie alarmowym, a grupa rozpoznawcza już szykuje ponton.

            Grupa rozpoznawcza… To miał być jeszcze jeden element systemu bezpieczeństwa. W kilka minut, ubrani po cywilnemu trzeci oficer i dwóch marynarzy, z butli pod ciśnieniem nadmuchali ponton i popłynęli ku plaży. Wymieniając hasło mieli potwierdzić tożsamość ludzi na brzegu i odpowiedzieć własnym sygnałem świetlnym. Teraz, napędzani niewielkim silnikiem elektrycznym czerpiącym energię z akumulatora, dobili do brzegu i pierwsze co zobaczyli, to wymierzone w siebie lufy kilkunastu pistoletów maszynowych.

- No, co jest kurwa? Nie widzicie, kogo macie przed sobą? - nonszalancją i wulgarną pewnością siebie trzeci oficer usiłował zatrzeć nagły przypływ lęku.

- Hasło! - zabrzmiało z ciemności i trzeci, tracąc rezon, wyrecytował je jak automat. - „Rekin płynie za nami. Jest już bardzo blisko”.

- „Powitamy go godnie. Z całym należnym mu szacunkiem”.

            Westchnienie ulgi dało się słyszeć z obu stron. Opadły ku ziemi lufy automatów, a stojący naprzeciw trzeciego postawny cywil  mrocznej twarzy popatrzył po nich i zniecierpliwiony zadał pytanie.

- No, czemu stoicie? Czas ucieka.

- Chwileczkę. Jeszcze jedna rzecz - trzeci wyciągnął z pontonu dużą latarkę i wysłał w morze kilka, wcześniej uzgodnionych błysków.

 

            Kwadrans później kadłub U – Boota przytrzymywany przez dwie rzucone w wodę kotwice, prawie nieruchomo stał przy brzegu. Uwijały się wokół  niego cztery duże pontony, na które ładowano niewielkie, lecz ciężkie skrzynki. Co raz, obciążony nimi ponton z paroma wiosłującymi ludźmi w środku płynął w kierunku nieodległej plaży, gdzie następni ludzie przerzucali to wszystko na samochody. Na początku Bormann obruszył się nawet, że dlaczego wiosła a nie silniki, ale dowodzący grupą rosły cywil  zapewnił, że tak będzie lepiej. Nie mieli wyciszonych silników, a majaczące kilka kilometrów dalej nieliczne światełka jakiejś osady, kazały zachowywać wszelkie środki ostrożności.

- Mam nadzieję, że pan wie, co robi - stojący na pokładzie zaniepokojony Bormann z pewną jakby groźbą w głosie rzucił krótką uwagę. - To cholernie blisko ludzi.

- Nie ja wybierałem to miejsce. Myślę jednak, że nie należy się niepokoić. To światła Las Grutas, gdzie znajduje się najbliższe lotnisko i skąd kilku z was odleci dalej. A pan, przepraszam, kim jest?

- Jestem reichsleiter Marin Bormann, prawa ręka führera.

- Eee … - niedowierzający uśmiech pojawił się na twarzy cywila. - Może to ktoś potwierdzić ?

- A führer panu wystarczy? - z lekka osłupiały, ale i oburzony Bormann dostrzegł właśnie wychodzącą z kiosku, z dzieckiem na ręku, Ewę. Chwilę później, w towarzystwie doktora Vogla ukazał się za nią sam Adolf i mimo nocy cywil praktycznie natychmiast rozpoznał Hitlera.

- O, przepraszam, reichsleiter! Sturmbannführer Helmut Getz melduje się na rozkaz. Boże, a ja już myślałem , że nasz führer…

- Boga niech pan sobie daruje. My, prawdziwi Aryjczycy, sami musimy kreować swój los.

- Ale jak to się stało ? Chodziły plotki, że…

- Niech się pan opanuje, sturmbannführer. Teraz są ważniejsze sprawy. Wszystko idzie jak należy?

- Jawohl, reichsleiter!

- Mein führer, proszę na jedno słowo - widząc mającego właśnie schodzić po sieci Hitlera, Bormann nagle odwrócił się od Getza.

- Coś nie tak?

- Nie. Wszystko w porządku. Ale proszę potwierdzić obecnemu tu sturmbannführerowi, że rozkaz, jaki za chwilę otrzyma, pochodzi bezpośrednio od pana i dla pomyślnej przyszłości Rzeszy, musi być bezwzględnie wykonany.

- A tak… Rzeczywiście - Hitler odwrócił się na chwilę do Getza. - Potwierdzam to, co mówi reichsleiter. Proszę się do tego porządnie przyłożyć, a odpowiednia nagroda pana nie minie.

- Jawohl, mein führer! - Getz wyprężył się jak struna, patrząc na Adolfa ciągle niedowierzającymi oczami. - Dla pana zrobię wszystko.

- I dla Rzeszy, sturmbannführer. Dla ponownej wielkości Niemiec - Hitler odwrócił się od rozmówców i ponownie skierował ku rzuconej na burcie sieci.

- Słyszał pan?

- Jawohl, reichsleiter!

- To chodźmy na rufę. Tam nas nikt nie usłyszy. I tam się pan dowie, co bezwzględnie musi zrobić.

 

            Nie tak to sobie wyobrażał. Miał tylko nadzorować, a okazało się, że sam musi zakasać rękawy i pomagać przy wyciąganiu skrzynek. Niby ludzi było dosyć, niby do każdej po dwóch, ale dopiero teraz wychodziły na jaw skutki długiego rejsu. Brak słońca, normalnego wyżywienia, a nade wszystko brak ruchu, spowodowały w ich organizmach prawdziwe spustoszenie. Zwiotczały mięśnie, osłabły ścięgna i teraz tylko z najwyższym trudem windowali skrzynki przez kolejne włazy. A było co wyciągać. Z czystej ciekawości Henryk podniósł jedną z nich i aż go przygięło. O  psiakrew! To przecież waży ponad sześćdziesiąt kilo. Może nawet i siedemdziesiąt. Nie można się dziwić, że się tak z tym szarpali, ale też od razu przyszła mu myśl do głowy. Setka takich skrzyń, to ponad sześć ton. Może nawet siedem czystego złota. A jeszcze brylanty? Nie na darmo mówił Hulenburg, że za ładunek czterech U - Bootów można by kupić jakiś niewielki kraj lub dużą, rajską wyspę na Karaibach. I jeszcze sporo by zostało!

 

            - Dobrze mnie pan zrozumiał, sturmbannführer? - widząc wciąż osłupiałego Getza, Bormann uznał za stosowne upewnić się w tej kwestii.

- Jawohl, reichsleiter. Ale nie myślałem, że przyjdzie mi…

- Pan ma nie myśleć. Pan ma wykonywać rozkazy, sturmbannführer! Czy to jest jasne?

- Jawohl!

- No! Myśleć pan powinien tylko o tym, jak ten rozkaz wykonać. Będą sposoby, aby to sprawdzić i jeżeli się pan spisze, wdzięczność i hojność führera będzie wielka. Widzi pan te skrzynki wynoszone do pontonów?

- Jak najbardziej.

- W każdej jest po siedemdziesiąt kilogramów złota w sztabach. Wykona pan rozkaz i jedna z nich będzie pańska.

- Skrzynka czy sztaba?

- Za wykonanie takiego zadania? Oczywiście, że skrzynka.

- Cała?

- Nie całkiem, bo trzeba się będzie podzielić z ludźmi, z którymi wykona pan to zadanie. Nie będziemy jednak wnikać jak i na ile części pan to podzieli. Chyba nie muszę tłumaczyć co to znaczy i jak się za to można ustawić. W przeciwnym zaś razie… 

- Wykonam co do joty, reichsleiter! - widać było jak Getz w jednej sekundzie przeanalizował za i przeciw, wybierając to pierwsze.

- Cieszę się, że to słyszę. Skutki wykonania tego rozkazu muszą być jednak sfilmowane. Wkrótce ktoś do pana dotrze i odbierze taśmy. Musimy mieć pewność. Rozumie pan?

- To będzie trudne, reichsleiter. Sprawę trzeba załatwić maksymalnie w dwa lub najdalej w trzy dni, a kamery pod ręką akurat nie mamy. Trzeba by ją dopiero ściągnąć, pewno nawet z Buenos Aires, a to zajęło by zbyt wiele czasu. Ale jakby co, mamy tu aparat fotograficzny.

- W ostateczności może być. Chcę widzieć plany ogólne oraz zbliżenia i wyraźne fotki wszystkich twarzy. Każdego po kolei i z osobna. Dopiero wtedy führer przekaże panu to, o czym mówiliśmy.

- Rozumiem…

- A więc do roboty, sturmbannführer. Czas ucieka, a trzeba jeszcze wiele dopilnować.

 

Gorączkowa, pełna wysiłku i poświęcenia praca, zarówno załogi jaki i grupy odbierającej, już po osiemdziesięciu minutach dała wynik pozytywny. Führer z rodziną, Bormann i obaj doktorzy byli na brzegu, a skrzynie na ciężarówkach. Dał więc Hulenburg sygnał i wyznaczona wcześniej obsługa ruszyła ku swoim stanowiskom. Nie musieli już oszczędzać akumulatorów i w chwili, gdy ostatni z pontonów, zamiast odesłać na brzeg, przymocowano na linie do dziobu, wydał krótkie i jasne rozkazy.

- Podnieść kotwice. Silniki elektryczne. Cała wstecz!

 

            - Führer i pani z dzieckiem wsiadają do samochodu osobowego - komenderował Getz pewnym i opanowanym już głosem. - Kierował nim będę ja. Reichsleiter wraz z tymi dwoma panami - wskazał na Vogla i Henryka - wsiadają na pakę ciężarówki. Jako eskorta jest tam już sześciu moich ludzi. Pana, reichsleiter, zapraszam do kabiny kierowcy. Za chwilę odjeżdżamy.

- Długo będziemy jechać? - Henryk popatrzył po ciemnym niebie.

- Maksymalnie pół godziny. Okrążymy bowiem Las Grutas i do lotniska dojedziemy od północy. Niby ludzie śpią, ale lepiej nie rzucać się w oczy. Wsiadamy!

 

            Chwilę później dwa samochody odpaliły silniki i ruszyli przed siebie. Dziwny jednak był to konwój. Pierwsza jechała ciężarówka, na pace której znaleźli się Henryk, Vogel oraz czterech siedzących na skrzynkach, uzbrojonych w granaty i pistolety maszynowe ludzi, czujnie wsłuchujących się w dobiegające z zewnątrz odgłosy. W kabinie, oprócz Bormanna,  także kierowca i siedzący przy lewych drzwiach człowiek uzbrojeni byli w automaty. Poruszali się przy tym z niewielką prędkością, na jaką pozwalały panujące ciemności, nie rozświetlane wyłączonymi z ostrożności reflektorami. Dopiero z tyłu jechał samochód osobowy z Getzem, führerem, Ewą i ich dzieckiem. Unikali też ryzyka, w miarę możliwości omijając na lichej, szutrowej drodze większe dziury i wyboje. Nic dziwnego, że dopiero po prawie trzydziestu minutach dotarli do lotniska. W świetle nielicznych gwiazd widać było stojący na oddalonym o dwieście metrów końcu pasa ciemny kształt dwusilnikowego samolotu. Samochody się zatrzymały, a Getz wyciągnął z kieszeni latarkę z zielonym światłem i dwukrotnie pomachał nią z góry na dół.

            Na odpowiedź nie czekali. Niemal natychmiast spod skrzydła maszyny zobaczyli niebieskie światło, poruszające się w poprzek.

- W porządku! - oznajmił głośno Getz i znów wsiadł za kierownicę. - Podjedziemy pod samolot i za kwadrans powinniście być już w powietrzu.

            Tym razem rzeczywiście odbyło się to błyskawicznie. Na wydane przez Getza polecenie, eskorta biegiem rzuciła się do trzydziestu skrzynek, w tym czterech z dziwną, podwójną swastyką, które na polecenie Bormanna miały lecieć razem z nimi. Odbierało je dwóch stojących w drzwiach kadłuba krępych gości i nie minęło nawet siedmiu minut, gdy wszystkie znalazły się na pokładzie.

- Teraz zapraszam pasażerów - mroczny cywil, który jeszcze niedawno i przed ostatnim lądowaniem tak obcesowo potraktował Getza, ukazał się w drzwiach samolotu.

            Ruszyli ku schodkom. Hitler pierwszy, za nim żona z dzieckiem, Bormann i obaj doktorzy.

-  Mein führer! Standartenführer Otto Manfeld melduje się na rozkaz! - usłyszał idący na końcu Henryk.

- Manfeld? - Hitler jakby szukał czegoś w pamięci.

- Mein führer! Widziałem pana w sierpniu zeszłego roku, w Wilczym Szańcu. Przedstawił mnie wtedy reichsleiter Bormann, kiedy przybyłem na jego wezwanie, a następnie w pana imieniu wysłany zostałem tutaj. Chcę zameldować, że otrzymane wtedy rozkazy wypełniłem ściśle i wszystko jest już odpowiednio zorganizowane.

- To dobrze, mój drogi Manfeld. To bardzo dobrze. A właściwie, co to za samolot? - Hitler dopiero teraz dokładniej przyjrzał się maszynie.

- Dobry. Amerykański. DC - 3, zwany Dakotą. Już trochę ich tu lata.

- Wolałbym nasz. Na przykład takiego Junkersa 52. Jest pewniejszy, bo ma nie dwa, a trzy silniki.

- Ten też jest pewny, a nasi piloci już dobrze go poznali. Latają nim od pół roku.

- Dobrze się spisałeś, standartenführer. Niepokoi mnie tylko jedno. Czy to lotnisko nie jest zbyt blisko ludzi? Nikt się tu nie pojawi?

- Nie ma mowy, mein führer. Las Grutas to zakichana dziura, a San Antonio Oeste - wskazał na wschód - leży całe pięć kilometrów dalej.

- A jakaś miejscowa policja?

- Zneutralizowana. Wszyscy siedzą w kieszeni zaprzysiężonej nam rodziny Lahusenów. Zresztą, oni sami też dostali odpowiednie zadania. Na 19.00 zaprosili komendanta i jego ludzi na uroczysty świąteczny poczęstunek, z dużą ilością wina i wódki. Jak znam życie, żaden z biesiadników takiej darmochy i zaszczytu nie odpuścił, więc i przed świtem się nie obudzi.

- To się nazywa synchronizacja! Więc kiedy ruszamy?

- Zaraz, mein führer. Zapraszam na pokład.

 

Komentarze