Przejdź do głównej zawartości

ATOMOWY POKER 191

 

            - Głupku? - mimo, iż Dawidow przywykł już do różnego rodzaju poniżania, zwrot ten szczególnie nim wstrząsnął. - Kim ja kurwa dla niego jestem? Jakimś popychadłem, na którym może się tylko wyżywać? Bądź co bądź jestem przecież funkcjonariuszem służb specjalnych wielkiego i zwycięskiego radzieckiego państwa, a jednocześnie synem ważnego i zasłużonego członka komunistycznej partii!

            Na razie jednak wskoczył do samochodu, widząc już tylko znikający za skrzyżowaniem tył zielonego Buicka. Jeden zakręt, drugi, pełny gaz i po minucie znalazł się niespełna sto metrów za śledzonym pojazdem. Odetchnął głęboko i niespodziewanie znów w głowie pojawiło mu się to słowo, wypowiedziane z jakąś taką niewyobrażalną pogardą. - Głupku? A wal się! - pomyślał o Rogozinie i noga jakby sama odpuściła mu pedał przyspieszania. -  Bo po jaką cholerę mam się niby narażać? Dla kogo? Dla tego gburowatego i zadzierającego nosa pułkownika, który ma mnie za nic?  I co ja z tego będę miał? Pochwałę w jadłospisie? Prędzej jakiś nekrolog, bo żaden z trzech mężczyzn wychodzących z fabryki bynajmniej nie wyglądał na jakiegoś poczciwca. Przecież prędzej czy później się zorientują. Pojadą na jakieś odludzie, staną za rogiem i zanim się obejrzę, zaliczę kulkę między oczy. Albo co gorsza, pochwycą żywcem, zaciągną do jakiejś piwnicy i zmuszą do mówienia. A jakimi sposobami, lepiej nawet nie myśleć. Więc do dupy z takim scenariuszem! - powoli zjechał do krawędzi jezdni, zgasił silnik, otworzył okno i wyjętą z kieszeni chusteczką wytarł spotniałe nagle czoło. - Niech sobie w cholerę jadą gdzie chcą. Mnie jeszcze życie miłe!

 

            - A na koniec… Mogę jeszcze o coś spytać? - Rogozin tym razem poszedł na całość.

- Proszę.

- Na recepcji mijałem się z trzema panami. Jednego z nich chyba już kiedyś poznałem. Tego blondyna koło czterdziestki. To senior… - zawiesił głos, spodziewając się, że dyrektor połknie haczyk i dopowie resztę.

- To nikt ważny. Drobna płotka, chcąca się u nas pożywić. Ale my z takimi nie współpracujemy.

 

            - Zdawało mi się, czy nie? - Henryk raz jeszcze spojrzał w boczne lusterko. Bo przez chwilę prawie by przysiągł, że byli śledzeni, a teraz nagle jadący za nimi przez ostatnie półtora kilometra samochód najnormalniej w świecie zjechał do chodnika i zatrzymał się przy jakimś sklepie. Więc chyba nie, bo innego samochodu za nimi nie było. Pozostawała jednak jeszcze jedna kwestia. Co ten Rosjanin tak naprawdę robił w fabryce Mandla i na jakich papierach tu funkcjonuje?

 

15.01.1946, popołudnie - Argentyna, Buenos Aires, sowieckie przedstawicielstwo handlowo - kulturalne.

 

            - I co ? Gdzie pojechali?

- Nie udało się ustalić, towarzyszu pułkowniku.

- Co? Zgubiliście ich?

- To nie tak, towarzyszu pułkowniku. Gdybyście wcześniej dali polecenie aby ich śledzić, to bym ich dopadł. A tak… - gest rozłożonych bezradnie rąk Dawidowa podkreślił wymowę słów. - Gdy wyszedłem z recepcji, tył ich samochodu znikał właśnie za rogiem skrzyżowania. A ja do naszego auta miałem jeszcze dobre sto metrów.

- Chcecie mi powiedzieć, że nie pojechaliście za nimi?

- Pojechałem, ale już ich nie było. Krążyłem jeszcze po przyległych ulicach,   i to dobre trzy kwadranse, lecz zniknęli jak kamfora.

- Spieprzyliście sprawę, Dawidow.

- Tak jak powiedziałem. Gdybym wcześniej dostał polecenie… - Dawidow nie ośmielił się wprost powiedzieć, że całe to zamieszanie jest winą Rogozina. A w ogóle to wszystko kompletnie mu się nie podobało. Te nagłe i zaskakujące rozkazy, zmiany, chaotyczne, nieprzemyślane i spóźnione decyzje… To się nie mogło dobrze skończyć.

 

15.01.1946, popołudnie - Argentyna, Buenos Aires, hotel „Miramar”.


            Tak jak wcześniej założył, wszystko odbyło się zgodnie z przewidywaniami i teraz bez żadnego już trudu uzyskał interesujące go dane. Wystarczyło, że z hotelu wykonał krótki telefon do sekretariatu fabryki i w parę chwil miał odpowiedź. Na recepcji minął się z kimś, kto jako przedstawiciel kulturalny sowietów dopiero co przyjechał do Argentyny i posługuje tu dokumentami na nazwisko Maksym Klimow.

            - Zareagować? W jakiś sposób trzeba, bo ten cały Klimow - o ile oczywiście jest to jego prawdziwe nazwisko - nie pojawił się tu bez powodu. Na pewno wykonuje jakieś zadania wywiadowcze, a sądząc po jego zachowaniu w Poczdamie, z największą przyjemnością by mnie dopadł. Oczywiście, nie jako Grzegorza Beresia, pod którym to nazwiskiem poznał mnie już w Waldenburgu - Henryk był święcie przekonany, że Rosjanin zna jego prawdziwe, zapisane w niemieckiej wersji nazwisko. - Trzeba się więc mieć na baczności. Bo to przecież nie jest normalne, że jakiś ruski plącze się po fabryce Mandla i to akurat wtedy, gdy jej część usiłują w tajemnicy przeprofilować na wytwarzanie szybkich materiałów wybuchowych.

 

16.01.1946 - Argentyna, Buenos Aires, sowieckie przedstawicielstwo handlowo - kulturalne.


            Sięgnął po szklankę wody, ale drżąca dłoń nie zdołała jej utrzymać i chwilę później usłyszał tylko głośny brzęk roztrzaskującego się na podłodze szkła. - Job twoju mać! - Rogozin szerzej otworzył oczy i złapał się za głowę. - Co za gówno oni tu robią? Nie ma to jak nasza, rosyjska wódka. Można się napić i łeb nie pęka. A tu … Jakieś tequile, rumy, giny. Co to w ogóle  jest, do cholery? - usiadł na łóżku, rozejrzał się dookoła i przypomniał sobie myśl, jaka już wczoraj przyszła mu do głowy. Uszakow! To z tego powodu tak się upił. Na Dawidowa nie było co liczyć, był to zwykły dupek, siedzący na zagranicznej placówce jedynie ze względu na stanowisko ojca, ale major Uszakow to była całkiem inna historia… Chyba tylko dlatego nie został rezydentem, że już od lat funkcjonował tu jako miejscowy. Cholernie towarzyski i posiadający rozległe kontakty, uzyskiwał od ponad dwudziestu ludzi masę doskonałych informacji, chociaż, aby się nie zdekonspirować, oficjalnie żadnego z nich do współpracy nie pozyskał. Paradoksalnie, waga i ilość tych informacji obróciła się na jego niekorzyść. Bo gdyby go teraz oderwać do innych zajęć, kto niby obsłużył by tę całą agenturę? Kto by aranżował spotkania, naprowadzał na odpowiednie zagadnienia, dogrywał kontrakty, cierpliwie słuchał podrzucając interesujące nas wątki i prowokując do zwierzeń, a następnie opracowywał to wszystko i przekazywał do Centrali? No kto? Nie dało by się też tego przekazać na kontakt innemu pracownikowi. Pozostał więc tutaj jako wół roboczy, bez możliwości awansu. - Ale teraz ten wół powinien mi się przydać - pomyślał Rogozin. - Niech wykorzysta te swoje znajomości, niech i dla mnie zaprocentuje ten tak nieco podejrzany jak na proletariackie pochodzenie i pełnioną tutaj funkcję, wystawny, a czasami nawet rozrzutny tryb życia. Niech uruchomi swoje kontakty, naprowadzi na potężnego blondyna koło czterdziestki. Trzeba mu tylko pokazać zdjęcie - Rogozin cały czas wręcz obsesyjnie miał przy sobie egzemplarz fotki Heinricha Reschke, wykonanej jeszcze na potrzeby obławy w Poczdamie. Przypominała mu ona największą chwałę, ale i największą w jego karierze porażkę. Porażkę, która tu, niespodziewanie może jednak zamienić się w największy sukces!

 

30.01.1946 - Argentyna, Buenos Aires, lokal konspiracyjny Wywiadu Armii USA. 

 

            Kogo jak kogo, ale generała Browna, Orawa się tu nie spodziewał. Idąc na wywołane w trybie pilnym spotkanie przewidywał wprawdzie, że będzie ktoś ważny i pewnie z niemniej ważnymi informacjami, ale tym razem w położonym na obrzeżach miasta lokalu konspiracyjnym, czekało go prawdziwe trzęsienie ziemi.

- Pan? Tutaj?

- Zaskoczony, co? Ja też nie myślałem, że zobaczymy się tak prędko. Proszę siadać. Napijemy się? - generał wskazał barek z kilkoma butelkami za szkłem.

- Jeśli można, to brandy.

- Proszę. Pewnie się pan zastanawia, co spowodowało tak nagły mój przyjazd, prawda?

- Czyta pan w moich myślach, panie generale.

- No to, żeby nie było, że tylko ja coś czytam, proszę się zapoznać z tym - Brown wyjął z czarnej teczki fotokopię listu Henryka.

- Matko Boska Częstochowska! - Orawa przebiegł oczami tekst,  nie mogąc uwierzyć w to, co widzi.

- Co pan powiedział? Nie zrozumiałem…

- Nic. Tak mi się wyrwało. To taka nasza, polska Matka Boska. Coś jak te z Lourdes, Fatimy czy z Gwadelupy.

- A, rozumiem. A wracając do tego, co pan trzyma w ręku. Zna pan charakter pisma tego „Janusa”?

- Znam. Czytałem opracowania pisane przez niego, zarówno osobno, jak i bezpośrednio w mojej obecności. To jest co prawda pismo techniczne, ale widzę w tym jego rękę. To niewątpliwie on.

- No to jesteśmy w domu. I wbrew opinii kilku naszych ekspertów z Waszyngtonu, uważam to wszystko za prawdę.

- A co? Twierdzą, że to wszystko lipa?

- Może pan powtórzyć? O co chodzi z tą lipą?

- Przepraszam. To znów takie nasze, polskie określenie. Lipa, czyli coś lipnego. Po naszemu bez wartości, oszustwo, fikcja.

- A zna pan na ten temat jedno ze słynnych powiedzeń naszego pisarza, Marka Twaina?

- Nie wiem, o które chodzi.

- Twain kiedyś powiedział, że prawda jest dziwniejsza od fikcji, a to dlatego, że fikcja musi być prawdopodobna. Prawda - nie!

- A czy on przypadkiem nie pracował w naszej branży?

- Nic o tym nie wiem. Ale wracając do tematu… Przybyłem tu z kilkunastoosobowym zespołem. Najwięksi i najbardziej inteligentni twardziele z całej naszej firmy. Każdy z nich co najmniej dobrze posługuje się językiem hiszpańskim. Będą na każde moje, ale również i pańskie skinienie. Ja oczywiście nie wracam teraz do Stanów. Zostanę tutaj, dopóki pan nie odbędzie tego spotkania, po którym zastanowimy się, co dalej. A na razie mamy prawie dwa tygodnie, aby obmyślić wszystko w najdrobniejszych szczegółach. Bo jakby co, to tej rozgrywki nie wolno nam spieprzyć.

 

31.01.1946 - Argentyna, Buenos Aires, siedziba firmy  majora Uszakowa.

 

- Jest, towarzyszu pułkowniku! - Uszakow miał taki jakiś błysk w oku, że Rogozinowi mało serce nie wyskoczyło. Czyżby…

- Sadząc po waszej minie, macie dobre nowiny.

- Nie mylicie się, towarzyszu pułkowniku i dlatego poprosiłem o pilny kontakt.

- A nie można było gdzieś indziej zorganizować naszego spotkania?

- Do naszego przedstawicielstwa iść mogę tylko w ostateczności. A tu u mnie, przewija się mnóstwo ludzi. Kontrahenci, różni interesanci. Nikt na nikogo nie zwraca uwagi.

- Dobrze. A więc…

- Jest ślad tego Reschke. Facet mieszkał ostatnio trzy dni w hotelu „Miramar”. Miedzy czternastym a szesnastym stycznia.

- Czyli wtedy, gdy go spotkałem.

- Tak. Było z nim jeszcze dwóch. Zajmowali jeden pokój jednoosobowy i jeden dwuosobowy. Obok siebie.

- Mamy jakieś bliższe dane?

- Ten o którego chodzi, wpisał się w książkę jako Antonio Schlegel. Tu są dane pozostałych dwóch i numery obydwu pokoi - Uszakow wyciągnął niewielką kartkę. - Więcej nie udało się ustalić. To hotel, gdzie selekcjonuje się gości.

- Selekcjonuje?

- Tak. Byle kogo i z ulicy nie przyjmują. Właściciel to Niemiec z pochodzenia. Moje źródło twierdzi, że zatrzymują się tam tylko biali i najczęściej są to Niemcy. Murzyn, Mulat, Metys, żółtek czy inny kolorowy, nie mają tam prawa wstępu.

- Czyli źródłem informacji też jest jakiś biały?

- Tak. To krupier z przylegającego do hotelu kasyna. Po cichu współpracuje z szefem hotelowej recepcji, który za pewną opłatą wystawia mu co bogatszych gości do oskubania. Wszystko oczywiście oficjalnie i w białych rękawiczkach. Ruletka, poker i takie tam…

- Mamy coś z tego?

- Jak najbardziej. Dzięki jego informacjom mamy dwa inne, dobre źródła. Zajmującego się zaopatrzeniem jednego z dużych portów wysokiej rangi wojskowego i pewnego ważnego prezesa. Obydwaj mają mi wiele do zawdzięczenia i przekazują informacje myśląc, że chodzi tu o sprawy ściśle handlowe. Odpalam im zresztą pewien procent od nagrywanych przez nich kontraktów i dzięki temu mocno siedzą w mojej kieszeni. A sam krupier oczywiście nigdy się o tym nie dowie. 

- Dobrze. Więc wracając do tematu…

- Żaden z tych trzech o których nam chodzi, nie dał się skusić na kasyno. Facet z recepcji twierdzi też, że chociaż raczej zasobni, nie są chyba żadnymi krezusami. Nocowali w tym hotelu już drugi raz i dokładnie w tych samych pokojach. Wcześniej byli tam w okresie Bożego Narodzenia. A, jest jeszcze jedno… Ten najstarszy lubi dziwki. 

- To pewna informacja?

- Jak najbardziej. Już pierwszego dnia kazał sobie jakąś załatwić. Drugiego dnia tak samo.

- A my jakąś mamy, aby mu ją podsunąć?

- Niestety, nie. Ale facet i tak przecież wyjechał.

- Może jeszcze wróci…

- Nie wiadomo. Pytali się o to w recepcji, ale tylko wzruszył ramionami. Niemniej jednak, gdyby znów się pojawił, będziemy mieli sygnał.

 

Komentarze