14.01.1946, późny wieczór - Argentyna, Buenos Aires, hotel „Miramar”.
Jakby nie wierząc własnym oczom i na przekór oczywistym faktom Henryk raz jeszcze rozpostarł gazetę, ale jakoś nic nie chciało się zmienić.
Ogłoszenia nie było. Niby wiedział już o tym od południa, ale jego umysł nie przyjmował tego do wiadomości. Co się mogło stać? Dał im przecież praktycznie trzy tygodnie. Owszem, były w tym czasie Święta Bożego Narodzenia, niedziele, nawet Nowy Rok, ale do cholery! Takie sprawy powinno załatwiać się natychmiast i od ręki! Upił łyk soku pomarańczowego i ponownie się zamyślił. Czy ambasada przekazała to dalej? Raczej tak. Nikt by nie zaryzykował, aby z własnej inicjatywy zatrzymać taką wiadomość. Najbezpieczniej wtedy przesłać ją w górę. Niech inni się martwią. No, właśnie… A ci inni? Czy nie potraktują tego jako kiepskiego żartu albo rojenia schizofrenika? Może napisał zbyt dużo? Zbyt wiele grzybów w barszczu to też przesada. Ale skoro ten barszcz jest taki, a nie inny? A może nie chcą ryzykować współpracy z Orawą? Bo przecież w Poczdamie na bombę wyszli jednak Sowieci… - Czy to może oznaczać, że Orawa pracuje dla nich? - nagle zimny pot wyszedł Henrykowi na czoło. - Bo jeżeli tak… Nie, chyba jednak nie - po chwili zastanowienia uspokoił sam siebie. - To po prostu niemożliwe. A co do spotkania, to trzeba uzbroić się w cierpliwość. Bo jeżeli nie wyszło w pierwszym terminie, to już w drugim powinno. Trzeba więc zaczekać jeszcze miesiąc i mieć nadzieję. Już wcześniej sprawdził w kalendarzu, że 14 luty to wtorek. Więc może za miesiąc, w rubryce nekrologów „Buenos Aires Herald” wydrukuje wyrazy współczucia i kondolencje dla Isabelli Gonzales? Tak… Lepiej być ostrożnym. Szkoda by było zaprzepaścić całą dotychczasową wiedzę, a przede wszystkim życie. Swoje i oczywiście Trudy. Zamyślił się jeszcze raz. - A może by ją tak powiadomić, skreślić kilka słów nadziei i pocieszenia? Dać znać, że wciąż jeszcze żyje i tęskni? Albo jednak nie… Nie będzie ryzykował i nie wyśle jej teraz żadnej wiadomości, chociaż tu, z hotelu, mógłby to bezpiecznie zrobić. No bo jak by to wyglądało? Zapadła, prowincjonalna niemiecka wieś i nagle kartka czy list od kogoś z Argentyny? Zbyt zagadkowe i podejrzane. Trzeba więc czekać i mieć nadzieję. Nadzieję, że Truda też czeka.
15.01.1946, południe - Argentyna, Buenos Aires, fabryka Fritza Mandla „IMPA”.
Starając się nie okazywać nadmiernego entuzjazmu, bo a nuż, oferenci podbiją podaną cenę, dyrektor jeszcze raz obejrzał leżące na biurku łożyska.
- To ile kompletów możecie panowie zapewnić?
- Jak już wspomniałem - Velasquez przejął inicjatywę. Nawet dziesięć tysięcy miesięcznie, licząc od pierwszego marca.
- Ale cena pozostanie taka sama o jakiej mówiliśmy?
- Jak najbardziej. I wszyscy na tym dobrze wyjdziemy.
- Czyżby? - w głosie dyrektora dały się słyszeć nutki powątpiewania.
- Oczywiście. Zakłady w Chicago zainwestowały podczas wojny w najbardziej nowoczesne maszyny, szkolenie ludzi i wdrożenie odpowiedniej organizacji pracy. To pozwoliło radykalnie zwiększyć produkcję, zapewnić właściwą jakość i ograniczyć koszty, a mieli wtedy wielkie zamówienia od wojska. Teraz, kiedy wojna się skończyła zamówienia mocno zmalały, więc szukają nowych rynków zbytu. To się wszystkim opłaci. Oni utrzymają produkcję i miejsca pracy, my zarabiamy jako pośrednicy, a wy otrzymacie wyborowy produkt zamiast tego szmelcu, który dotychczas stosowaliście. I to w całkiem dobrej, konkurencyjnej cenie.
- No, cóż… Była wojna i musieliśmy brać, co tylko było dostępne.
- Ale słyszałem, że tamten kontrakt obowiązywał tylko do końca ubiegłego roku?
- Jest pan wyjątkowo dobrze poinformowany, senior Velasquez! - dyrektor nie zdołał ukryć podziwu.
- A więc?
- Ja jestem za. Oczywiście, muszę na to uzyskać zgodę właściciela, czyli pana Mandla. Myślę jednak, że w tej sytuacji łatwo się dogadamy i za trzy lub cztery dni będziemy mogli już usiąść do opracowania stosownej umowy. Osobiście podpisze ją później pan Mandl. A teraz, za naszą przyszłą, owocną współpracę - wzniósł toast, sięgając po lampkę wybornego, francuskiego koniaku.
- No i jak, senior Brandt? Dobrze poszło? - idąc już prowadzącym do wyjścia korytarzem w głosie Velasqueza dały się słyszeć nutki radości.
- Tak, jak planowaliśmy - Orawa również był zadowolony. - Ale niech się pan zbytnio nie cieszy. To nie jest właściwy cel naszego pobytu w tym kraju. Dopiero jak osobiście poznamy Mandla i się z nim zaprzyjaźnimy…
- Oczywiście. Ale od czegoś trzeba zacząć.
- Też racja. Proszę więc zająć się tą sprawą z pełną energią i to tak, aby w pełni zadowolić Mandla. Bo na chwilę obecną, chyba tylko przez niego możemy trafić w punkt, na którym naprawdę nam zależy.
- Jasne - Velasquez nagle zakręcił się nerwowo. - Jest tu jakaś toaleta ? Chce mi się lać, jak cholera. Chyba z tych emocji.
- Zdaje się, że przed chwilą ją minęliśmy. Wróćmy więc i załatwmy co trzeba. Wyjdziemy stąd lżejsi na ciele i duchu.
Niespiesznie przeszli przez recepcję, niewielki fabryczny plac i skierowali się prosto na schody. Biurowiec nie był zbyt okazały i te kilkanaście stopni pokonali dosłownie w parę sekund. Waltz jak zwykle pierwszy, Henryk w środku i Rosenberg z tyłu. Na piętrze skręcili w prawo i sporej długości korytarz ukazał im obite skórą drzwi, które natychmiast się otworzyły. - Pewno recepcjonista telefonicznie uprzedził dyrektora - pomyślał Henryk i skierował się w ich stronę. Kątem oka zdążył jeszcze zauważyć znikającą jakby w ścianie sylwetkę mężczyzny w jasnym garniturze, za którym natychmiast zamknęły się jakieś drzwi. Kilka sekund później rzut oka wyjaśnił mu ten pośpiech. Umocowana na wysokości wzroku mosiężna tabliczka miała wygrawerowane dwa zera. - Toaleta! Widać gościa nieźle przypiliło - pomyślał rozbawiony i nagle, nie wiadomo dlaczego, pomyślał o Orawie. Ileż by dał, aby go teraz spotkać i to sam na sam! Wyjaśnili by sobie kilka spraw i może wreszcie mógłby poczynić działania, które doprowadziły by go do bezpiecznej przystani. Nie miał jednak czasu na dalsze myśli, bowiem w drzwiach ukazał się sam dyrektor, z przylepionym do twarzy szerokim, służbowym uśmiechem.
- Serdecznie pana witam, panie Schlegel! Proszę do mojego gabinetu. A pani - zwrócił się do sekretarki - zrobi dla nas dwie mocne kawy. I po dużym drinku dla obu panów - wskazał na Waltza i Rosenberga.
- Tylko po kawie - Henryk nie omieszkał uśmiechnąć się szeroko do wpatrzonej w niego maślanym wzrokiem sekretarki. - Bo dzisiaj nie zabawię tu więcej, niż pół godziny.
- To bardzo dobrze - dyrektor prawie siłą wciągnął Henryka do swojego gabinetu i tam, już w cztery oczy kontynuował. - Bo jakby co, wkrótce mają się tu pojawić ruscy.
- Ruscy? - Henryk był szczerze zdziwiony. - Jacy znowu ruscy? Co pan bredzi i o co tu chodzi?
- W piątek, czyli już cztery dni temu, zadzwonił do naszego sekretariatu jakiś Rusek, z niedawno utworzonego ich przedstawicielstwa handlowego czy też kulturalnego. Tak ze mną rozmawiał, że prawdę mówiąc sam już nie wiem z jakiego. Zaprasza mnie i pana Mandla na występy ich zespołu pieśni i tańca, bodajże z Abchazji. Mieli przywieźć osobiste zaproszenia, wczoraj lub dzisiaj.
- I co?
- Oczywiście, natychmiast powiadomiłem pana Mandla, a on powiedział, aby te zaproszenia wsadzili sobie w dupę. W najlepszym zaś przypadku mają je zostawić na recepcji. No, chyba, że pan zarządzi inaczej. W takim przypadku polecił mi w tej mierze całkowicie i bezwzględnie wykonywać pańskie polecenia. To co z tym zrobimy panie Schlegel?
- Co zrobimy? - Henryk przez chwilę intensywnie myślał. - To nie jest normalne i w ogóle mi się nie podoba, aby jacyś ruscy i to w tej chwili kręcili się nam po zakładzie. A nie orientuje się pan, czy przypadkiem zaproszenie dotyczy tylko was?
- Przewidziałem to i już wczoraj obdzwoniłem kilku dobrych znajomych. To musi być jakieś większe przedsięwzięcie, bo zaproszenia trafiły nie tylko do nas. Zaproszonych jest co najmniej kilkunastu innych przemysłowców, bankierzy, politycy a nawet podobno jacyś znaczniejsi dziennikarze.
- No to kamień z serca, chociaż też nie do końca wiadomo, czy to nie jest z ich strony jakiś kamuflaż. Zrobimy więc tak… Dzwoni pan do recepcjonisty, aby natychmiast po ich przybyciu uprzedził nas o tym. Jeżeli jeszcze tu będę, natychmiast przejdę z moimi ludźmi do salki konferencyjnej, a pan przyjmie ich z honorami. Niewątpliwie przedstawią się z imienia i nazwiska, więc proszę je zapamiętać, a sekretarka dla pewności niepostrzeżenie je zapisze, chociaż nie dał bym głowy, że będą to ich prawdziwe dane. Uprzejmie pan też porozmawia o ich pobycie, zapyta co tu robią, czym się zajmują, jakie mają plany i perspektywy na przyszłość. Oczywiście nie należy liczyć na jakąkolwiek ich szczerość. Będą odpowiadać ogólnikami albo też bezczelnie kłamać. Niemniej jednak obejrzy ich pan sobie dokładnie, sekretarka również, a po wszystkim opowiecie mi o swoich odczuciach.
- Jawohl, herr Schlegel! - dyrektor, chociaż urodził się tu, w Mendozie, z tego powodu automatycznie miał obywatelstwo argentyńskie i ogólnie uchodził za rodowitego Argentyńczyka, wyprężył się przed Henrykiem. Zadziałała tu postawa i dyscyplina wyniesiona jeszcze z rodzinnego domu, gdzie oboje rodzice z pochodzenia byli Niemcami, a i respekt przed pryncypałem, nakazującym mu bezwzględnie podporządkować się poleceniom tego tajemniczego przybysza, reprezentującego kogoś, o kim nie miał prawa mieć nawet zielonego pojęcia.
- To tutaj? - Rogozin z ciekawością rozejrzał się wokół.
- Tak. To są właśnie zakłady Fritza Mandla. A tam jest recepcja, przez którą się wchodzi - Dawidow machnął ręką w kierunku stojącego sto metrów dalej ceglanego budynku, z dużym żółtym napisem „IMPA”.
- A nie możemy podjechać nieco bliżej? - Rogozin był wyraźnie niezadowolony.
- Sami widzicie, towarzyszu pułkowniku. Tamten parking jest już zapełniony. Więc tylko tutaj… A dalej kawałek pieszo, recepcja i biurowiec z gabinetem dyrektora.
Nie można powiedzieć. Recepcjonista był bardzo sprawny i o wizycie oczekiwanych radzieckich gości powiadomił sekretariat natychmiast. Tyle, że jego telefon spóźniony był o niespełna pół minuty. Bo poprzedni goście z gabinetu dyrektora już wyszli.
- Co dalej, szefie? - mimo, iż dopiero zeszli ze schodów, Waltz już wyciągnął kluczyki z kieszeni. - Gdzie teraz?
- Do hotelu. Trzeba się nieco odświeżyć, zjeść obiad i zaliczyć tę ich sjestę. A wieczorem…
- Tak?
- A wieczorem usiądziemy w barze. Wypijemy po małym drinku i może jeszcze czeka nas jakaś przygoda? - Henryk czasem lubił niedopowiedzenia.
- Nas też, szefie?
- A dlaczegóż by nie ? Poświęcacie się tak samo jak i ja, więc…
Nie dokończył. Bo przez otwierane właśnie przez Waltza drzwi do recepcji, zobaczył kogoś, kogo za nic na świecie nie spodziewał by się tu spotkać.
- Możemy wreszcie iść? - Dawidow z widocznym zniecierpliwieniem popatrzył na pobladłego nagle recepcjonistę, który za cholerę nie miał pomysłu jak nie dopuścić do zetknięcia się obu delegacji. - Byliśmy przecież oficjalnie zapowiadani i… - słysząc otwierane od strony fabryki drzwi, zwrócił głowę w tamtym kierunku. Czyżby to sam dyrektor się do nich pofatygował? Nie. Znał jego twarz, już kilka razy widział go z daleka, choć nigdy nie byli sobie przedstawieni. Tu natomiast wkroczył krótko ostrzyżony dryblas, twardo wybijający o podłogę każdy swój krok. - Żołnierz! - pomyślał Dawidow, lecz nie dokończył myśli, bo jego uwaga skupiła się na drugim wchodzącym. Wysoki, barczysty blondyn po czterdziestce, który niespodziewanie zwolnił kroku i jak zahipnotyzowany, niedowierzającym wzrokiem wpatrywał się w przestrzeń obok. W przestrzeń, gdzie właśnie stał jego przełożony, podpułkownik Walery Konstantynowicz Rogozin!
Miał już dość tego wszystkiego, ale obowiązek, to obowiązek. Swoją rolę trzeba grać do końca, a ten głupi recepcjonista nagle jakby zdurniał. Wpuści, nie wpuści… Co tu się dzieje? Rzucił spojrzenie na otwierające się właśnie drzwi i nagle zrobiło mu się gorąco. Czyżby? Mimo woli przetarł palcem oko, ale nic nie chciało się zmienić. Trzy metry od siebie Rogozin zobaczył nie kogo innego, jak obiekt swoich już prawie obsesji i kompleksów. Jak w zwolnionym filmie przemieszczał się przed nim nie kto inny, jak daremnie dotąd poszukiwany Heinrich Reschke!
Przywidzenie czy rzeczywistość? Kilka kroków od niego, z otwartymi ustami i jakby ogłupiały, stał sowiecki oficer, z którym już dwa razy miał do czynienia. Raz, gdy wiosną ubiegłego roku w Waldenburgu odgrywał rolę polskiego kowala i drugi raz w Poczdamie, gdzie w ostatniej chwili wykopał go z tramwaju. Mimo woli spotkały się ich pełne niedowierzania spojrzenia i w ułamku sekundy Henryk już wiedział. Wzajemnie się poznali! A więc ta rozgrywka jeszcze się nie kończy. Bo jak to mówią, „do trzech razy sztuka”.
- Nie ma wątpliwości. Poznał mnie - Rogozin aż cały zadygotał. - I wie, że ja też go poznałem. Tylko co on tu robi? Przecież nie przyjechał kupić rowerka dla dziecka. A w ogóle, to jak on się znalazł w Argentynie? Jak i na jakich papierach zdołał się tu przedostać w drugiej połowie 1945 roku? Sam by przecież nie dał rady. Musieli go tu ściągnąć. Tylko po co? - przez chwilę stał oszołomiony myślą, która nagle przyszła mu do głowy… - To jasne! Przecież nie ściągnęli go tu dla jego pięknych oczu. Ma zbudować nową bombę atomową! A skoro tak, to jak wysoko postawieni są jego mocodawcy?
- Proszę. Dyrektor panów oczekuje - dotarł nagle do niego głos recepcjonisty. - Prosto przez plac, w tamte drzwi i schodami na piętro. Dalej zaprowadzi sekretarka.
Ruszył więc jak otumaniony i dopiero na schodach odzyskał zdolność działania. - Job twoju mać! Idzie przed siebie jak jakiś idiota, a tymczasem ptaszek ucieka…
- Dawaj teczkę!
- Słucham? - Dawidow w pierwszej chwili nie zrozumiał.
- Teczkę. Dawaj! Sam dostarczę zaproszenie. Wrócę taksówką. A ty w samochód i za tymi trzema. Muszę wiedzieć, dokąd pojadą. Biegiem! Ale nie teraz, głupku - sekundę później widząc poczynania Dawidowa, Rogozin skorygował rozkaz. - Przecież nie możesz za nimi tak po prostu wybiec, bo niepotrzebnie zwrócisz na siebie uwagę. Idź normalnie.
Komentarze
Prześlij komentarz