21.11.1945 - popołudnie - Argentyna, Castillo, posiadłość Fritza Mandla.
Hotel czy zameczek Mandla? Gdzie czuł się lepiej i gdzie lepiej karmili? Nie umiał tego rozstrzygnąć. Siedział teraz na leżaku rozkoszując się promieniami słońca, od czasu do czasu sięgając do stolika z zimnym drinkiem. Tak … To by mogło trwać wiecznie.
- No, z tym wiecznie - zreflektował się zaraz - to lekka przesada. Ile w końcu można pozostawać w leniwej bezczynności, chodząc bosymi stopami po soczystej trawie, pijąc drinki i oczekując nie wiadomo na co? Znów pociągnął łyk zimnego, z lekko wyczuwaną nutą alkoholu pomarańczowego napoju, odstawił szklankę na blat stolika i popatrzył w górę. Raj. Złociste słońce na bezchmurnym niebie, temperatura jeszcze akceptowalna, lekki wietrzyk i piękna architektura. Wbrew pierwotnemu nazewnictwu, co prawda nie przypominała typowych, gotyckich zamczysk europejskich, ale było w tej budowli coś surowego, masywnego, a jednocześnie przyjaznego mieszkańcom. Jednopiętrowa bryła stwarzała przyjemne wrażenie, nie przytłaczając otaczającej jej posiadłości. - Nieźle się tu urządził ten Mandl - pomyślał w końcu Henryk. Cisza, spokój, dyskrecja i swoboda. Tego właśnie trzeba było po wygodnych, ale położonych zbyt blisko ciekawskich oczu obiektach w La Falda. Dopiero tutaj żona Hitlera mogła spokojnie usiąść na tarasie, mając koło siebie wózek ze śpiącym maleństwem. Co jakiś czas zaglądał do niej Vogel, raz czy dwa widział tam Henryk nawet Adolfa. - Raz czy dwa? - zastanowił się nagle. - Są tu już przecież od ponad tygodnia. Nie muszą konferować z Bormannem, który pięć dni temu gdzieś wyjechał, enigmatycznie stwierdzając, że trzeba dopilnować materialnych podstaw ich egzystencji. Podobno chodziło o złoto. Powracając jednak do tematu… Hitler jest taki oziębły, czy też nie akceptuje córki?
Przerwał swoje rozmyślania, widząc zbliżającego się mężczyznę ze srebrną tacą w ręku. Z czarną czupryną, rysami zdradzającymi miejscowe indiańskie pochodzenie, ubrany w czarne spodnie, takież lakierki i białą, kelnerską marynarkę, był typowym przedstawicielem mieszanki starego i nowego świata, przenikających się wpływów rdzennej kultury z elementem napływowym.
- Senior, jeszcze jednego drinka? - niemczyzna kelnera była sztuczna i chropawa.
- Dziękuję. Na razie wystarczy - Henryk spojrzał na zegarek i gestem odprawił kelnera. Jak mu tam było? Jorge Martinez? Nie mógł sobie przypomnieć, chociaż całą czwórkę służących przedstawiono im zaraz po przyjeździe. Podkreślono, że to miejscowi, ale trochę już znają język niemiecki i że przez cały czas pobytu gości nie będą mieli kontaktu z nikim z zewnątrz. - Nawet z rodzinami - jak podkreślił Mandl, pokazując palcami gest liczenia pieniędzy, którymi kupił ich lojalność. Byli więc na wszelkie zawołanie i to dwadzieścia cztery godziny na dobę. W posiadłości były jeszcze dwie kucharki, ale tych Henryk jeszcze nie widział. Od świtu do nocy przesiadywały w kuchni, pitrasząc według gustów Mandla i wskazówek - jak się okazało, wielkiego smakosza - Vogla.
Obsługę uzupełniało kilkunastu ponurych, o europejskich rysach twarzy typów, wyposażonych w karabiny i rewolwery, na zmianę pilnujących bramy do posiadłości i wraz z kilkoma psami patrolujących teren wewnątrz ogrodzenia. Pojawili się tu równo z ich przyjazdem i Henryk nie miał najmniejszych wątpliwości, że bez rozkazu Bormanna nikogo tu nie wpuszczą. - I nikogo nie wypuszczą - pomyślał po chwili. - Jestem więc jak w złotej klatce - pomyślał ponownie z wisielczym humorem i przeciągając dłonią po nasmarowanej oliwką dla ochrony od słońca klatce piersiowej, wstał z leżaka. Trzeba iść pod prysznic. Do zbliżającej się kolacji nie założy przecież czystej koszuli na lepiące się, rozgrzane i spocone ciało.
Zakręcił wodę i sięgnął po ręcznik, gdy do jego uszu dotarły jakieś podniesione głosy. Stało się coś? Owinął biodra miękką tkaniną i wyszedł z łazienki. Przez chwilę była cisza i już myślał, że się przesłyszał, gdy znów dobiegł go podniesiony głos kobiety. Ewa? Chociaż w pokoju był przecież sam, na paluszkach podszedł do otwartego okna i wyjrzał na zewnątrz. Nikogo. Już miał się cofnąć, gdy nagle zrozumiał. Dźwięki dochodziły z sąsiedniego pokoju. Pokoju Ewy i dziecka, gdzie okna co prawda nie otwarto na oścież, ale połówka była uchylona. Ale z kim ona w ten sposób rozmawia? Przecież chyba nie z mężem?
Wychylił się mocniej i ponownie nadstawił uszu. Nie na darmo, bo w chwilę później znów dobiegł go jej podniesiony, chociaż w wyraźny sposób sztucznie ściszany głos.
- I nigdy więcej tu nie przychodź! Zrozumiałeś?
- Ale przecież musimy stwarzać jakieś pozory. Bo inaczej…
- Mówiłam ci już. Tylko publicznie i tylko wtedy, gdy jest to naprawdę konieczne.
- Przecież ja tylko chciałem…
- Nie interesuje mnie, co chciałeś. Jesteś tylko dublerem, marionetką i nędznym komediantem, którego Bormann potrzebuje do swych brudnych celów i to jedynie na jakiś czas. Tylko dlatego do ostatniej chwili kazał cię szkolić w tym całym Hohenlychen i potem zabrać na pokład U - Boota. Ale do prawdziwego führera nawet się nie umywasz!
- Tak? To dlaczego, jak dotąd, wszyscy się nabierają?
- Nic mnie to nie obchodzi. Wynoś się już i daj mi spokój!
- A żeby cię! - Henryk usłyszał trzaśnięcie drzwi i w chwilę później płacz wyrwanego ze snu dziecka.
- Sobowtór?!!! - kompletnie zaskoczony, mimowolnie powiedział to aż po polsku i opadł w stojący obok przepastny fotel. - Jak Boga kocham, sobowtór! - powtórzył w stylu swego dziadka Gustawa. Chociaż … Nie!!! To chyba niemożliwe!!! To się nie mogło wydarzyć! Przecież Moder opowiadał jak było i chyba go nie okłamywał. Ale zaraz… Z jego opowieści wynikało, że w bunkrze go wtedy nie było. Czekał na Bormanna w ruinach Kancelarii Rzeszy. Więc on też został oszukany? Właściwie, to jest to możliwe, a nawet bardzo prawdopodobne. Dopiero teraz zwrócił uwagę na jeszcze jedną rzecz. Bormann kiedyś wspomniał, że Hitlera z żoną wywieziono na pokładzie samolotu Arado Ar 96. Ale to przecież maszyna dwuosobowa, a ktoś ją musiał pilotować. Przecież nie zrobili tego ani Adolf, ani Ewa, a trzecia osoba raczej by się tam nie zmieściła! Musiano więc wywieźć samą Ewę. Czy tylko dlatego, że była w ciąży? Chyba tak. A führer? Pewno musiał zostać i albo z własnej woli popełnił samobójstwo, albo też został do tego zmuszony. Możliwe też, że został zwyczajnie zamordowany. Przez kogo? Na pewno nie przez nikogo z zewnątrz. Więc może przez Bormanna albo działających na jego zlecenie i wiążących z nim swoją przyszłość innych, najbliższych współpracowników Adolfa? Mąciło mu się w głowie od tych spekulacji, które jak błyskawice, jedna po drugiej przelatywały mu przez mózg. Więc tylko Ewa… Słyszał co prawda, jak po uwolnieniu Mussoliniego, do kabiny samolotu Fieseler 156 „Storch” wpakował się na siłę i na trzeciego Otto Skorzeny. Mało nie skończyło się to katastrofą. Ale tam, samolot do startu nabierał prędkości pędząc w dół po stromym zboczu i miał przed sobą głęboką przepaść, gdzie skrzydła mogły jednak złapać jakąś siłę nośną. A w Berlinie? Prawie do końca wykorzystywano lotnisko Tempelhof, a po jego zajęciu przez Rosjan podobno i aleję przed Bramą Brandenburską, która miała około 1800 metrów długości i dla jej poszerzenia wycięto po bokach wszystkie drzewa. Ale czy na takim dystansie Arado zdołało by wystartować i wzbić się ponad Bramę? Jeżeli nie było przeciążone, to bez żadnych problemów i to jeszcze z ogromnym zapasem wysokości. Mogło też startować odwrotnie i wtedy miało by przestrzeń na co najmniej trzy takie manewry. Bez problemów dało by się tam wylądować i wystartować nawet wielkim trzysilnikowym transportowcem Junkers Ju -52, albo też bombowcem Heinkel He -111. Więc jednak… Dopiero teraz Henryk zdał sobie sprawę z pewnych rzeczy, niby oczywistych, ale na które wcześniej jakoś nie zwrócił uwagi. Ewa i Adolf na pokładzie U - Boota mieli osobne, chociaż przylegające do siebie kajuty. Führer rzadko wychodził ze swojej, a już nigdy Henryk nie widział, aby wchodził do Ewy. Podczas kilkakrotnych spotkań oko w oko, z reguły na pierwszy plan wysuwał się Bormann. On mówił, Adolf zaś z reguły tylko słuchał i przytakiwał. Wyglądało na to, że jest przybity klęską, ale czy to nie była jakaś celowa zagrywka? Mówić jak najmniej, aby nie palnąć jakiejś głupoty, albo też nie zostać zdemaskowanym. No cóż… Wszystko to przewracało do góry nogami wstępnie obmyślone plany Henryka. Bo w tej sytuacji, to raczej Bormann jest postacią pierwszoplanową. A może jednak ten sobowtór podszywający się pod Adolfa? Przecież Bormann w oczywisty sposób zabrał go po to, aby ogarnąć wszystkie sprawy. Sam był przecież postacią znaną w Rzeszy tylko nielicznym. Więc może inni by się nie podporządkowali, dobrowolnie nie oddali złota, kwestionowali by jego rozkazy? A skoro tu, na miejscu, niejako oficjalnie jest namaszczony przez samego führera, to już przestaje być szarą eminencją i praktycznie automatycznie staje się głównym rozgrywającym. Ustawi i zorganizuje wszystko co trzeba, podporządkuje sobie kogo trzeba i będzie mógł żyć pełną gębą. Nawet gdyby się okazało, że po pewnym czasie rzekomy führer po prostu umrze. Oficjalnie, potknie się i skręci kark na schodach, utonie podczas kąpieli w wannie lub też po prostu zejdzie na zwykły zawał serca. Vogel nie jest taki głupi i nie będzie się stawiał. W razie potrzeby, jako lekarz podpisze wszystko co trzeba. A później, niespodziewanie dla siebie, sam też pewnie pójdzie do piachu…
Zamyślił się chwilę nad jeszcze jedną, pomijaną dotychczas przez niego postacią w całej tej niesamowitej mistyfikacji. Ewa! Przecież ona też zdradziła Hitlera! Robiąc to co robi, musiała po same uszy tkwić w tym spisku wiernie realizując wszystkie polecenia wydawane przez Bormanna. Grała więc swoją rolę licząc na co? Na spokojne ułożenie sobie życia, czy może na ochronę poczętego i niedawno urodzonego dziecka? Sama też to wymyśliła, czy została do tego zmuszona? Ale czym? Okolicznościami w jakich ostatecznie się znalazła, szantażem czy też jakimiś obietnicami? A może też jakąś ostatnią wolą Adolfa? I jaka w tej sytuacji może być jej przyszłość?
Rozkładał to wszystko na czynniki pierwsze i już miał wstać z fotela, gdy jeszcze jedna myśl mu przyszła do głowy. U - Boot! Skąd Bormann miał pewność, że na niego zaczeka? Przecież ten fałszywy Adolf mógł dać kapitanowi sygnał do odpłynięcia i reichsleiter pozostał by na lodzie! A może jednak nie? Sam przecież mówił, że ma na pokładzie swoich zaufanych ludzi, a Hulenburg raczej do nich nie należał. Był tylko narzędziem, mającym bezpiecznie doprowadzić okręt do Argentyny. Henryk dopiero teraz zrozumiał, dlaczego wśród załogi było kilku facetów jakoś nie pasujących do typowej załogi i tak na oko mających już dobrze po czterdziestce. Musieli być to wyższej rangi zaufani funkcjonariusze wyposażeni w jakieś specjalne pełnomocnictwa, które w newralgicznej sytuacji okazali by kapitanowi i anulowali rozkazy rzekomego Hitlera, demaskując przy tym jego fałszywą tożsamość. Mogło tak być? Prawdopodobnie tak. Bormann musiał się przecież jakoś zabezpieczyć i sprawić, aby U - Boot pozostawał w swojej kryjówce przynajmniej do jego pojawienia się w umówionym miejscu. Albo też przez jakiś, z góry określony czas.
Zatopiony w myślach, wstrząsnął się nagle i zrozumiał tego przyczynę. Chłodny powiew dobiegł go od okna, a on wciąż przecież siedział tylko z ręcznikiem na biodrach. Ile czasu minęło mu na tych rozważaniach? Nie zdążył wstać i spojrzeć na zegarek, gdy energicznie zastukano do drzwi i prawie jednocześnie pojawił się w nich Vogel.
- A ty co? Nie idziesz na kolację? Zadysponowałem dla nas na dzisiaj golonkę w piwie po bawarsku. Mówię ci, palce lizać!
- Już idę. Ubiorę się tylko i za pięć minut jestem.
- To w porządku, bo najlepiej smakuje na gorąco. Czekam.
Zamykając drzwi Henryk już wiedział. Każe sobie podać dużo wódki i po raz pierwszy od co najmniej kilku lat, najzwyczajniej w świecie się urżnie. Bo tak na trzeźwo, nie da się rozebrać tego, co właśnie spadło na niego jak grom z jasnego nieba.
11.12.1945 - Niemcy, Bremen, amerykańska enklawa w brytyjskiej strefie okupacyjnej, siedziba Wywiadu Armii USA.
Mimo, iż dzień był grudniowy, czy jak go to określił Orawa, „szary, bury i ponury”, generał od rana tryskał humorem.
- Jest wreszcie trop, majorze. Słaby, niepewny, ale jest.
- Na kogoś konkretnego czy może jeszcze na jakiegoś U - Boota?
- Trudno powiedzieć. W każdym razie na kilka bardzo tajemniczych, a przez to niewątpliwie ważnych osób.
- A coś bliżej?
- Sygnał przyszedł z Argentyny, od jednego z naszych rezydentów. Pięć tygodni temu, na lotnisku pod La Falda lądował w nocy tajemniczy samolot. Pewien miejscowy kłusownik widział, jak wysiadło z niego siedmiu mężczyzn i kobieta z dzieckiem na ręku. Przyjechały po nich trzy samochody osobowe. Przyjechała też pełna uzbrojonych ludzi ciężarówka, na którą przeładowano około trzydziestu ciężkich skrzynek.
- Wiemy coś więcej ?
- Kłusownik był gadatliwy i wieść rozeszła się po miasteczku. Dotarła też do naszego informatora.
- Więc on sam tego nie widział?
- Nie, ale dobrze zna kłusownika i twierdzi, że ten nie zmyśla. W tym samym czasie, pod pozorem planowanego remontu, wyłączono z użytkowania część hotelu „Eden”, należącego do miejscowej, niemieckiej rodziny Eichhornów.
- Mieli jakieś powiązania z Rzeszą?
- Mieli? To mało powiedziane. Cały czas gościli różnych Niemców, począwszy od ambasadora, a skończywszy na przemysłowcach i przedstawicielach handlowych. W hotelu do dziś znajduje się potężna radiostacja, która według naszych ustaleń praktycznie do końca utrzymywała stałą łączność z Berlinem, a w czasie wojny przekazywała informacje o ruchu statków w argentyńskich portach. Dane te przekazywano później do U - Bootów operującym na południowym Atlantyku.
- I nie zwinięto ich wcześniej?
- Wie pan, jak to jest. Jeszcze na początku roku Argentyna formalnie była neutralna, a nawet jak pod naszym naciskiem w końcu wypowiedzieli Niemcom wojnę, to jako jedyni nie wysłali na nią ani jednego żołnierza. A Eichhornowie w tym czasie robili co chcieli. Zresztą, o ich związkach z Rzeszą najlepiej świadczy ich reprezentacyjny samochód.
- Domyślam się, że niemiecki…
- No przecież nie amerykański. To luksusowy Mercedes, osobisty dar Hitlera dla ich rodziny. Dostali go jeszcze przed wojną. Był to jedyny taki przypadek na całym kontynencie.
- Czyli siedzą w tym po same uszy.
- Jak najbardziej. Ale proszę słuchać dalej. Nasz informator widział na własne oczy, że w tej niby wyłączonej z użytkowania części hotelu, byli jednak jacyś ludzie.
- Mógł to być ktoś z ekipy remontowej.
- Zdecydowanie nie. Żadnej miejscowej firmy nie wzięto do tych prac. Nie przyjechała też żadna firma zamiejscowa. W ogóle takich prac nie podjęto.
- Więc?
- Remont to tylko pozory. Umieszczono tam prawdopodobnie ludzi z samolotu i przebywali w hotelu całe dziesięć dni. A jeden z mężczyzn, którego dokładnie widział nasz informator w oknie, dziwnie przypominał pańskiego „Janusa”!
Komentarze
Prześlij komentarz