- Co?!!!
- To co pan słyszał, majorze. Więc może tu chodzić również o Bormanna.
- A wiarygodność źródła? Ktoś to może potwierdzić?
- Źródło jest wiarygodne i już kilka razy było sprawdzane. To miejscowy, mieszkający w La Falda, niedaleko hotelu. Ukierunkowany na miejscowe środowiska niemieckie, a właściwie nazistowskie, które rozrosły się tam jak jakaś ośmiornica.
- Tylko tyle? To trochę mało. Ma jakieś bliższe dojścia?
- Niestety nie. Kiedyś tam pracował, ale go wywalono.
- Za co?
- Usiłował dobrać się do pewnej części piwnic, w której, według oficjalnej wersji, składowane są wina. Tyle, że klucze mają tylko Eichhornowie i niemiecki dyrektor hotelu. Nigdy i nikomu tych kluczy nie udostępnili.
- Więc chyba tam chodzi nie tylko o wino?
- Ma pan całkowitą rację. Nasz człowiek podejrzewa, że jest tam jakieś tajne przejście pomiędzy hotelem a domem właścicieli. Chciał to zbadać.
- Ale takich prac chyba nie dało by się ukryć?
- Sęk w tym, że owszem. Ostatni wielki remont robiono w roku 1912, czyli już trzydzieści trzy lata temu. Obiekt ogrodzono wtedy wysokim, drewnianym płotem, a remont robiła jakaś firma z Buenos Aires. Dziś już nikt nie wie, jak się nazywała i kim naprawdę byli jej pracownicy. Miejscowych w ogóle tam wtedy nie dopuszczano.
- No, dobrze. Ale co to ma wspólnego z Bormannem?
- Pozornie nic. Ale uwzględniając nasze wcześniejsze wnioski, tam gdzie pański agent, tam pewno i Bormann. A może nawet sam Hitler!
- Jest pan wielkim optymistą, panie generale.
- Bo mamy podstawy, majorze.
- Dobrze. Uściślijmy zagadnienia. Jest remont, którego faktycznie nie ma, jest bogata i wpływowa niemiecka rodzina sprzyjająca hitlerowcom oraz osobiście zaprzyjaźniona z Adolfem. To jak na razie jedyne twarde fakty. Bo człowiek widziany w oknie niewiele znaczy. Rozumiem, że mamy tylko jego ogólny opis?
- Niestety, ale dołóżmy też inne okoliczności. Opowieść kłusownika i resztę spostrzeżeń naszego źródła, o których jeszcze nie mówiłem.
- Jakie to spostrzeżenia?
- Nasz człowiek dawno już się zastanawiał, dlaczego pewien mieszkający niespełna dwadzieścia kilometrów od La Faldy przemysłowiec, właściciel majątków, kopalni oraz kilku fabryk, w tym amunicji, nigdy nie stykał się z Eichhornami. Doszedł do wniosku, że jest to bardzo podejrzane.
- A rzeczywiście jest?
- Jak najbardziej. Bo kilka dni po wylądowaniu tamtego samolotu, ów przemysłowiec nocą i w tajemnicy przybył do Eichhornów. Czekano tam na niego.
- Skąd wiadomo, że czekano?
- Bo brama wjazdowa otworzyła się jakby sama, i to już w momencie, gdy samochód tego człowieka był jeszcze sto metrów od niej. A propos… Mówi panu coś nazwisko Mandl ?
- Owszem. W latach dwudziestych i trzydziestych był „królem amunicji” niedaleko nas. W Austrii. Z tego, co mi się wtedy obiło o uszy, miał nawet udziały w naszej, polskiej firmie, funkcjonującej pod nazwą „Pocisk”. Były tam jakieś machlojki i nasz kontrwywiad wojskowy interesował się ich powiązaniami.
- No, pięknie. Bo przemysłowiec o którym mówię, to właśnie ten człowiek. Fritz Mandl.
- Jaki ten świat mały…
- Prawda? Ale do rzeczy. Kilka dni po wizycie Mandla, jego osobisty samochód przyjechał nocą do hotelu Eichhornów. Od razu zaznaczę, że nie sam. Przyjechały też trzy inne samochody, w tym dwa z jakimiś ludźmi w środku. Nasz człowiek nie widział kogo zabrano, ale przez chwilę mógł dostrzec, że wszystkie odjechały szczelnie wypełnione.
- To pewna informacja? Bo skoro sam pan mówił, że ten człowiek w hotelu już nie pracuje …
- Nie pracuje, ale mieszka bezpośrednio przy drodze dojazdowej. Widział to z bliska na własne oczy.
- Może zmyślał, aby dostać jakieś pieniądze.
- Mało prawdopodobne. Jak już wspomniałem, kilka razy był sprawdzany. Mieszka w znakomitym punkcie, a ponadto uważa, że przez Eichhornów został skrzywdzony. A w naszej robocie zemsta to czasami najlepszy motyw.
- Tu zgoda. Ale jeżeli to wszystko…
- Rodzynek zostawiłem na koniec. Nasz człowiek ma kuzyna, zatrudnionego w posiadłości Mandla. Dzień przed pojawieniem się samochodów pod hotelem „Eden”, oznajmił on rodzinie, że przez jakiś czas nie będzie go w domu. Może nawet przez parę tygodni.
- Nie rozumiem…
- To proste. Mandl powiedział, że będzie miał gości. Bardzo wymagających. W związku z tym muszą być na miejscu i do dyspozycji przez dwadzieścia cztery godziny na dobę. Dał im spore zaliczki i obiecał za ten okres dodatkową, specjalną gratyfikację.
- A te kilka tygodni już upłynęło?
- Chyba nie, ale ta wiadomość z Argentyny dotarła do mnie dopiero wczoraj. Goście nadal tam byli. Ale czy są teraz?
- A więc…
- A więc, przyszedł czas na pana, majorze. Jutro rano odlatuje pan do Paryża, a stamtąd, przez Brazylię do Argentyny. Wszelkie niezbędne dokumenty legalizacyjne są już gotowe.
- A moja rodzina?
- Tak, jak wcześniej uzgodniliśmy. Za kilka dni odjedzie do Brestu, a stamtąd, już statkiem, popłynie do Nowego Jorku. Miejsca zarezerwowane, bilety wykupione. Niech się pan nie martwi, majorze. Zaopiekujemy się nimi jak należy. A teraz przejmie pana kapitan McFarland. Będzie pana ostatnim przewodnikiem po tym wszystkim, co jest niezbędne, aby skutecznie zmienił pan skórę.
14.12.1945 - Argentyna, Charata.
Siedział teraz sam i myślał. W ogóle wiele myślał ostatnimi czasy, ale od kilku dni szczególnie intensywnie.
A było o czym. Najpierw przedłużająca się o tydzień nieobecność Bormanna, który wrócił w złym humorze, a na pytanie o taki stan, odburknął coś o nieudacznikach, którzy nie potrafią dotrzymywać terminów. Potem nastało półtora tygodnia dziwnego wyczekiwania, które nagle przerwał Manfeld. Jacyś ludzie zaczęli interesować się siedzibą Mandla, zaczęły chodzić jakieś plotki, ktoś usiłował zaglądać za ogrodzenie… Tego nie można było zlekceważyć i już dwa dni później, nocą, wywieziono ich do tej miejscowości, w której właśnie teraz przebywali.
Nie można powiedzieć… Dom Karla Bucka był wygodny i obszerny, ale gdzie mu tam było do posiadłości, z której tak nagle ich wywieziono. Teraz jednak nie to było najważniejsze. W końcu mieli się rozdzielić. Już rano Bormann wspominał, że wieczorem przyjdzie się im pożegnać. On sam, wraz z führerem, jego żoną, córką i Voglem, pojadą na prowizoryczne lotnisko, z którego odlecą w już przygotowane inne, ciche i bezpieczne miejsce.
- A ja? - natychmiast wyrwało się Henrykowi.
- Pan? Kilka dni pan tu jeszcze zostanie. Może nawet tydzień. No! Proszę nie robić takiej miny. Gospodarz zadba, aby się pan nie nudził.
- Ciekawe jak… - lekka ironia w głosie Henryka, pobudziła Bormanna do śmiechu.
- A co? Wolał by pan jakąś młodą i chętną panienkę?
- Prawdę mówiąc, nie odmówiłbym.
- Tak właśnie pomyślałem. Ale trudno. Z tym trzeba się będzie jeszcze trochę wstrzymać. Na razie zaś, gospodarz zadba o rozrywki umysłowe. Przyniesie panu z biblioteki podręcznik do nauki języka hiszpańskiego.
- To jest tu jakaś biblioteka?
- Szkolna. Karl Buck, albo według miejscowego nazewnictwa Carlos Buck, jest tu dyrektorem szkoły. Niemieckiej szkoły, bo mieszka tu spora nasza społeczność. Przy okazji i od niego może się pan czegoś poduczyć.
- A później?
- Przyjadą po pana ludzie Manfelda. Dwóch, może nawet trzech. To chyba zrozumiałe, że musimy pana chronić.
- Oczywiście.
- To dobrze. Bo kiedy przyjadą, uda się pan w podróż, o której już mówiliśmy. Trzeba będzie objechać te wszystkie firmy i fabryki, które uzna pan za stosowne, a które są na naszej tajnej liście. Zorientować się w ich prawdziwych możliwościach, terminach ewentualnego dostosowania do naszych celów, potrzebnych do tego przekształceniach, inwestycjach czy zmianach kadrowych.
- To zadanie na kilka miesięcy…
- Zdajemy sobie sprawę, ale jednocześnie wierzymy w pana. Proszę się więc przyłożyć, dla naszego wspólnego dobra.
Tak było raptem kilkanaście godzin temu, a już wiele się zmieniło. Jeszcze po południu Buck z dumą pokazywał wszystkim zdjęcia swojej szkoły. Iść tam oczywiście nie mogli, aby przypadkiem nie narazić się na dekonspirację, ale fotografie robiły wrażenie. Najpierw obejrzeli widoki ogólne, gdzie na frontonie szkoły obok daty 1936, widniało godło Argentyny i niemiecki orzeł ze swastyką. Następny plik odbitek ukazywał szkolne uroczystości. Zobaczyli flagę III Rzeszy, proporce, pochodnie ustawione na szkolnym boisku, równe szeregi ponad półtorej setki uczniów w mundurkach Hitlerjugend i oczywiście samego Bucka w mundurze NSDAP.
- I to wszystko było legalne? Pozwalali na to? - Vogel był wyraźnie zdziwiony.
- Dopóki formalnie nie wypowiedzieli nam wojny, to jak najbardziej. Ale później musieliśmy ograniczyć naszą działalność. Przynajmniej na zewnątrz.
- Może to i dobrze - Bormann jak zwykle był pragmatyczny. - Bo co jak co, ale teraz jakikolwiek rozgłos jest nam tu kompletnie niepotrzebny.
Późnym wieczorem zajechały trzy samochody osobowe i tym razem wreszcie się rozstali. Ale na jak długo i czy na pewno? Trudno było przewidzieć, tym bardziej, że tuż po 23.00 Buck wrócił zdenerwowany.
- Stało się coś?
- I tak, i nie. Führer i reszta bezpiecznie odlecieli. Ale jest inny problem.
- Skoro odlecieli, to chyba wszystko poszło po naszej myśli - Henryk delikatnie spróbował pociągnąć Bucka za język.
- Prawie wszystko - Buck wyraźnie jeszcze nie doszedł do siebie. - Bo pojawiły się plotki.
- Jakie?
- Jeden z naszych sąsiadów nie umie trzymać języka za zębami. Niby dobry Niemiec, ale zbyt ciekawski. Widział jak tu do mnie zajechaliście i bardzo jest ciekawy kto to był.
- To niemożliwe. Była noc, a w bezpośredniej bliskości nikt tu chyba nie mieszka.
- Owszem. Ale to wdowiec, w dodatku pasjonujący się astronomią. Nie śpi po nocach, ma dużo czasu, teleskop i potężną morską lornetę na statywie. Już następnego dnia rano opowiedział o tym swoim sąsiadom.
- Ale skoro führer już odleciał, to chyba nie ma to znaczenia.
- Owszem ma, bo jeszcze pan tu pozostał. I gdyby władze chciały tu zrobić jakąś rewizję…
- Mam znakomicie zrobione papiery.
- Ale z tego co wiem, to fałszywe. Więc gdyby ktoś chciał pana chociaż na kilka dni wsadzić za kratki i w tym czasie je sprawdzić, to obaj leżymy.
- Więc co pan proponuje?
- Za pół godziny siadamy w samochód i pana stąd wywiozę. Kilkanaście kilometrów dalej jest pewna samotna posiadłość, której właścicielem jest Niemiec, członek naszej komórki NSDAP. Tam pan poczeka na ludzi, którzy mają po pana przyjechać.
- A będzie tam bezpiecznie?
- Jak najbardziej. Już wcześniej przewidzieliśmy podobne sytuacje i pod domem wybudowano prawdziwy, tajny oraz starannie zamaskowany schron. Wyposażony w wodę, żywność, miejsca do spania, a nawet w przewody wentylacyjne na bieżąco doprowadzające pod ziemię świeże powietrze. W razie niebezpieczeństwa, nawet sam diabeł tam pana nie znajdzie.
Komentarze
Prześlij komentarz