25.02.1946, wieczór - Argentyna, San Carlos de Bariloche, siedziba Martina Bormanna.
- Pozwoliłem sobie nie zgodzić się z panem, doktorze - Bormann miał w oczach filuterne błyski.
- Nie rozumiem…
- Długo myślałem po naszym poprzednim spotkaniu. I doszedłem do wniosku, że na dwóch nogach stoi się pewniej, niż na jednej.
- Ameryki pan nie odkrył, reichsleiter.
- Ameryki? Pewnie, że nie. Ale mimo pozytywnych relacji z miejsc pana podróży, postanowiłem zadziałać dwutorowo.
- Dalej nie kojarzę. Jakich relacji? Jak dwutorowo?
- No - Bormann uśmiechnął się szeroko - chyba pan nie myśli, że w ocenie sytuacji opieram się tylko na pańskich opiniach i sprawozdaniach. Spływają też do mnie relacje z pańskich dokonań w terenie. I co najważniejsze, są dla pana wielce pozytywne.
- Tak?
- Oczywiście. Ci, z którymi się pan zetknął, podkreślają pańską fachowość i zaangażowanie. To dobrze rokuje na naszą wspólną przyszłość.
- Dziękuję, reichsleiter. Robię właśnie to, do czego mam pełne przekonanie.
- I to się ceni.
- Ale dalej nie rozumiem, o co chodzi z tymi dwoma torami.
- To proste. Mimo pańskich zastrzeżeń, tydzień temu postanowiłem uruchomić naszą czwórkę asów.
- Tych z Akademii Technicznej SS?
- Tych samych. Przecież to wybitni specjaliści. Pracowali razem z panem i z tego co wiem, wiele się nauczyli. Wysłałem więc sygnał do Modera. Od wczoraj nasza dzielna czwórka jest już w sztolni, gdzie zabrała się za kompletowanie i pakowanie elementów dwóch pozostałych bomb. Jak dobrze pójdzie, dotrą tu do nas za jakiś miesiąc, a wtedy…
Energiczne pukanie do drzwi przerwało wywód Bormanna. Tym większe było zdziwienie Henryka, że nawet bez zwyczajowego „wejść”, drzwi uchyliły się prawie natychmiast i do pokoju zajrzał Manfeld.
- Przepraszam, reichsleiter. Musi pan pilnie podejść do telefonu.
- A kto tam dzwoni? Czego chce?
- To pilne, reichsleiter. Wiadomość z Europy. Z Niemiec.
- Co? Czemu od razu nie mówisz? - Bormann zerwał się z fotela. - Proszę zaczekać, doktorze.
Mimo zamkniętych drzwi, pół minuty później Henryk usłyszał ryk wściekłości i nie była to nuta, którą by słyszał dotychczas. Coś się stało. Ale co? Czyżby ten telefon z Niemiec zwiastował powodzenie akcji Browna? Bo jeżeli tak…
- Zdrajcy! Sami zdrajcy! - wchodząc z powrotem Bormann nie mówił, a wprost ryczał. - Otaczają nas sami zdrajcy! Ktoś zdradził Amerykanom lokalizację sztolni. I dzisiaj nad ranem ich wojsko przeprowadziło szturm. Naszych złapali albo zabili, bo słychać było wystrzały. A potem wywozili wszystko ciężarówkami.
- Skąd to wiadomo?
- Dzwonił brigadeführer Moder. I prywatnie, zbytnio bym się nie zdziwił, gdyby to on zdradził. Znał lokalizację sztolni.
- Pozwolę sobie zaprotestować. To zbyt pochopny wniosek. Lokalizację znało wiele osób. Zbyt wiele.
- A co pan ma na myśli?
- Co mam? A tych, którzy tę sztolnię wytypowali do określonego celu. A tych, którzy ją przystosowywali w kwietniu ubiegłego roku i potem zwozili narzędzia oraz wyposażenie. A tych, którzy przywieźli tam elementy bomb, a tych, którzy tego miejsca pilnowali, a nawet tych czterech fizyków z SS, nie mówiąc już o woźnicy, który mnie tam przywiózł i właścicielu tartaku, od którego przeprowadzono linię elektryczną. Jeśli to wszystko dobrze policzyć, to wyjdzie może i kilkadziesiąt osób.
- Faktycznie - Bormann dopiero teraz złapał się za głowę. - Jakby to wszystko policzyć…
- No właśnie. W tak wielkiej grupie łatwo o zdradę.
- A ja już podejrzewałem Modera…
- Myślę, że jego należy wykluczyć. Chociażby przez fakt, że ani on, ani ja nie znaliśmy lokalizacji bomby w Poczdamie, a tam też ktoś zdradził.
- Racja. Powinien pan pracować w policji, doktorze.
- Nie sądzę, abym się nadawał. Ja tylko głośno myślę.
- Więc kto, według pana?
- Nie wiem. W tę sprawę zaangażowano zbyt wielu ludzi. Gdyby tam, na miejscu, zbadał to jakiś policjant, to może…
- Mam! Jest taki!
- Kto?
- Jak to kto? Jeśli Moder nie może być zdrajcą, to paradoksalnie tylko on! Był przecież kiedyś policjantem w Berlinie. Jednym z najlepszych. Więc jeżeli nie on, to innego wyjścia nie ma.
- Według mnie, jest jeszcze drugi trop. Albo tor, jak to pan określił.
- A co pan ma na myśli?
- Sytuację tutaj. Odebrał pan przecież telefon z Niemiec. Więc należy się zastanowić, czy nie zdradził ktoś, kto tu, na miejscu, zna pańskie plany i zamierzenia.
- Pan myśli, że Manfeld?
- Ja nic nie myślę, a tym bardziej nie chciał bym rzucać pochopnych oskarżeń. Identyfikuję tylko tropy. A przecież istnieje jeszcze trzeci trop. Związany z łącznością. Kto wie, czy pańskie rozmowy nie są gdzieś podsłuchiwane.
- To raczej niemożliwe. Telefony z Niemiec są na Brazylię, a konkretnie do Rio de Janeiro. Tam, na poczcie centralnej mamy człowieka, który przełącza je na Argentynę, a konkretnie na mój numer.
- No, właśnie. Co prawda, nie orientuję się w tych wszystkich telefonicznych zawiłościach, ale czy to naprawdę bezpieczny sposób? Bo jeżeli tam jest przeciek, to Manfeld jest tak samo niewinny jak i Moder. Ale może i nie - Henryk powoli zaszczepiał u Bormanna coraz większe wątpliwości.
- Kurwa mać! - chodzący dotąd po pokoju Bormann opadł wreszcie na fotel i wyciągnął z biurka flaszkę. - Zbyt dużo tego. A tutaj jeszcze nie jesteśmy na tyle zorganizowani, aby to wszystko sprawdzić.
- Niemniej jednak trzeba będzie.
- Tak… I niestety wbrew mojemu instynktowi, tej misji nie mogę powierzyć panu. Po utracie tamtych bomb, stał się pan zbyt cenny.
- Tak?
- Być może nie powinienem tego mówić, ale w tej sytuacji jest pan już chyba ostatnią nadzieją IV Rzeszy!
28.02.1946 - Argentyna, Buenos Aires, lokal konspiracyjny Wywiadu Armii USA.
- I znowu nic? - widząc minę wchodzącego, Orawa z góry znał odpowiedź.
- Niestety, panie majorze. Rusek wsiąkł jak kamfora - dowódca pozostawionej Orawie grupy wydawał się szczerze zmartwiony. - Obserwujemy to cholerne przedstawicielstwo na okrągło. Ale ten Klimow po prostu zniknął. Podając się za tutejszego melomana, jeden z moich ludzi znający perfekcyjnie hiszpański, zatelefonował nawet do nich. Pytał się o jakieś następne występy i czy Klimow będzie miał jakieś bilety lub zaproszenia, ale dostał odpowiedź, że na razie nic nie przewidują.
- To bardzo źle, bo właśnie dostaliśmy nową wiadomość - Orawa wskazał na sąsiedni pokój, gdzie pracowała ich nasłuchowa radiostacja. - Ten ruski, to wyjątkowo niebezpieczny przeciwnik. Na podstawie danych agenturalnych, opisu i portretu pamięciowego wykonanego przez naszego rysownika, z dużą dozą prawdopodobieństwa zidentyfikowaliśmy go jako majora Walerego Rogozina. Teraz już być może podpułkownika. W ubiegłym roku, podczas konferencji poczdamskiej odpowiadał za zabezpieczenie części trasy, która poruszał się Stalin. Jednym słowem, jest jednym z najbardziej zaufanych, bo byle komu nie powierzyliby takiego zadania. Dodatkowo, wszystko wskazuje na to, że w Poczdamie to on dowodził atakiem na fabrykę, gdzie mieliśmy przejąć pewien cholernie ważny obiekt.
- Jest jeszcze jeden trop. Chociaż nie wiem, czy właściwy.
- Mówcie!
- Ten rusek, czyli ten niby Klimow vel Rogozin, wcześniej poruszał się tylko jednym samochodem. Tak wynika z ustaleń, dotyczących rozwożenia przez niego zaproszeń. A teraz jego samochód stoi zamknięty w garażu.
- Skąd to wiecie?
- Z obserwacji. Garaż z boku jest na dwa auta i ma szerokie wrota. Jak biorą to drugie, to widać i to, które nas interesuje. Ale kiedyś musi przecież wyjechać, wiec może to naprowadzi nas na jakiś ślad.
- Dobrze. Działajcie dalej. Oby wreszcie z jakimś pozytywnym skutkiem.
- Za to ręczyć nie mogę. Ale jeżeli ten samochód gdziekolwiek się ruszy, nasz ogon nie spuści z niego oka.
06.03.1946 - Argentyna, Buenos Aires, lokal konspiracyjny Wywiadu Armii USA.
- Witam, panie generale! Spodziewałem się pana trochę później, a tu taka niespodzianka…
- Widzi pan jaki jestem szybki, majorze? W trzy tygodnie byłem w Stanach, w Niemczech, znowu w Stanach, a teraz ponownie w Argentynie.
- Nie wiem, jak pan to wytrzymuje.
- Ja też nie wiem, ale obawiam się, że przypłacę to kiedyś zawałem serca.
- Tfu! Na psa urok - Orawa nie mógł się powstrzymać od starego zabobonu.
- Miejmy nadzieję, że to pomoże - Brown o mało się nie roześmiał. - A jak tam nasze sprawy? Co nowego?
- Rusek siedzi cały czas w tym ich przedstawicielstwie. Dwa dni temu nasi chłopcy zaobserwowali go przez okno. Zrobili nawet zdjęcia.
- Świetnie. Wiec zapędziliśmy go do nory, z której nie ma już wyjścia. A kiedy wreszcie wychyli stamtąd swój nos…
- Właśnie. Ale kiedy to nastąpi?
- Kiedyś musi. A na razie, może pan nalać po lampce koniaku. Mamy sukces!
- Sztolnia?
- Tak. Nie tylko udało się ją zlokalizować, ale trafiliśmy też na czwórkę fizyków z SS, usiłujących wywieźć stamtąd bomby.
- Wzięci żywcem?
- Trzech z nich. Plus paru ludzi z obstawy i właściciel tartaku. Niestety, nie udało nam się zidentyfikować woźnicy. Widać, że to cholernie zaufany i mocno zakonspirowany człowiek. Prawdopodobnie podlegający pod tego Modera, na którego aktualnie też nie mamy namiaru.
- Myślę, że wiele by się można od nich dowiedzieć.
- Też tak myślę, więc działamy tam dalej.
- A bomby?
- W częściach, ale kompletne i nieuszkodzone. Płyną już do Stanów.
- Czyli zagrożenie z tej strony ustało?
- Jak najbardziej. Ale jest jeszcze jeden sukces, o którym dotychczas pan nie wie. Zlokalizowaliśmy tę posiadłość, o której dowiedział się „Janus”.
- Inalco?
- Tak. Są tam dwie wysepki, rampa dla hydroplanów, niewielkie molo i zabudowania. Mamy dokładne zdjęcia z rozpoznania lotniczego. A teraz kapitan McFarland opracuje plan. Jeżeli wypali, będzie majorem. Tak, jak i pan.
- Więc uderzamy na Inalco?
- Tak, ale głównie po to, aby przejąć złoto. A dla sobowtóra Adolfa, Ewy Hitler i jej dziecka zostawimy drogę ucieczki.
- Cholera! Diabli tam nadali tę babę z dzieckiem!
- Już panu tłumaczyłem. Musimy zakładać, że kiedyś to wyjdzie. Może nawet wcześniej niż później. I gdyby cokolwiek stało się matce czy dziecku, propaganda komunistyczna postawiła by nas w jednym szeregu z oprawcami z SS. Przecież formalnie, jej nic nie można zarzucić. Nie należała do żadnych nazistowskich organizacji, nie popełniła też żadnego przestępstwa, i to zarówno w świetle prawa niemieckiego jak i międzynarodowego. Formalnie jest niczemu niewinną i praworządną cywilną obywatelką. A poza tym…
- Tak?
- Słyszał pan pewnie, że czasami lepiej jest gonić króliczka, niż go schwytać?
- Owszem. Ale co to ma do rzeczy?
- Zostawiamy wszystko tak, jak jest. Adolf, prawdziwy czy fałszywy, zniknął w Berlinie i to ruskim. Tam urywa się wszelki ślad, więc to oni dali dupy, a my się lepiej nie wtrącajmy. Nawet jak go zabijemy, zawsze będą teorie spiskowe. I zawsze znajdą się tacy, którzy będą nam zarzucać, że go ukrywaliśmy czy coś w tym rodzaju, a został zlikwidowany dopiero wtedy, gdy okazał się groźny lub niepotrzebny. Chcemy tego uniknąć. W dodatku wielu zarzucało by nam, że to nie był prawdziwy Hitler. Że zabiliśmy sobowtóra dla uspokojenia opinii publicznej, a jego z jakichś powodów dalej ukrywamy.
- Jak znam życie, teorie te cieszyły by się wielką popularnością.
- Jak najbardziej. Już kilka razy w ostatnich miesiącach mieliśmy kłopoty z tego powodu.
- Nie słyszałem…
- A mówi panu coś nazwisko Heinrich Knoll?
- Przyznam się, że nie.
- Właśnie. To jeszcze jeden gość, zwykły cywil, szalenie podobny do Adolfa, chociaż w żaden sposób z nim nie związany czy też spokrewniony. Nasi ludzie w Niemczech zatrzymywali go już kilkanaście razy. I co najmniej cztery razy żądni sensacji dziennikarze rozdmuchali sprawę. Do tego stopnia, że przychodziły oficjalne zapytania z Moskwy, czy naprawdę zatrzymaliśmy Hitlera. A my, jak te głupki, musieliśmy przyznawać się do pomyłek.
- To rzeczywiście frustrujące.
- Oczywiście. Ale do rzeczy. Co do „Janusa” nic się nie zmieniło?
- Nic. Zgodnie z planem następne spotkanie za dziewięć dni.
- Świetnie. Czekamy więc na to spotkanie i dopiero potem podejmiemy ostateczne decyzje. A na razie, przedyskutujemy założenia do planu McFarlanda i zaczekamy na tego ruska. Może wreszcie wyjdzie na jakiś strzał.
- Strzał? Mogliśmy już w tym oknie go zlikwidować. Jeden strzał snajpera i koniec. Ale skoro stworzyło by to tyle komplikacji, zamieszania, i to na szczeblu międzynarodowym…
- Właśnie… I dlatego musimy go dopaść po cichu. Ale najlepiej tak, aby był w stanie jeszcze z nami rozmawiać.
Komentarze
Prześlij komentarz