Przejdź do głównej zawartości

ATOMOWY POKER 181

 

09.11. 1945, wieczór - Argentyna, La Falda.


            Pablo Martinez miał trzydzieści siedem lat, dobry wzrok, ciekawość świata i mało pieniędzy.

Nie tak łatwo utrzymać żonę i trójkę dzieci, gdy pracuje się dorywczo albo wcale. Co prawda, pracował dziesięć lat w hotelu Eden, ale dwa lata temu go zwolniono. I to za co? Za to, że postanowił zrobić wytrych i próbował nim otworzyć hotelową piwnicę z winem? Czy to naprawdę taki grzech? Skoro rzekomo było tam tylko wino, to dlaczego aż tak chronili to pomieszczenie? Klucz miał tylko właściciel i niemiecki dyrektor hotelu, który otwierał je w towarzystwie dwóch zaufanych, oczywiście niemieckich kelnerów. I jak tu w takiej sytuacji nie być ciekawym, co tak naprawdę kryje się za stalowymi, wzmocnionymi drzwiami? Bo, że coś się tam kryje, był święcie przekonany. Wino i takie środki ostrożności? Stanowczo  nie mogło tu chodzić tylko o ten szlachetny trunek. Toteż, gdy rok później pewien amerykański gringo, w zamian za bieżące informacje o hotelu wsunął mu w kieszeń zwitek banknotów, nie oponował. Mieszkając w pobliżu, pilnie śledził wszelkie przyjazdy i odjazdy, zwłaszcza gdy chodziło o osoby narodowości niemieckiej. Nie było to zresztą nic trudnego, bowiem mieszkając tu od urodzenia, znał wszystkich, zarówno w miasteczku jak i w okolicy. I tylko jedno go zawsze zastanawiało. Dlaczego taki wielki pan, jak mieszkający w pobliskim Castillo Fritz Mandl, nigdy nie przyjechał do Eichhornów? Przecież w tym swoim swego rodzaju zameczku, często przyjmował towarzystwo i to nie byle jakie. Przyjeżdżali też do niego prominentni goście Edenu, bawiąc się tam i ucztując. Prawie wszystkich z nich rewizytował, zarówno w hotelu, jak i w ich prywatnych posiadłościach. Tylko z Eichornami było inaczej. Czemu się tak działo? Tego Martinez nie wiedział. Owszem, nie było dziwne, że do Castillo przyjeżdżały nikomu tu nieznane, piękne kobiety. To akurat było normalne. Kuzyn, który pracował u Mandla, opowiadał o nich niestworzone rzeczy, chociaż formalnie gębę miał trzymać na kłódkę. Ale jak tu się nie zwierzyć, gdy pryncypał jest aż takim oryginałem? W szafach ze sto garniturów, koszule tylko białe, w klapie marynarki zawsze czerwony goździk, a w dłoni kubańskie cygaro. No i te kobiety, które ponoć Mandl uwielbiał pasjami…

            Nie to jednak było najbardziej dziwne. Słyszał Martinez, że przed wojną Mandl był austriackim królem amunicji, a w roku 1920, gdy bolszewicy szykowali się do najazdu na zachód Europy, miejscowi komuniści podpalili mu fabrykę, aby nie mógł realizować dostaw dla Polski. Nienawidził ich od tego czasu, zacieśniając więzy z rodzącym się faszyzmem. Podobno był nawet przyjacielem samego Benito Mussoliniego. Więc dlaczego nie był przyjacielem Eichhornów? Dlaczego, mimo podobnych zapatrywań i przyjmowania tych samych gości, ostentacyjnie ich unikał? Jakieś osobiste animozje czy celowe działanie, pod publiczkę i na pokaz?

            Był to tak bardzo niedostępny świat, że jak dotychczas, Martinez głowy tym sobie nie zaprzątał. Bogaci mają swoje kaprysy, których szary człowiek nie zrozumie, ale tym razem granica została przekroczona. Już kilka dni temu zaczęły krążyć po mieście dziwne wieści. Przekazywane z ust do ust, nabierały rumieńców i własnego życia, utrudniając dojście do tego, co jest faktem, a co fikcją. Rzekomo nad ranem lądował jakiś samolot, a na pasażerów czekały trzy hotelowe samochody osobowe i ciężarówka, ochraniane przez ludzi uzbrojonych w automaty. Podobno wyładowywano jakieś skrzynie, a w hotelu pewną jego część niespodziewanie zakwalifikowano do remontu i wyłączono z użytkowania. Tyle, że bystry wzrok Martineza wychwycił wczoraj sylwetkę nieznanego mu mężczyzny wyglądającego tam oknem. A dzisiaj wieczorem  nastąpiła prawdziwa sensacja! W zapadającym zmroku pod dom Eichhornów zajechał sam Fritz Mandl! Widać czekano już na niego, bo gdy tylko w głębi ulicy pojawiła się wielka czarna limuzyna, brama do posiadłości otworzyła się jakby automatycznie, a na tylnym siedzeniu wolno podjeżdżającej maszyny można było zobaczyć mężczyznę z goździkiem w klapie.

            Tego już było za wiele. Działo się coś tajemniczego i Martinez czuł, że powinien o tym powiadomić. Kogo? Oczywiście mister Clarka, tego łysawego gringo, który oprócz kilku już zwitków banknotów dał mu też pewien numer telefonu w Buenos Aires, jednocześnie zakazując dzwonienia z poczty w La Falda. Trudno. Trzeba będzie pojechać do Cordoby, choć drogą to całe pięćdziesiąt kilometrów. Ale to nic. Zabierze się jutro jako pomocnik do wyładowania ciężarówek i stamtąd zadzwoni oczekując stosownego wynagrodzenia.

           

            Rozbierał się już do snu, gdy energiczne pukanie kazało mu się wstrzymać.

- Kto tam? - podszedł do drzwi, czujnie nasłuchując.

- Proszę otworzyć, doktorze - Henryk poznał głos Bormanna. - Ważna sprawa.

Przekręcił więc klucz w zamku i uchylił drzwi.

- O tej porze? O co tu chodzi?

- Widzę, że jeszcze pan nie spał. Proszę więc z powrotem założyć koszulę i marynarkę. Idziemy do führera.

- Teraz?

- Tak. Czeka tam człowiek, o którym już panu wspominałem. Fritz, a właściwie Friedrich Mandl.

- Więc już się ubieram. A tak przy okazji… To nie jest jakieś żydowskie nazwisko? Bo jakoś tak mi się kojarzy, chyba jeszcze sprzed wojny.

- Dobrze się panu kojarzy. Takie nazwisko nosił ojciec, czy też może ojczym naszego Fritza.

- Nie rozumem. Jak to, ojciec czy ojczym? Nie można być jednym i drugim na raz w stosunku do tej samej osoby.

- Ma pan rację, herr doktor. Nasz Fritz przez trzydzieści parę lat miał w papierach ojca o nazwisku Mandl. Był to mąż jego matki, Austriaczki o wyznaniu katolickim. Ale gdy zajęliśmy Austrię, matka złożyła oświadczenie, że prawdziwym ojcem Friedricha był pewien biskup. To pozwoliło mu uzyskać papiery czystego aryjczyka, chociaż nazwiska już nie zmienił.

- To po co wyjechał do Argentyny?

- To niespokojny duch, a Europa była dla niego za ciasna. Już wcześniej swoje biznesy chciał realizować na zachodniej półkuli. Tym bardziej, że powstał plan, aby Argentynę uczynić rolniczą kolonią Rzeszy. Miał w tym mieć swój udział.

- Jak to kolonią? Przecież to niepodległy kraj!

- Formalnie tak, ale w pewnym momencie uzyskaliśmy tu naprawdę wielkie wpływy. Wie pan doktorze, ilu Niemców tutaj mieszka?

- Nie mam pojęcia.

- Podam tylko twarde fakty. Nasza społeczność w tym kraju liczy dwieście tysięcy ludzi, z czego sześćdziesiąt tysięcy należało do miejscowego NSDAP. Z taką siłą można było wiele zdziałać. Pod koniec lat trzydziestych, prawie stworzyliśmy tu  swego rodzaju państwo alternatywne!

- Ale chyba już nie teraz?

- Niestety. Wiele spraw poszło nie tak, ale o tym kiedy indziej. Już pan gotowy?

- Tak.

- To zapraszam na dół. Do piwnicy.

- Słucham? Chyba nie tam mamy się spotkać z Fritzem Mandlem.

- A czy ja powiedziałem, że tam? Stamtąd tylko przejdziemy do domu Eichhornów.

- Z piwnicy? To jest tam jakieś przejście?

- A nie mówiłem, że pana zaskoczę? Oczywiście, że jest, bo inaczej bym tam pana nie prowadził.

- I nikt go dotychczas nie odkrył?

- Zastosowano pewne środki ostrożności. Zaczyna się w części przeznaczonej na najlepsze wina, a więc zamykanej na przysłowiowe cztery spusty. Klucze mają tylko Eichhornowie i ich zaufany człowiek, też Niemiec. Nikt niepowołany nie ma tam prawa wstępu. Za jedną z  odsuwanych na kółkach półek, jest wejście do tunelu prowadzącego do domu właścicieli. Wykonano go w roku 1912, przy okazji remontu kapitalnego i modernizacji obiektu. Przydaje się teraz jak cholera.

- A po co go zrobiono?

- Oczywiście dla bezpieczeństwa. Były tu wtedy jakieś niepokoje czy też  bunty chłopskie skierowane przeciwko właścicielom ziemskim. W takich przypadkach lepiej mieć w zanadrzu jakieś mocne atuty, niż słuchać później gorzkiej prawdy, że trzeba się było ubezpieczać. Ale teraz już chodźmy. Führer czeka.

            Ruszyli więc schodami i po dwóch minutach znaleźli się w piwnicy. Bormann przekręcił włącznik przy wejściu i zobaczyli ciężkie, stalowe drzwi oraz warującego tam Manfelda, który natychmiast je otworzył. Znaleźli się w części przeznaczonej na wina, a spojrzenie wokół ujawniło rzędy półek z omszałymi butelkami.

- No i jak się tu panu podoba doktorze?

- Robi wrażenie…

- Zaręczam, ze to najprzedniejsze trunki w całej Ameryce Południowej. Życia by panu nie starczyło, aby z tego co tu jest, wypić chociaż połowę.

- Wierzę, reichsleiter. To teraz którędy?

- Już mówiłem, że za jedną z półek. Znajdzie ją pan?

            Krótkie oględziny nie ujawniły tej tajemnicy i choć Henryk miał swoje podejrzenia, postanowił grać rolę mniej spostrzegawczego.

- Poddaję się, reichsleiter. Nie mam pojęcia. Może, gdybym próbował odsunąć wszystkie półki po kolei…

- Zapewniam, że stracił by pan sporo sił i czasu - Bormann był wyraźnie usatysfakcjonowany. - Zapraszam więc do tamtej - ujął za róg jedną z nich i dziwnie łatwo przesunął ku środkowi.

            Rzeczywiście. Za drewnianą ścianą półki ział ciemny, półkolisty otwór, wysoki na jakieś dwa metry i szeroki na blisko półtora.

- Proszę - Manfeld nie wiadomo skąd wyciągnął do nich dwie latarki. - W tunelu nie ma światła.

- A jak głęboko jesteśmy pod ziemią? - Henryk  z zainteresowaniem oglądał strop, przy wejściu wymurowany czerwoną cegłą.

- Jakieś dwa i pół, do trzech metrów. No, proszę!

            Poszli. Bormann przodem, Henryk tuż za nim. Blade światło latarek wydobywało cienie na ścianach, głucho brzmiały kroki w ciasnej przestrzeni.

            Nie trwało to nawet półtorej minuty, bo tunel nie był długi i znaleźli się przed następnymi stalowymi drzwiami, w które Bormann zapukał trzy razy szybko i raz po krótkiej przerwie. Widać hasło było odpowiednie, bo wpuszczający ich dalej krępy cywil nie miał nawet cienia wątpliwości.

- Zapraszam panów. Goście już czekają.

 

            Po tym spotkaniu Henryk długo nie mógł zasnąć. Nastał już świt, a on nadal analizował wszelkie szczegóły, powoli odkrywając coraz więcej zastanawiających faktów. To, że Fritz Mandl roztaczał przed nimi wizję zwiększenia produkcji amunicji czy tajnego przestawienia części fabryki rowerów w Buenos Aires na produkcję przydatnych im szybkich materiałów wybuchowych, mieściło się w oczekiwanych przez Henryka posunięciach. To, że zaprosił ich do położonego niespełna dwadzieścia kilometrów dalej Castillo, też nie było dziwne. Gdzie jak gdzie, ale tam na dekonspirację narażeni byli znacznie mniej. Zastanawiało go jednak co innego. Zetknął się z Hitlerem już parę razy i to bezpośrednio, twarzą w twarz. Ściskał też kilka razy jego dłoń. Co prawda pierwszy raz lata temu, ale jednak. Później była długa przerwa i ponowny, co prawda dość ograniczony i sporadyczny  kontakt na pokładzie U - Boota. Już wtedy rzuciła mu się w oczy zmiana, jaka zaszła w führerze i nie chodziło tu tylko o to, że niejako półoficjalnie zaczął nosić okulary. Teraz jakoś nieco inaczej chodził, mówił bez tego, doskonale wszystkim Niemcom znanego przekonania i fanatycznego błysku w oczach. Klęska tak na niego podziałała, czy może też długie przebywanie w surowych, betonowych a później stalowych pomieszczeniach, bez słońca, świeżego powietrza i kontaktów z normalnymi ludźmi? A może cierpiał na jakąś chorobę? To, że zaczął nosić okulary było do wytłumaczenia. To, że czasem jakby drżał, niby też. Napięcie nerwowe ostatnich lat musiało zrobić swoje. Ale dlaczego Henryk miał wrażenie, że to drżenie było jakieś lękliwe, zwłaszcza w obecności Bormanna? I jeszcze to dziwnie zastanawiające zamykanie się w sobie… Dość powszechnie słyszano o tak zwanych rozmowach Hitlera przy stole, kiedy to wszyscy musieli wysłuchiwać kilkugodzinnych nieraz tyrad czy wykładów o wszystkim i o niczym. Podobno to nawet stenografowano. A teraz? Niewiele się odzywał, a gdy raz wspomniano o jego ucieczce, powiedział dwa czy trzy niewiele mówiące i skąpe zdania, które natychmiast sprostował Bormann. Czyżby Adolf tracił pamięć? Bo jeżeli tak, to wkrótce stanie się tylko marionetką w rękach Bormanna. I tu dopiero powstaje pytanie. Tak naprawdę, dokąd to wszystko prowadzi i do jakiego zmierza końca?

 

Komentarze