Przejdź do głównej zawartości

ATOMOWY POKER 179

            02.11.1945, popołudnie - Argentyna, La Falda, hotel Eden.

 

            Nareszcie! Po ponad trzech miesiącach spędzonych w morzu, Henryk z rozkoszą wyciągnął się w wannie. Ciepła woda omywała mu ciało, w zasięgu ręki miał pachnące mydło, a na półeczce był nawet szampon. Szampon! Co za luksus!

            Dwa razy już umył i spłukał głowę, lecz miał wrażenie, że nie zaszkodziło by i trzeci raz. Popatrzył chwilę na wodę w wannie i szybko utwierdził się w tym przekonaniu. Była brudna, spieniona i pachniała okropnie. Pachniała? Raczej śmierdziała, ale czego się można było spodziewać? Raz tylko przecież miał okazję wykąpać się jak człowiek, kiedy to pływał wokół U - Boota na środku oceanu. A wcześniej i później? Szkoda gadać. Słona woda z prysznica i mydło, które mimo, iż jakieś podobno specjalne, za cholerę nie chciało się pienić.

            Więc teraz to trzeba nadrobić. Wyciągnął korek z dna wanny, poczekał, aż spłynie breja, w której jeszcze przed chwilą leżał, spłukał i ponownie napełnił wannę gorącą wodą. Tak… Dopiero za drugim razem poczuł jak skóra znów zaczyna żyć. Teraz jeszcze założyć szlafrok i zadzwonić po hotelowego fryzjera. Pół godziny i będzie zupełnie innym człowiekiem.

 

            Trwało to dłużej niż myślał. Włosy to jedno, a wyrosłe przez dwa  miesiące wąsy i broda to drugie. Co prawda, na początku próbował się jeszcze golić, ale po miesiącu rzucił to w diabły. Pożyczona od Vogla brzytwa marki „Solingen” była nawet dobra, ale reszta… Odpuścił więc sobie, upodabniając się do reszty marynarzy i wyglądał teraz jak jakiś jaskiniowiec. Ale już  niedługo…

- Wąsy zostawić? Przyciąć, wyrównać? - głos fryzjera, o dziwo mówiącego doskonałą niemczyzną, z błogiego relaksu przywrócił go do rzeczywistości.

- Nie. Proszę zgolić. Nigdy ich nie nosiłem, wiec i teraz nie będę tego zmieniał.

- Jak pan sobie życzy. Pięć minut i będzie koniec. A później już tylko gorący kompres na twarz.

 

            Godzinę później znów siedział w szlafroku, patrząc przez okno. Nie do wiary! Jak błogo. Trzy miesiące w zaduchu ropy, spalin, niemytych ciał, w wilgoci i pleśni, a teraz taki kontrast. Luksusowy hotelowy pokój, cisza, spokój, kąpiel, słońce. Jakby nie wierząc samemu sobie pociągnął ręką po podbródku. Wykąpany, ogolony, ostrzyżony i najedzony. Nie jakimś tam żarciem z puszki, bo na obiad zażyczył sobie zupę pomidorową z ryżem, kawał dobrze wypieczonego mięsa, ziemniaki i surówkę. Niezależnie od tego podano szarlotkę na ciepło z bitą śmietaną, wodę mineralną i czerwone wino. Żyć, nie umierać!

            Teraz dopiero miał czas na przemyślenia i refleksje, bo wszystko zmieniało się jak w kalejdoskopie. Jeszcze kilkanaście godzin temu, z pistoletem ukrytym w kieszeni stał na dolnym pokładzie U - Boota nadzorując wyciąganie skrzynek ze złotem, a teraz siedzi wygodnie w obitym zielonym pluszem fotelu, czysty i pachnący, mając pod ręką butelkę wina i pudełko cygar. No, tak… - przypomniał sobie ostatnie godziny. W La Falda lądowali wraz z końcem nocy, gdyż na wschodzie wstawał już świt. Trzy należące do hotelu samochody osobowe czekały już na skraju lotniska. Sama jazda była krótka i już po kilkunastu minutach, dla dyskrecji wprowadzeni bocznym wejściem, znaleźli się w środku. Przez chwilę tylko Henryk zdołał zobaczyć na frontonie napis „Hotel Eden” i szereg mniejszych znaków pod spodem. Wpatrzył się w nie zdezorientowany, aż wreszcie odczytał uwiecznioną na sposób łaciński datę.  Rok 1897! A więc hotel liczył już blisko pięćdziesiąt lat, choć nic na to nie wskazywało. Zbudowany w stylu kolonialnym, w głównej części jednopiętrowy, wewnątrz oszałamiał luksusem. Lustra, dywany, złocenia, dębowe meble i olbrzymie, kryształowe żyrandole. Coś mu to przypominało i wprowadzający ich do wnętrza Manfeld od razu to wyjaśnił. Walter i Ida Eichhornowie kupili ten hotel w roku 1912. Miał być luksusowy niczym „Titanic”, wyruszający w swój pierwszy i jak się wkrótce okazało ostatni rejs. I choć statek skończył marnie, hotel prosperował znakomicie. Pod przykrywką  mocno nagłaśnianych akcji charytatywnych, był ośrodkiem i ostoją niemieckiej agentury wpływu na argentyńskie elity. Odwiedzali go prezydenci, książęta, arystokraci i dyplomaci. Był tu nawet Albert Einstein, co od razu wywołało grymas i skrzywienie na twarzy Hitlera.

- Mam nadzieję, że nie przydzielą mi pokoju, w którym spał ten parszywy Żyd! - półgłosem zwrócił się do Bormanna.

- To nie wchodzi w rachubę, mein führer. W hotelu będziemy tylko my. Pan, wraz z żoną i dzieckiem, zamieszka w prywatnym domu Eichhornów.

- To po co mnie tu przyprowadzono?

- Jest powód, mein führer. Ale to wyjaśnię zaraz i na osobności.

            Jaki to był powód? Tego Henryk się na razie nie dowiedział, bowiem jeden z towarzyszących im cywili poprowadził ich na piętro, a Adolf z rodziną i Bormannem, pod kierownictwem Manfelda, pełniącego tu jakby funkcję dowódcy, skierowali się w głąb korytarza. Trudno. Sprawa pewno się wyjaśni. Na razie jednak przydzielono im z Voglem sąsiednie pokoje, obok zarezerwowano trzeci dla Bormanna, a wieczorem czekała ich jeszcze wizyta krawca, mającego uszyć dla każdego z nich po trzy garnitury.

 

03.11.1945, poranek - Argentyna, La Falda, hotel Eden.


- Proszę - odpowiedział na dyskretne pukanie do drzwi i wbrew oczekiwaniom nie był to nikt z obsługi, a rozpromieniony Martin Bormann.

- Pobudka, herr doktor! Wstajemy! Wie pan, która jest już godzina?

- Prawdę mówiąc, nie patrzyłem na zegarek. Zresztą, dopiero się obudziłem.

- A tu już prawie ósma, ale proszę się nie przejmować. Ja też wstałem ledwo godzinę temu.

- To teraz już chyba tylko umyć się i na śniadanie? - Henryk wyszedł z pościeli i potężnie ziewając wyjrzał przez okno.

- Wypadało by. Pański sąsiad też już wstał i to razem ze mną.

- A co on się tak zerwał? Spać nie może?

- Ja go zerwałem. Trzeba było zajrzeć do führera. A ściślej mówiąc, do jego żony i dziecka.

- Ale sądząc po pańskiej minie, chyba wszystko w porządku? Przecież nie spał w pokoju Einsteina.

- Mogę panu powiedzieć, że to od początku było wykluczone. Ten Żyd spędził tu kiedyś noc w apartamencie prezydenckim. Pomijając już ten fakt, zwrócił pan uwagę na okolicę?

- Właśnie wyglądałem przez okno. Okolica, jak okolica. Ładny widok, bo z obu stron góry.

- Nieświadomie trafił pan w sedno. Gdyby jakiś snajper przyczaił się na zboczu, mógłby zastrzelić führera przez okno. Dlatego w hotelu jesteśmy tylko my trzej.

- Czyli nas zastrzelić można?

- Osobliwe ma pan poczucie humoru, herr doktor. A wracając do führera, jak pan wie, zamieszkał w domu Eichhornów. To tylko sto pięćdziesiąt metrów stąd. Jest tam zacisznie, spokojnie i nie ma możliwości, aby zobaczył go ktoś niepowołany.

- Jego tak. Ale czy nie będzie dla kogoś dziwne, że ten dom nagle zaczęli odwiedzać jacyś obcy? Na pustyni przecież nie jesteśmy.

- A kogo ma pan na myśli? - Bormann nie skojarzył i aż spiął się w sobie.

- Oczywiście pana i doktora Vogla. Nie ma się co oszukiwać. Już w samolocie standartenführer Manfeld ostrzegał nas, zarówno przed amerykańskimi szpiegami, jak i przed zwykłą ludzką ciekawością.

- A, o to panu chodzi. Proszę się nie obawiać. Jest sposób, aby nikomu nie wejść w oczy.

- Jaki?

- Zaskoczę cię, herr doktor, ale we właściwym czasie. Na razie zostawiam pana samego. Za dwadzieścia minut zapraszam jednak do pokoju numer 17. To zaraz obok mojego, w końcu korytarza. Przygotowano tam dla nas stół, krzesła i stosowną zastawę. Tam będziemy jedli. Oczywiście dla bezpieczeństwa i dyskrecji.

 

03.11.1945, późny wieczór - Argentyna, opuszczona hacjenda, drugi punkt przejściowy, 670 kilometrów na zachód od Las Grutas. 

 

            Przyjechali tu już wczesnym popołudniem i poczynili stosowne przygotowania. Obejrzeli murowaną stodołę, wyjęli z ram dwa małe okienka w bocznych ścianach, wykonali dwie wiązki granatów oraz znaleźli dobre miejsce na grób. I to wszystko pod bokiem czterech pozostałych, niczego nieświadomych towarzyszy podróży, którzy uraczeni dobrym winem, poszli spać w cieniu stojącego obok starego platana. Problem był tylko ze szpadlami, bo znaleźli tylko dwa. Cóż… Może to i dobrze. Przy kopaniu trzeba się będzie wymieniać, więc będzie okazja i odpocząć. Bo wykopać dół na około czterdziestu chłopa, to nie takie hop siup!

            Pokręcili się jeszcze trochę pod czujnym okiem Gonschorka pełniącego wartę od strony planowanego przyjazdu załogi i też rozłożyli się w cieniu, śniąc o wielkich, ciężkich i błyszczących sztabach złota.

 

            Konwój nadjechał zaraz po 19.30 i wielkie było niezadowolenie eskorty, gdy dowiedzieli się, że na dzisiaj to jeszcze nie koniec. Ale skoro dowódca wydał polecenie, aby skrzynki wieźć dalej, a załogę odbierze ktoś inny, nie było dyskusji. Popsioczyli tylko na swój los, zjedli, napili się kawy, uzupełnili paliwo w zbiornikach, wodę w chłodnicach i o 21.30 ruszyli dalej, zabierając ze sobą czterech ludzi z eskorty sturmbannführera.

            - To co? Jakaś zmiana planów? - Hulenburg podszedł do Getza z butelką wina i szklanką w dłoni. - Chyba nie zostawicie nas tutaj, na tym pustkowiu?

- Nie ma obaw, kapitanie. To zwykła procedura bezpieczeństwa. Reichsleiter Bormann uznał, że jednoczesny przewóz ludzi i złota, to zbyt wielkie ryzyko. Jak to mówią, o jednego grzyba w barszczu za dużo. Dlatego złoto pojechało już dziś, w miejsce, gdzie tymczasowo zostanie ukryte. Wy zaś poczekacie do jutra. Około południa powinny tu dotrzeć cztery inne ciężarówki i wieczorem wyruszycie w ostatni już etap.

- Gdzie dokładnie?

- Nie mogę zdradzić. Powiem tylko, że kilkadziesiąt kilometrów od pewnej uroczej miejscowości, zamieszkałej przez dużą liczbę Niemców, o nazwie San Carlos de Bariloche. Słyszał pan o czymś takim?

- Muszę przyznać, że nie. Geografia lądów nie jest moją specjalnością.

- Nie szkodzi. Jest tam też wielkie jezioro o nazwie Nahuel Huapi. Będziecie się tam dobrze czuli.

- A co to za dziwna nazwa?

- Prawdę mówiąc, nie mam pojęcia. Chyba jeszcze inkaska. Ale to będzie pojutrze. Na razie zaś proszę pić, jeść i odpoczywać.

- Z tym pierwszym mogą być problemy. Odwykliśmy od alkoholu, a to wino jest bardzo mocne.

- Tym akurat nie trzeba się przejmować, kapitanie. Ani pan, ani żaden z pańskich ludzi nie siada jutro za kierownicą, czy za sterami okrętu. Możecie więc pić do woli. My tymczasem będziemy czuwać.

 

            Czekali jeszcze ponad dwie godziny, aż w końcu ustały wszelkie śpiewy, rozmowy i szwendanie się bez celu. W zamian, ze stodoły rozległo się zbiorowe, chóralne chrapanie. Getz jeszcze raz popatrzył na swych dwóch kompanów. Gonschorek… Weteran i zabójca. Cztery lata w Waffen - SS, z czego blisko trzy na froncie wschodnim. Doświadczony jak diabli i kuty na cztery nogi. Kluge… Członek Einsatzgruppen na Ukrainie. Chwalił się, że masowych egzekucjach własnoręcznie rozwalił ponad siedmiuset Żydów! Więc i teraz nie powinna zadrżeć mu ręka. A jutro wykopią grób…

            Na razie zaś jest robota i tylko po jej wykonaniu mogą się stać naprawdę bogatymi ludźmi. Skinął więc głową i obaj kompani od razu wiedzieli co mają robić. Gonschorek sięgnął do samochodu i spod siedzenia wyciągnął powiązane drutem dwie wiązki granatów. Straszliwy, żołnierski  wynalazek! Zanim wymyślono panzerfausty, na wschodnim froncie była to druga ręczna broń na czołgi. Zaraz obok min magnetycznych. Teraz zaś miała służyć do zabijania Niemców. Ale skoro ten rozkaz potwierdził sam führer, więc nie było co myśleć. Obaj zabójcy przerzucili przez ramię automaty, wzięli po wiązce i po chwili zniknęli po bokach stodoły. Tam, gdzie wcześniej wyjęli ze ścian okienka.

            Sam Getz stanął z boku wrót wjazdowych. Nie za blisko, aby koszmarny w zamkniętej przestrzeni wybuch nie zabił go odłamkami, czy też nie przygniótł wyrwanymi z zawiasów ciężkimi odrzwiami. Zupełnie bez sensu i jakby dla uspokojenia nerwów, ostatni raz spojrzał na fosforyzujące wskazówki zegarka. Już prawie północ. Jeszcze nie zdążył oderwać wzroku, gdy potężny wybuch wstrząsnął całym budynkiem. Gonschorek… On miał rzucać pierwszy. Nie minęło siedem sekund, gdy drugi wybuch rozdarł ciemność, a wyrwane wewnętrznym wybuchem wrota stodoły, z łoskotem runęły na ziemię.

            Więc teraz! Z pistoletem w dłoni Getz ruszył przed siebie i ostrożnie zajrzał do środka. Widział już w życiu wiele, ale jatka, jaką tam zobaczył, zaparła mu dech. Okaleczone, zakrwawione i porozrywane ciała leżały wokoło, budząc grozę samym swym widokiem. W kilku miejscach pełzały małe ogniki, grożąc pożarem całego budynku. Na pierwszy rzut oka wydawało mu się, że nikt wewnątrz nie ocalał, gdy nagle spod ściany, w jego stronę wypełzła straszna, z popalonymi włosami i urwaną lewą stopą, na wpół przytomna ludzka postać. Popatrzyli sobie przez chwilę w oczy i Getz usłyszał tylko jedno słowo.

- Dlaczego?

- Z rozkazu führera! - Getz nawet nie zauważył, jak u jego boku pojawił się Kluge i wypowiedziawszy tę cyniczną formułkę wpakował krótką serię w twarz pytającego, w jednej chwili zamieniając ją w niekształtny, krwawy strzęp. Chwilę później obaj z Gonschorkiem weszli do środka, oddali po kilka serii do nielicznych wciąż drgających ciał i zaczęli energicznie deptać pełzające płomyki.

            Tego było już za wiele. Getz z trudem opanował nagle ogarniające go mdłości, szybko odszedł kilka kroków, odwrócił się i głęboko wciągnął w płuca chłodne, nocne  powietrze. O kurwa! Mało brakowało, a zrzygał by się przy podwładnych. Zrobił więc jeszcze kilka głębszych wdechów, uspokoił nerwy i ponownie ruszył ku wejściu do stodoły.

- Wszyscy? - rzucił krótkie pytanie widząc skierowany na siebie wzrok Gonschorka.

- Jawohl. Te dwie wiązki wykonały dziewięćdziesiąt procent roboty. Kilku trzeba było dostrzelić, ale problemów nie było.

- To dobrze. Teraz przynieście nieco wody i dogaście ten ogień. Nie chcę tu żadnego pożaru. A później idziemy spać. Bo od rana czeka nas kurewsko ciężka robota.

 

Komentarze