Przejdź do głównej zawartości

ATOMOWY POKER 192

 

05.02.1946, wieczór - Argentyna, San Carlos de Bariloche, siedziba Martina Bormanna.


            Wchodząc do tego, położonego na przedmieściach okazałego domu, architektonicznie jako żywo przypominającego budownictwo Alp i Bawarii, Henryk znów poczuł dreszcz emocji. Co stoi za tym niespodziewanym wezwaniem? I to w momencie, gdy objechał dopiero jedną trzecią tego, co zaplanował?

            - Proszę doktorze, proszę - Bormann potrząsnął jego dłonią i szerokim gestem wskazał na następne drzwi. - Zapraszam do mojego gabinetu. Pan, zdaje się, prosto z drogi?

- Owszem, ale przecież nie każę panu czekać na siebie.

- Co racja, to racja. Jakaś hierarchia zawsze być musi. Bardzo jest pan głodny?

- Nie powiedział bym. Obiad jadłem około trzech godzin temu.

- To świetnie, bo będziemy mogli sobie spokojnie porozmawiać. A kolację zjemy potem wspólnie. Może być?

- Jak najbardziej, reichsleiter.

- To teraz do rzeczy. Jak tam stoją nasze sprawy?

- Tak, jak się spodziewałem. Trzeba będzie włożyć niesamowitą ilość pracy, aby jakoś poukładać te klocki. Owszem, ogólnie rzecz biorąc nasze sprawy zostały dobrze zabezpieczone. Pieniądze ulokowane w mniej widoczne, ale zyskowne przedsięwzięcia, dochody zakamuflowane, baza do zapewnienia naszego bezpieczeństwa jest i w zasadzie wszystko działa tak jak trzeba. Dotychczas zrobiłem około trzydziestu procent z tego co zaplanowaliśmy, ale sam pan rozumie. Liczba spraw do załatwienia, ludzi, których trzeba ukierunkować na nową działalność, firm, które trzeba poprzestawiać jest taka, a nie inna. W dodatku te odległości tutaj… A infrastruktura jak pan sam wie, słaba.

- No, tak… Czyli ile jeszcze?

- Ile czego?

- Ile czasu to panu zajmie?

- Tak, jak już mówiłem. Objazd wszystkich, koordynacja, przeprowadzenie zmian strukturalnych, to nie jest robota na tygodnie, ani nawet na miesiące. Struktura, którą tu wcześniej stworzyliśmy, została ukierunkowana na nasze przetrwanie i zabezpieczenie przerzuconych tutaj aktywów, a nie na rozwój najnowocześniejszych technologii. Technologii, które opanowaliśmy tylko my i Amerykanie. Z tym, że my jedynie na terenie Niemiec.

- Więc ile?

- Myślę, że uzyskanie zdolności do produkcji ładunków atomowych, przy tych uwarunkowaniach zajmie co najmniej trzy, do czterech lat.

- Zbyt długo, herr doktor! Zbyt długo. Przez ten czas ludzie się rozleniwią, zgnuśnieją, może nawet zasmakują w wygodnym, bezpiecznym życiu. Nie wiemy też, na ile infiltrowane mogą być nasze struktury.

- A mamy takie sygnały?

- Na razie niby nie. Amerykanie i Rosjanie, czyli dwaj nasi główni wrogowie, są daleko. W mojej ocenie, zajęci są teraz głównie sobą. Kto wie, czym to się skończy.

- Myśli pan o jakiejś nowej wojnie? Miedzy nimi?

- Niewykluczone. Ale to perspektywa, na którą w tej chwili wpływu nie mamy. Może w niedalekiej przyszłości…

- Führer już kiedyś przewidywał, że wezmą się za łby.

- Führer… A tak. Ale na razie to przyszłość i führer też nie ma na to wpływu. 

- Jest tu może? Jego widok tak bardzo podnosi człowieka na duchu…

- Tego pan nie musi wiedzieć, chociaż w pewnym sensie zaspokoję pańską ciekawość. Jest niezbyt daleko i mieszka w pewnej pięknej posiadłości, wraz z żoną i córką. Jak będzie trzeba, stanie pan przed jego obliczem.

- Rozumiem. Chciałbym jednak usłyszeć i jego słowo. Bo w tej sytuacji…

- Właśnie. Sytuacja jest nie do przyjęcia i perspektywa trzech czy czterech lat w ogóle nie wchodzi w rachubę. Trzeba wiec będzie podjąć działania alternatywne.

- Dostanę kogoś do pomocy?

- Nie. Nie mamy tu w tej chwili nikogo, kto by tak znał zagadnienie. Zresztą, nie chcielibyśmy z führerem wprowadzać w nasz program zbyt wielu nowych osób. Myślę więc o górach Hartzu.

- O sztolni i częściach do dwóch pozostałych ładunków?

- Tak. Bo jeżeli się zdecydujemy i uruchomię Modera oraz Schaubego, to razem z czasem poświęconym na transport, będziemy je tu mieli już za kilka miesięcy.

- Chce pan to wszystko sprowadzić w częściach?

- Niekoniecznie. Pracowało przecież z panem czterech wybitnych specjalistów z Akademii Technicznej SS. Więc chyba dadzą radę złożyć to na miejscu i bomby przetransportuje się już w całości.

- Wątpię.

- Nie wierzy pan w ich umiejętności?

- Niezbyt. Co prawda bardzo się starali, ale to tylko pomocnicy. Rysunków technicznych ani żadnych schematów całości przecież nie mieliśmy i prace wykonywali tylko na zasadzie moich poleceń. Co więcej… Raz, gdy uniesieni ambicją przejawili własną inicjatywę, o mało nie zginęliśmy.

- Dotychczas nie mówił pan o tym…

- Było, minęło. Chcieli przyspieszyć finalny montaż i o mało nie ulegliśmy napromieniowaniu. Takiemu, po którym zostało by nam najwyżej 48 godzin życia.

- Więc uważa pan, że jeżeli mamy przetransportować te bomby, to tylko w częściach?

- Nie inaczej. I jeżeli tylko nic nie uległo uszkodzeniom przy wysadzaniu wejścia, to jest aktualnie jedyna możliwość.

- A czas potrzebny tutaj? W Argentynie?

- Jeżeli tych czterech przyjechało by tu wraz z częściami, to porównywalny z poprzednim. A dla dwóch ładunków oczywiście razy dwa. Ale gdybym sam miał to składać, bez takiego personelu jaki miałem w sztolni, trzeba się nastawić nawet na pół roku. Bo przecież tak naprawdę, to jest to wciąż produkcja chałupnicza.

- Tak… Zabił mi pan klina, doktorze. Bo jednak znaczy to, że trzeba będzie przywieźć tych czterech.

- Rozumiem, że mamy z nimi bieżący kontakt?

- Owszem. Uchowali się i spokojnie funkcjonują na dobrze podrobionych papierach. Są pod osobistą opieką Fritza Schaubego.

- Mojego nauczyciela w naszym ruchu…

- Właśnie. Jednego z kilku najbardziej zaufanych. No cóż, doktorze… Nie powiem, aby przedstawił mi pan zbyt optymistyczny obraz sytuacji. Ale jeżeli wykażemy się cierpliwością, możemy zadać na tym kontynencie wyjątkowo mocne i niszczące ciosy.

- A są tu jakieś odpowiednie cele? 

- W Ameryce Południowej nie. Ale mówiąc o kontynencie, miałem na myśli głównie Amerykę Środkową i Północną.

- No, ale przecież chyba nie jakiś Honduras czy Nikaraguę?

- Pewnie, że nie. Ale wyobraża pan sobie, co by się działo, gdyby jedną z naszych bomb odpalić w Kanale Panamskim? Mocniejszego ciosu w gospodarkę USA chyba nie można wymyślić.

- Czyli Panama też?

- Nie całkiem. Kanał wraz z przyległościami oficjalnie zwanymi „Strefą”, do dzisiaj jest terytorium wieczyście dzierżawionym przez Stany Zjednoczone. A gdyby jeszcze druga bomba wybuchła w Waszyngtonie, na przykład niedaleko Białego Domu, a jednocześnie w porcie nowojorskim eksplodował statek przewożący ładunek sarinu?

- Przecież to gaz bojowy! Śmiertelnie zabójczy!

- I o to chodzi. Nie tylko pan dotarł przecież do Argentyny. Mamy tu już paru wybitnych chemików z IG Farben, którzy pracowali nad tym środkiem jeszcze u nas. Tak samo jak i pan, będą próbowali przestroić produkcję jednego z zakładów chemicznych. Więc jak wam się uda, zadamy ciosy, których świat nigdy nie zapomni!

- Zapewne tak. Ale co dalej ? 

- Nie rozumie pan ? Wystosujemy wtedy ultimatum. Albo obce wojska wycofają się z Niemiec, albo…

- Nie pójdą na to. A my przecież jeszcze przez kilka lat więcej ładunków mieć nie będziemy.

- Omówię ten temat z führerem i zadecyduję, co będzie słuszne.

 

            „Zadecyduję”! Czy Bormann zdał sobie sprawę z tego co mimowolnie powiedział? Co to znaczy zadecyduję? Powinien przecież powiedzieć, że führer zadecyduje. Ewentualnie, że zadecydujemy. A tak… Praktycznie potwierdził to, co Henryk już wiedział. Nie ma już żadnego führera. Jest tylko sobowtór, marna pacynka, pajac pociągany przez Bormanna za sznurki. O ile oczywiście jeszcze jest…

Rozważając tę myśl, która prawie obsesyjnie utkwiła mu w głowie, niespiesznym krokiem wracał do domku, przydzielonego mu parę godzin wcześniej na tymczasową kwaterę. Przez trzy dni miał tam mieszkać wraz z Waltzem i Rosenbergiem, a później znów do roboty. Teraz jednak mógł trochę odpocząć, uporządkować myśli, spokojnie napisać dla Bormanna sprawozdanie z dotychczas wykonanych czynności. Przy okazji nie musiał mieć tych dwóch przy sobie, ani bez przerwy oglądać się przez ramię. Zapewniono go, że tu sami swoi, a przyjazd każdego obcego wywołuje zainteresowanie odpowiednich ludzi.

- Czyli, moja obecność też jest obserwowana? - skomentował z udanym uśmiechem, wspominając ten początkowy instruktaż.

- Nie do końca, ale niewiele się pan pomylił. Ci co powinni, wiedzą, że jesteście swoi, a wtedy lepiej się za dużo nie interesować.

            A więc to tak… Duża, skupiona wokół siebie i zasiedziała niemiecka kolonia, praktycznie zero obcych i totalna inwigilacja. Ładne rzeczy! Ale skoro jestem swój , a bezpieczeństwo jest takie, że pozwolono mi poruszać się bez obstawy…

- Hallo! Proszę pana! - dobiegający zza pleców okrzyk był tak niespodziewany, że Henryk aż się wstrząsnął. Natychmiast obrócił się na pięcie i w zapadającym zmroku, kilka metrów za sobą spostrzegł łysawego gościa w swoim wieku o czerwonej, nalanej twarzy. Widział go już kiedyś, czy mu się tak tylko zdawało?

- Tak? Słucham? - rzucił jednak krótko, jakby na odczepnego.

- Nie poznaje mnie pan?

- Pan wybaczy… - Henryk od stóp do głów zmierzył go spojrzeniem - ale jakoś sobie nie przypominam.

- A ja pana poznaję bardzo dobrze - przesiąknięty alkoholem oddech nieznajomego dopiero teraz dotarł do Henryka. - Trzy miesiące temu, na wybrzeżu.

- Nie rozumiem…

- Niech pan nie udaje. Przypłynął pan na U - Boocie, razem z führerem i Bormannem.

- Coś się panu pomyliło - Henryk w lot uznał, że to prowokacja i zrobił krok w tył. 

- Co, boi się pan? Jest pan taki, jak tu wszyscy? Bo ja mam ich w dupie! A pana dobrze pamiętam, bo odjechał pan razem z führerem, jego żoną, dzieckiem, jakimś doktorkiem i tym grubym szczurem.

- Pan wybaczy… - powtórzył, ale i w tej samej chwili sobie przypomniał. - Tak, oczywiście! To ten gość, co zarządzał ewakuacją. Tylko o jakim szczurze on mówi? Bo przecież chyba nie o Bormannie?

- Przypomina pan sobie! Widzę to po pańskiej twarzy… - w słowach mężczyzny słyszeć się dały niepokojące nutki. - A teraz właśnie wraca pan od tego szczura.

- Pan chyba nie wie, co mówi.

- Ja nie wiem? Ja, sturmbannführer Helmut Getz? Nie wiem? Mówię o tym szczurze Bormannie!

- Pan się zapomina, sturmbannführer!

- Co się zapomina? Kto się zapomina? - w głosie Getza słychać było pijackie zacietrzewienie. - Co, nie wierzysz mi? Ja ci to mówię! - bujał się na obcasach i nagle złapał Henryka za rękaw. - Napijesz się ze mną? Mieszkam tuż obok. To jak? Napijesz się?

- Właściwie, to czemu nie? - Henryk momentalnie podjął decyzję. Sam nic ważnego nie powie, a od pijanego tyle się przecież można dowiedzieć…

 

            Nie pomylił się. Dwie godziny później zostawił Getza w stanie upojenia alkoholowego, ciężko chrapiącego na dywanie pod stołem. - Przenosić go na łóżko? Nic się nie stanie, jak wyśpi się w kałuży rzygowin. Należy mu się to, jak psu buda. Niemniej jednak - tu Henryk z dziwną wdzięcznością pomyślał o obfitej kolacji spożytej z Bormannem, która pozwoliła mu zachować względną trzeźwość umysłu - to i tak żadna kara dla tego sadysty. Dla skrzynki złota wymordować całą załogę? To się w głowie nie mieści! W pierwszej chwili nawet nie uwierzył, gdy Getz zaczął mu opowiadać o sprawie. Ale później…

            Doszedł do domku, rozebrał się, zimną wodą zmoczył głowę pod kranem i położył się do łóżka. Raz jeszcze odtworzył z pamięci pijacką gadkę Getza. Sprawdzić jej nie miał jak, ale wszystko powinno się zgadzać. Wspominał Bormann o śmierci załogi? Wspominał! A teraz Henryk pił z bezpośrednim sprawcą tej zbrodni, który wcześniej osobiście odbierał ich z pokładu U - Boota. Miał Getz wiedzę o skrzynkach ze złotem? Miał i nawet wiedział ile ich było. Ile pojechało transportem kołowym, a ile załadowano do samolotu. Znał Manfelda? Znał. - Tylko dlaczego tak pije? - od początku intrygowało Henryka i Getz w kilka minut sam mu to wyjawił. Nie otrzymał jeszcze złota! Zadanie wykonał wzorowo, wszystko udokumentował na kliszy fotograficznej i nagrody spodziewał się bez zwłoki. A tu co? Teraz Bormann zasłania się wymówkami, że stracił przy tym dwóch zaufanych ludzi, że niby to może zbyt wiele jak na jednego, że złoto jest daleko i ukryte…

- Gówno ukryte! - krzyczał Getz. - Z drugiego i trzeciego U - Boota sam je przecież woziłem do Inalco.

- Inalco? Jest taka miejscowość?

- Miejscowość? Nie. To posiadłość nad brzegiem tutejszego jeziora, Nahuel Huapi. Formalnie należy do argentyńskiego dyrektora filii Mercedesa, Antonio Horche… Mówi panu coś to nazwisko?

- Przyznam, że nic.

- Nie szkodzi. To właśnie on, w 1940 zakupił ten kawałek ziemi i do 1945 wybudował tam luksusowy dom. Nie rzucający się w oczy, ale strzeżony jak diabli. Od otwartego jeziora przesłonięty przez dwie niewielkie wysepki. Straże, psy, stanowiska strzeleckie, karabiny maszynowe. A z tyłu jest jeszcze jeden obiekt. Prawdziwy, podziemny bunkier z kamienia. I tam złożone jest złoto.

- Ale skoro Bormann mówił, że to daleko…

- Ten szczur? Sześćdziesiąt parę kilometrów to dla niego za daleko? Przecież jeździ tam co najmniej raz na tydzień.

- To nie może tej skrzynki po prostu wrzucić do bagażnika?

- Co pan? Tam nie dochodzi żadna droga. Wokół rośnie pierwotny las. Dostać się można tylko wodą lub powietrzem. Dlatego wybudowali pomost dla motorówek i rampę dla hydroplanu. A hydroplan jak przyleci, wyciągają na ląd i zaraz maskują. Robią to dla bezpieczeństwa führera.

- To führer też tam jest? Żartuje pan!

- Ja żartuję? Ja nigdy nie żartuję! I to złoto wydrę im z gardła! A jak nie, to… - Getzowi złe błyski zamigotały w oczach. - Tak czy inaczej dopadnę ich i wyrwę co swoje. Nawet gdyby mi przyszło jechać do Misiones.

- Mówił pan, że do Inalco.

- To co, że mówiłem? - Getz już prawie bełkotał. - Inalco jest tu, a rezerwowa kryjówka w dżungli nad rzeką Parana. W prowincji Misiones, niedaleko Teyu Cuare i San Ignacio. Tam też jest złoto. Z pierwszego U - Boota.  A ja… - chciał jeszcze coś powiedzieć, ale tylko przymknął oczy i z cichym jękiem zwalił się pod stół.

            - Nie dziwota - pomyślał Henryk zapadając w sen. - Gdybym wypił tyle co on, jutro rano spokojnie mogli by mi robić sekcję zwłok!

 

Komentarze