11.01.1946, południe - Argentyna, Buenos Aires, siedziba firmy „Morano”.
- Już są, panie Brandt. Wreszcie. Przyszły dziesięć minut temu. Właśnie rozpakowałem przesyłkę - Velasquez wyglądał na naprawdę uszczęśliwionego.
- Pasują?
- Jeszcze nie wiem. Zaraz porównamy i zobaczymy.
- To chodźmy. Sam jestem cholernie ciekaw.
Przeszli szybko przez korytarz i weszli do kantorka. Na ladzie leżała rozcięta paczka, a obok dwa komplety błyszczących smarem i nowością łożysk.
- To te?
- Tak. Zaraz też przyniosę stare - Velasquez z zadziwiającą energią zniknął na zapleczu i po chwili pojawiał się z drewnianym pudełkiem w ręku. Takie są montowane w rowerach Mandla. Jeżeli tylko te nowe będą pasować…
Pasowały. Łożyska na wygląd były identyczne, ale Orawa nic nie zostawiał przypadkowi.
- Daj pan rower. Ten rozmontowany. Zobaczymy, jak to zadziała w praktyce.
Zdjęli marynarki, zawinęli rękawy koszul, sięgnęli do skrzynki z narzędziami i w niespełna pół godziny rower wyglądał na gotowy.
- No to który z nas pierwszy?
- Zostawiam panu ten zaszczyt, szefie - Velasquez postanowił być szarmancki, choć widać było, że też ma ochotę go wypróbować.
- Dobra. Najpierw ja, potem pan. A później opowiemy sobie o naszych wrażeniach.
Mimo, iż podwórko za kantorkiem było niewielkie, jeździli dłużej niż planowali. No bo jak się tu nie cieszyć, gdy rower przemieszczał się gładko i cicho, a łożyska pracowały jak po maśle?
- No to w końcu mamy to, czego chcieliśmy.
- Właśnie. I co dalej?
- Dalej? To proste. Dzwoń do fabryki Mandla i umów nas na spotkanie z dyrektorem.
- Na kiedy?
- W poniedziałek mogę być zajęty, więc na piętnastego. We wtorek, koło południa.
12.01.1946 - Argentyna, Bahia Blanca.
- No to cieszcie się, chłopaki. Kończymy tutaj co trzeba i jutro wracamy do Buenos.
- Dzięki, szefie. Bo na tej prowincji, to naprawdę z nudów można się już porzygać.
- Za bardzo się nie cieszcie. Będziemy tam tylko dwa, najwyżej trzy dni. W poniedziałek u Mandla sprawdzę co już zrobiono, a we wtorek sporządzę dalsze wytyczne. Na piśmie, aby nikt mi później nie mówił, że czegoś tam nie zrozumiał. Dyrektor jest tam ogólnie sprawny i ambitny, ale od czasu do czasu każdego trzeba ustawić do pionu, nawet jak mu się wydaje, że zjadł wszystkie rozumy.
- A właściwie to dlaczego jeździmy do tej fabryki rowerów? Przecież, o ile wiem, nie są nam do niczego potrzebne.
- Rowery nie, ale po cichu przestawimy tam pewną część zakładu na inną, tajną produkcję. Fabryki amunicji, jako obiekty strategiczne, niewątpliwie muszą być pod stałą obserwacją wywiadu argentyńskiego i kto wie, jakiego jeszcze. A jakieś tam rowery z reguły nikogo nie interesują i to jest właśnie nasz atut.
- Jasne, szefie - Waltz prawie od początku był pod wrażeniem, jakie u różnych ważnych osób wywoływały wizyty Henryka. Bo oto okazywało się, że te dumne, bogate, często pozujące na panów życia i śmierci grube ryby, dziwnie płaszczyły się przed tym obersturmbannführerem, którego prawdziwego imienia i nazwiska jak dotąd nie poznali. To budowało dystans, ale i rodziło szacunek. Bo skoro tak, to chronili wyjątkowo ważną personę, a nie mogąc zwracać się według stopnia, wymyślili to krótkie, lecz odzwierciadlające ich wzajemne relacje słowo. - Szefie…
- A później, to gdzie pojedziemy? - Rosenberg był bardziej ciekawski.
- Dowiecie się we właściwym czasie. Jak to mówią - „mniej wiesz, krócej będziesz przesłuchiwany”!
- Ale nam to chyba nie grozi?
- Nigdy nie bądź pewien jutra - Henryk nieoczekiwanie wpadł w filozoficzny nastrój. - Jak mówiła moja babcia, „dzisiaj żyjesz, jutro gnijesz”. Jesteśmy w końcu w obcym kraju, na fałszywych dokumentach i tożsamościach, a ponadto są na tym świecie rzeczy, o których się nawet filozofom nie śniło.
- To chyba z Szekspira, szefie?
- Owszem, chociaż w oryginale ten fragment brzmi nieco inaczej. Jak wystarczy nam czasu, to w Buenos podjedziemy do jakiegoś teatru. Może go tam grają. A jak nie, to przeczytaj sobie „Hamleta” i dokładnie będziesz wiedział. Niemniej jednak, kto by to nie napisał, ma to swój głęboki sens.
14.01.1946, rano - Niemcy, Bremen, amerykańska enklawa w brytyjskiej strefie okupacyjnej, siedziba Wywiadu Armii USA.
- Co?!!! Co? Dlaczego od razu mi tego nie przekazano? - czytając odpowiedź z Waszyngtonu, Brown mało nie doznał apopleksji.
- Ja nic nie wiem, panie generale - dostarczający korespondencję sierżant był wręcz przerażony. - Rozpocząłem dyżur o ósmej i przygotowaną dla pana teczkę przyniosłem natychmiast - znacząco spojrzał w kierunku wiszącego na ścianie zegara, wskazującego właśnie ósmą zero cztery.
- Niech to szlag trafi! Dobrze. Do was pretensji nie mam, ale dokładnie sobie sprawdzę, kto spieprzył sprawę. I postaram się, aby mu uświadomić, jak należy wykonywać swoje obowiązki. A teraz wykonacie inne zadanie. Przekażcie oficerowi dyżurnemu, że w trybie alarmowym ma mi załatwić samolot do kraju. Za godzinę muszę już być w powietrzu. Sprawa najwyższej wagi państwowej!
14.01.1946, wieczór - Argentyna, Buenos Aires, sowieckie przedstawicielstwo handlowo - kulturalne.
Nawet jak na Argentynę, dzień był wyjątkowo parny, więc ustawiony na biurku wiatrak nic Rogozinowi nie pomagał. Z rezygnacją zdjął więc krawat, rozpiął koszulę pod szyją i znów popatrzył na listę.
- Wolno to idzie…
- Może i niezbyt szybko, ale i tak szybciej, niż się spodziewałem - z uwagi na obecność przełożonego, mimo upału Dawidow nawet nie poluzował krawata. - To nie wojsko, towarzyszu pułkowniku. To dyplomacja. Mają tam swoje zwyczaje, procedury i formy grzecznościowe, których nie przyspieszymy.
- Burżuazyjne!
- Trudno. Przecież właśnie jesteśmy w burżuazyjnym kraju.
- Nie musicie mi się tu mądrować - Rogozin wyraźnie był poirytowany. Kiedy o siódmej rano oglądał listę, wydawało mu się, że do 17.00 załatwią ją prawie całą. Bo przecież jeszcze w piątek Dawidow wstępnie obdzwonił dwadzieścia kilka adresów i w zdecydowanej większości proszono, aby zaproszenia pozostawić w sekretariacie. To rodziło nadzieję, że może jednak uda się to załatwić do popołudnia.
Nie udało się. W kilku miejscach słysząc, że przekaże je osobiście sowiecki przedstawiciel kulturalny, przywitano ich z honorami i nic nie można było zrobić, aby zastosować starą, amerykańska zasadę, której i Rogozin po cichu hołdował - „załatw sprawę i żegnaj”. Tu jednak widać było, że zwyczaje południowoamerykańskie były nieco inne. „Sjesta”, „fiesta”,„maniana” i takie tam… Dziwne, ale tu nic nie działo się szybko. - No, tak - przypomniał sobie Rogozin. - Wojnę Niemcom wypowiedzieli, ale nie zdążyli na nią wysłać ani jednego żołnierza. A może jednak nie chcieli? Przecież ponoć tu właśnie powstać miała niemiecka kolonia rolnicza, a różnego rodzaju zbrodniarze również tu uciekali przed karzącą ręką komunistycznej sprawiedliwości. Więc może to wszystko musi iść własnym rytmem? - Westchnął więc ciężko i znów popatrzył na listę. Właściwie zostało na niej tylko kilku bankierów i przemysłowców. - Czyli stuprocentowych burżujów - skonstatował Rogozin. - Mają to szczęście, że są jeszcze daleko. Bo u nas, już by ich wywłaszczono i zagnano do łagrów. O ile oczywiście, od razu by nie poszli pod mur.
- Nic się już nie da skreślić z tej listy? Bo nazwiska jakby nie wszystkie są tutejsze. Część z nich wygląda mi nawet na żydowskie. Na przykład taki Mandl.
- To Austriak, towarzyszu pułkowniku. Przybył tu jeszcze przed wojną.
- Uciekł przed Hitlerem?
- Trudno powiedzieć. Tacy ludzie zawsze mają swoje tajemnice i nie uważają za stosowne, aby komukolwiek się z nich spowiadać.
- Posłuchajcie, Dawidow… Mnie nie interesuje, czy ktoś komuś chce się spowiadać, czy też nie. To nie ma nic do rzeczy. A my tu jesteśmy właśnie od tego, aby takich tajemnic nikt przed nami nie miał. Każdy ma swojego trupa w szafie, a naszym zadaniem jest te szafy znaleźć oraz pootwierać. A wtedy weźmie się takiego delikwenta za mordę i będzie musiał tańczyć tak, jak my mu zagramy.
- Tu jest trochę inaczej, towarzyszu pułkowniku. Partia komunistyczna zdelegalizowana od 1930 roku, przyjaciół mało, a większość patrzy na nas podejrzliwie.
- Dawidow… - upał i usłyszane uwagi wyraźnie wytrąciły Rogozina z równowagi. - Czy wy naprawdę chcecie natychmiast wrócić do kraju i to z opinią o całkowitej nieprzydatności do służby? Mogę wam to załatwić i to raz, dwa! Ja tu nie jestem od tego, aby wysłuchiwać waszych jęków i narzekań, jak u jakiejś starej baby. Wy macie wykonywać moje rozkazy i to bez żadnych zastrzeżeń. Jeszcze raz usłyszę coś takiego i karnie wylądujecie jako zwykły strażnik w jakimś zawszonym obozie na Syberii. Jasne, czy dodatkowo trzeba jeszcze puknąć w ten wasz pusty łeb?
Nie powinien był tego mówić, ale spowodowane szkoleniem prawie półroczne wyobcowanie z codziennego, normalnego życia oraz euforia z powodu nowej, niespodziewanej funkcji, zrobiły swoje. Są bowiem słowa, których nie da się ani cofnąć, ani zapomnieć i minutę później wracający do swego pokoju Dawidow miał już gotowe postanowienie. - Jeszcze zobaczymy, kto tu pierwszy wróci do kraju! Bo okazji, aby podstawić komuś nogę, nigdy w tej robocie nie zabraknie!
Otwierając drzwi, Dawidow przypomniał sobie jeszcze jedno. Stare, chińskie przysłowie, którego jak widać, Rogozin nie znał. „Kiedy idziesz w górę, po drodze będziesz spotykał różnych ludzi. Bądź dla nich miły, grzeczny i uprzejmy. Bo gdy już z tej góry będziesz schodził, albo cię z niej zepchną, spotkasz ich ponownie”!
14.01.1946, późny wieczór - Stany Zjednoczone, Waszyngton D.C., Centrala Wywiadu Armii USA.
Zmęczony długotrwałym lotem, skrajnymi emocjami i głupimi uwagami zastępcy dowódcy lotniska w Paryżu, generał nie zważał już nawet na swój pomięty mundur. Cholera jasna! Człowiek tyra dzień i noc współdecydując o najważniejszych dla kraju sprawach, a taki kapitan, biurokrata i gryzipiórek, dupek zza biurka, który myśli, że na lotnisku jest prawie bogiem, śmie coś bąknąć, że ten niespodziewany i organizowany tylko dla jednej osoby lot, grubo będzie podatnika kosztował. - Pieprzony dupek! - generałowi nie chciało się już nawet reagować i zbył milczeniem wypowiedzianą za jego plecami uwagę, której mógł po prostu nie usłyszeć. - Czy on naprawdę myśli, że ja latam sobie ot tak, dla przyjemności? Lecę w cholernie ważnej sprawie, której przegapienie może kosztować życie dziesiątków, a może nawet i setek tysięcy ludzi. Ale o tym, mogę mówić tylko z dyrektorem generalnym, oraz z prezydentem i wiceprezydentem. A ten głupi kapitan nigdy się nie dowie, o co tu właściwie chodziło.
Na razie jednak pozostawił to poza sobą. Pozostawił, bo treść szyfrówki z Buenos Aires, z którą się właśnie zapoznał, uderzyła go niczym obuchem. Boże!!! To druga najważniejsza wiadomość po wojnie. Pierwsza była o bombie atomowej w Poczdamie i w pełni się potwierdziła. A teraz wszystko wskazuje na to, że ta również może się potwierdzić. Przeczytał treść jeszcze raz i gdyby wiedział, że oficer dyżurny dysponuje whisky, zażądał by całej szklanki. Bez wody i lodu, bo wyjście na sobowtóra Adolfa Hitlera, na reichsleitera Martina Bormanna, na siatkę mającą budować nową, IV Rzeszę i wreszcie na jakieś nowe niemieckie bomby atomowe to rzecz, jaka mu się nawet nie śniła. Chyba nawet nikomu. A, że jeszcze podpisał to „Janus”? Brown nie wątpił, że w tej chwili to najcenniejsze źródło informacji pod słońcem. Więc teraz co? Za późno, aby coś zrobić w sprawie ogłoszenia w „Buenos Aires Herald” i jutro „Janus” na spotkanie po prostu nie przyjdzie. Całe szczęście, że wyznaczył rezerwowy termin, ale to dopiero za miesiąc. A przez ten czas, z tego wszystkiego można dostać ciężkiego zawału!
Zażądał mocnej kawy, usiadł i jeszcze raz przemyślał sprawę. Nie ma sensu po nocy niepokoić dyrektora generalnego. Pierwszy termin już uciekł, więc do jutra spokojnie można zaczekać. Majora Evansa i szyfrantów trzeba pominąć. Przechodzi przez nich tyle informacji, że miesiącu czy dwóch przejdą nad tym do porządku dziennego. Bo skoro, pozornie, sprawie nie nada się żadnego biegu… No, tak. Trzeba też będzie obmyślić plan działań, przedstawić do zatwierdzenia, incognito polecieć do Argentyny i uzgodnić wszystko z Orawą. Bo stawka jest zbyt wysoka, aby cokolwiek spieprzyć! I trzeba zacząć się modlić, aby do tego czasu „Janus’ jeszcze żył!
Komentarze
Prześlij komentarz