Przejdź do głównej zawartości

ATOMOWY POKER 180

 

04.11.1945, południe - Argentyna, La Falda, hotel Eden.


            - No i pozamiatane! - Bormann od rana prezentował wyjątkowo dobry humor. - Wszystko idzie dobrze, mój drogi Heinrich. Sytuacja jest opanowana, a ja nareszcie czuję, że znów żyję pełnią życia.

- To akurat żadna nowina, reichsleiter. Widać to po panu.

- Naprawdę? To chyba dlatego, że znów mogę działać. Z jednej strony Manfeld zabezpieczył skrzynki przywiezione przez nas, z drugiej właśnie otrzymałem radiowe hasło, że złoto z konwoju też już dotarło do punktu przeznaczenia.

- To świetna wiadomość, reichsleiter!

- Jest jeszcze jedna. Poprzez Eichhornów nawiązałem kontakt z pewnym człowiekiem, którego pan również wkrótce pozna.

- Rozumiem, że ktoś ważny.

- Bardzo. Dotychczas nie było go na naszej liście, bo swoje interesy przeniósł do Ameryki Południowej już wcześniej. Jest naszym przyjacielem i będzie bardzo pomocny w realizacji naszych przedsięwzięć. To Fritz Mandl, przed wojną austriacki król amunicji i cichy przyjaciel Eichhornów. Tutaj ma wytwórnię amunicji w Cordobie, kopalnie węgla, wielkie posiadłości i fabrykę rowerów w Buenos Aires. Podobno bez większych problemów część z niej może przekształcić w laboratorium dla naszych potrzeb. I co pan na to?

- To bardzo budujące. Mnie jednak bardziej by interesowało, czy można tam uruchomić produkcję szybkich materiałów wybuchowych. Takich, jakie dostarczał nam zakład w Christianstadt. I pewno będę to musiał sprawdzić osobiście.

- Nie jestem jeszcze zorientowany, ale wkrótce dojdzie do spotkania. Wtedy zabiorę pana ze sobą.

 

            To były wspaniałe informacje. Sam niewiele zdziała. Wcześniej już myślał Henryk nad sposobem nawiązania kontaktu i wreszcie zaświtała iskierka nadziei. Jej przeczucie miał już na Atlantyku, gdy zapoznano go z listą niemieckich przedsiębiorstw, z których niestety znaczna część, i to kluczowych dla ich zadania, była poza boskim Buenos. Teraz ta nadzieja zaczęła się materializować. Jeżeli Mandl ma tam swoją fabrykę, to wcześniej czy później, on sam będzie musiał tam pojechać, i to być może na dłużej. A wtedy trzeba będzie podjąć tę próbę, o której czasem już śnił po nocach. Próbę nawiązania kontaktu z majorem Stanisławem Orawą!

 

            04.11.1945, popołudnie - Argentyna, opuszczona hacjenda, drugi punkt przejściowy, 670 kilometrów na zachód od Las Grutas.


            Tylu kurew, ile podczas kopania posłali w przestrzeń, nie przeleciał by nawet najbardziej bojowy i wygłodzony długim pobytem na froncie pułk SS. Już od wczesnego ranka słońce paliło jak oszalałe, a na błękitnym niebie nie pojawiła się nawet jedna chmurka.

- Jak by to było u nas? - zastanowił się Getz przez chwilę. - Początek listopada tutaj, to jak w Niemczech początek maja. Potrafi być i bardzo zimno i bardzo gorąco. A nam przydarzyło się akurat to drugie. Niech to szlag trafi! Ale robotę wykonać trzeba. Wyciągnęli więc najpierw zwłoki ze stodoły, ułożyli równo pod ścianą i Getz wziął aparat do ręki. Dobra, niemiecka „Leica”, a na kliszy miejsce na dwadzieścia cztery zdjęcia. Były już wprawdzie klisze na trzydzieści sześć zdjęć, ale takiej pod ręką akurat nie miał. Trudno. Dobre i to. Zrobił więc zdjęcie z oddali, a później fotografował już po trzy trupy, tak, aby uwiecznić wszystkich. Beznamiętnie zrobił swoje, przechodząc wzdłuż leżącego szeregu, a koniec, dla pewności pstryknął jeszcze fotki z jednej i drugiej strony. Fertig! Będzie dowód, że robotę wykonał i złoto się należy. A, że zostało jeszcze kilka zdjęć? Nie szkodzi, bo nagle przypomniał sobie jeszcze jedną, wczorajszą myśl. Tę o dwudziestu paru kilogramach… Czy oni naprawdę nie wiedzą, jak to wygląda? Liczba robi wrażenie, ale to tylko pozory. Złoto jest ciężkie i gdyby odlać to w kulę, miałaby wielkość niewielkiej, dziecięcej piłki. Zmieściła by się w pierwszy lepszy żołnierski plecak, albo pojemnik na maskę przeciwgazową. Wiec może jednak…

            Na razie jednak trzeba było kopać. Pracował więc razem z Klugem i Gonschorkiem, aż pot zalewał im oczy i spływał po policzkach. Zmieniali się też co dziesięć minut, tak, aby było sprawiedliwie. Tylko w ten sposób Getz mógł bowiem utrzymać dyscyplinę. To była jeszcze stara, dobra szkoła. Nie żądaj od podwładnego tego, czego sam byś nie chciał lub też nie był w stanie wykonać. Tylko wtedy zasłużysz na ich szacunek i zaufanie. Podsunął im też myśl, aby z dwóch drągów i wyciętego z plandeki ciężarówki pasa brezentu wykonać prowizoryczne nosze. No bo niby jak mieli by nosić zakrwawione zwłoki? Na własnych plecach?

 

            Kilka godzin później było po wszystkim. Zwłoki zakopane, ręce umyte, ślady wstępnie usunięte i zatarte. Jeżeli nikt tu przez miesiąc nie zajrzy, w życiu się nie domyśli, co tu zaszło. Krwawe zacieki zmyją deszcze, strzępki ciał w naturalny sposób się rozłożą, o ile wcześniej nie pożre je jakaś dzika zwierzyna. Jaka? Nad tym Getz się nie zastanawiał. Coś tu jednak musiało żyć i czymś się żywić. A skoro tak, to sama przyroda przyjdzie im w sukurs. Albo raczej jemu, bo Getz już rano podjął wstępną decyzję. Co jest lepsze od dwudziestu paru kilogramów złota? Oczywiście siedemdziesiąt kilogramów złota! Ale trzeba to zrobić tak, aby żaden z zabójców się nie zorientował. Są zbyt czujni na to, aby ich tak po prostu i zwyczajnie zastrzelić. A przy tym znów trzeba by kopać.

            Pomysł więc był inny. Jeszcze podczas kopania poszedł po wodę do picia i korzystając z zasłaniającej go stodoły, szybko naciął nożem przewód hamulcowy ciężarówki. Nie do końca, ale jednak. To powinno zadziałać. Jego towarzysze od krwawej roboty nie znali tej drogi, a kilka kilometrów dalej, godzinę jazdy przed główną trasą był długi, dość stromy zjazd i zaraz potem ostry zakręt w lewo. Tam trzeba naprawdę mocno hamować. A wtedy…

 

            Popatrzył we wstecznym lusterku, jak ruszają za nim. Na razie droga była prosta i hamulców nie trzeba było używać. Widział w kabinie ich roześmiane twarze i przez chwilę zastanawiał się, jak będą wyglądali za kilka minut. Nieważne… Mimo nie najlepszej drogi przyspieszył do siedemdziesięciu kilometrów na godzinę, prowokując ich do szybszej jazdy. Tak, aby stało się nieodwołalne. Bo gdyby któryś jednak przeżył… Getz poczuł, jak skóra cierpnie mu na plecach. Nie… Nie da im tej szansy. Znów więc nacisnął pedał gazu, widząc w lusterkach zbliżający się zjazd. Siedemdziesiąt pięć, osiemdziesiąt, osiemdziesiąt pięć… Samochód rozpędzał się na zboczu i dosłownie w ostatniej chwili, widząc zasłaniającą dalszy przebieg drogi wielką skałę, Getz ostro  wyhamował, jednocześnie skręcając przy tym w lewo. W mgnieniu oka zobaczył jeszcze zbliżający się do swego tyłu zderzak ciężarówki, który o włos minął mu bagażnik, a w chwilę później usłyszał głośny huk. Zatrzymał swoje auto i wyskoczył na drogę. Zbocze było pozornie niewielkie, ale usiane sporymi głazami, a trzydzieści metrów dalej, w wąskim, lecz dość głębokim wąwozie płynął niewielki, kamienisty strumyk.

            Przy takiej prędkości to wystarczyło. Wbita w jeden z większych głazów ciężarówka leżała na boku, a zmiażdżoną kabinę ogarniały właśnie pierwsze języki ognia. - Przeżyli czy nie? - pobudzony tą myślą Getz chwycił więc automat i zbiegł na dół. Trzeba dokończyć robotę.

            Nie było takiej potrzeby. Przebity kolumną kierownicy Kluge martwymi oczami patrzył tępo przed siebie, a pocięta rozbitą szybą twarz i szyja Gonschorka, w ogóle już nie przypominały czegokolwiek ludzkiego. A skoro tak, trzeba to odpowiednio wykorzystać. Biegiem wrócił po aparat i w minutę później film został naświetlony do końca. Będzie dowód, że do niego nie można mieć pretensji. Przecież wypadki się zdarzają. Podszedł kilka kroków bliżej, jeszcze raz spojrzał na martwe ciała, ale zaraz potem musiał się cofnąć. Ogień powiększał się bowiem z każdą minutą i już po paru chwilach zwłoki zaczęły powoli się zwęglać, wydzielając czarny dym i koszmarny smród spalonego mięsa.

            Hurra! Udało się! Nie trzeba będzie się już dzielić, a to, co dostanie w nagrodę, z nawiązką wynagrodzi całą jego dotychczasową służbę.

 

06.11.1945, wieczór - Argentyna, La Falda, hotel Eden.


            - Dziękuję! - Vogel wstał od stołu i z cicha beknął. - Karmią nas tu iście po królewsku. Jak tak dalej pójdzie, trzeba będzie zacząć się odchudzać.

- Nie żałuj sobie Maks. Jeszcze z tydzień i będziemy musieli się stąd przemieścić - Bormann wciąż jadł i rozmawiał z pełnymi ustami.

- Przemieścić? - Henryk udał zniesmaczonego. - A co? Źle nam tutaj?

- Oczywiście, że nie. Ale nie jesteśmy tu na wywczasach. Pan jeszcze odpoczywa, ale już doktor Vogel ma co do roboty. Führer, jego żona, dziecko …

- A pan, reichsleiter?

- Już od prawie półtora roku wszystko organizuję i o wszystkim muszę myśleć.

- A o czym tu myśleć? Skoro wszystko było na pańskiej głowie, to nie wierzę, żeby coś nie zostało dopięte na ostatni guzik - Henryk bezwstydnie schlebiał mlaskającemu wciąż Bormannowi.

- Pozory, herr doktor! Pozory - Bormann pił już czwarty kielich znakomitego wina i chyba to właśnie czyniło go dziwnie rozmownym. - To wszystko nie jest takie proste. Zapewnić odpowiednią ilość zaufanych ludzi, bezpieczny transport, miejsca pobytu, odpowiednie warunki dla führera i jego rodziny, tymczasowe ukrycie złota, załatwienie sprawy załogi…

- Nie rozumiem…

- Czego pan nie rozumie? Wszystko jest jasne.

- Chodzi mi o to ostatnie. Powiedział pan o załatwieniu sprawy załogi.

- A, o to panu chodzi. No, cóż… Pamięta pan, co powiedziałem bezpośrednio po uduszeniu tego Krugera? Jeszcze na okręcie?

- Owszem. Przypominam sobie. Powiedział pan, że sprawcy zostaną ukarani.

- I mam już w tej sprawie sprawdzoną wiadomość. Właśnie się to spełniło.

- Naprawdę? A w jaki sposób ich pan zidentyfikował?

- Nie musiałem tego robić. Po prostu wszyscy zostali zlikwidowani.

- Wszyscy? Jak to?

- Normalnie. A co pan myślał? Że spisek puszczę płazem?

- Jeżeli nawet jakiś był, to przecież nie wszyscy są winni. Mówi się nawet, że lepiej wypuścić stu winnych, niż skazać jednego niewinnego.

- Oj, jaki pan naiwny, doktorze… Proszę więc przyjąć do wiadomości, że u mnie jest odwrotnie. Lepiej skazać stu niewinnych, niż wypuścić jednego winnego - Bormann powiedział to z tak fanatycznym przekonaniem, że nawet zazwyczaj zimny i cyniczny Vogel mimo woli wyraźnie zadrżał - Przecież to nie mogło być tylko trzech, jak nam to określił nasz doktor. Nie jest możliwe, żeby o zamiarze uduszenia Krugera nie wiedziało co najmniej trzech następnych. Nie jest też możliwe, aby tego zabójstwa nikt nie zauważył. A skoro tak się stało, to śmiało możemy założyć, że milcząco poparło ten czyn co najmniej następnych trzech. Mamy już więc dziewięciu ludzi.

- A oficerowie? Też pan myśli, że mogli brać w tym udział?

- Nie można wykluczyć, że jeden czy dwóch wiedziało o tym. A jeżeli nawet nie wiedzieli, to dowiedli, że jako narodowi socjaliści są gówno warci. Do tego dochodzą moje źródła, które też zgodnie stwierdziły, że nic w tej sprawie nie wiedzą. Nie wierzę w takie ich gadki i jestem przekonany, że przynajmniej jeden czy dwóch musiało coś wiedzieć, a więc i aprobować. No i co? Miałem nad tym przejść do porządku dziennego? A liczył pan to, co mówiłem? Jak by nie kombinować, zebrała się grupa od jedenastu do piętnastu ludzi, którzy byli w zmowie, czyli w spisku. To aż jedna trzecia załogi. W tej sytuacji chyba pan rozumie, że nie miałem innego wyjścia?

- Jawohl, reichsleiter - Henryk tą prostą formułką chciał już zakończyć straszną rozmowę.

- To dobrze, herr doktor. Bo jakby co, to naszej zemście nikt się  nie wywinie. Nawet ci z najwyższych sfer.

- A kogo niby ma pan na myśli?

- Jak to kogo? Powiedziałem już. Z najwyższych sfer. Co, chcecie może przykładów? Proszę bardzo. Nawet SS - gruppenführer Hermann Fegelein, który w ubiegłym roku ożenił się z siostrą naszej Ewy, Margarete Braun i przez to o mały włos nie został szwagrem naszego führera, został stracony. Najpierw potajemnie i samowolnie opuścił nasz bunkier, a następnie telefonicznie próbował przekonać Ewę do ucieczki z Berlina. Planował zwiać do Szwajcarii z jakąś rudowłosą damulką, mając przy sobie dwie torby z pieniędzmi, klejnotami i fałszywymi paszportami. Dorwaliśmy zdrajcę i mimo, iż usiłował się wywinąć samemu zrywając swoje dystynkcje i obiecując jako prosty żołnierz walczyć na pierwszej linii, nie daliśmy się wykiwać. Führer skazał go na śmierć, w ogrodach kancelarii Rzeszy dostał kulkę w plecy i po sprawie. Z tego co wiem, nie ocalało nawet jego ciało, porozrywane na strzępy wybuchami padających tam pocisków rosyjskiej ciężkiej artylerii. 

- Zaraz, bo nie zrozumiałem… Jak to o mały włos nie został szwagrem führera? Przecież jednak ożenił się z siostrą Ewy.

- Owszem. Ale Fegelein zginął zanim nasz führer wziął ślub z Ewą. Zabrakło mu przysłowiowych dwudziestu czterech godzin. A inni? Jak nie giną z naszych rąk, to sami muszą ze sobą skończyć, albo też skończą z nimi nasi wrogowie. Na przykład taki były reichsführer, Heinrich Himmler. Sam musiał się otruć, po tym, jak wcześniej zdradził führera, a następnie wpadł w łapy Angoli. Marzyło mu się przetrwanie i zainicjował tajne kontakty z aliantami, obiecując za cenę swego nędznego życia załatwić kapitulację naszych wojsk na froncie zachodnim. Został więc zdjęty z funkcji, wydalony z partii i stał się wyrzutkiem bez żadnych wpływów. A znów taki Moring…

- Moring? - wyrwało się Voglowi.

- Tak go nazywaliśmy, w naszym wewnętrznym kręgu. No, już pan wie o kogo chodzi?

- Zaczynam się domyślać…

- Brawo. To oczywiście Göring, albo inaczej gruby Hermann, marszałek Rzeszy i dowódca Luftwaffe. Też zdradził führera, usiłując w jego zastępstwie przejąć władzę.  A przezwisko Moring pochodzi od morfiny, którą stale zażywał i od której był uzależniony. Podał się Amerykanom i siedzi teraz w ich pudle. Jak znam życie, zostanie skazany na śmierć i nawet nie zgodzą się, aby honorowo go rozstrzelano, jak przystało na żołnierza. Zawiśnie niczym zwykły łotrzyk, na konopnym sznurze. A gdybyście panowie zastanawiali się kiedyś, po co im to wszystko opowiedziałem…

- Tak? - zainteresował się Vogel.

- To również proste. Nikt, ale tak naprawdę nikt nie ujdzie mojej ręce, gdyby się wdał w jakieś nieczyste gierki za naszymi plecami. Bez względu na dotychczasowe zasługi i aktualnie zajmowaną pozycję.

 

            Już późno w nocy Henryk jeszcze raz przeanalizował tę rozmowę. Ostrzeżenie? Jak najbardziej, a ewidentnym celem było ich zastraszenie. Mają zasługi, obaj są przydatni, ale jakby co, to litości żadnej nie będzie. Tak… Przypomniał sobie jeszcze gdzieś zasłyszane zdanie, że potrzebni są tylko posłuszni. A więc trzeba zdwoić czujność. Mieć uszy i oczy otwarte, a język schowany głęboko w ustach. Bo kto wie, gdzie i w jaki sposób może być zrozumiana czy zinterpretowana nawet najbardziej niewinna uwaga.

 

Komentarze