Nie potrafił określić ile czasu spędził na podłodze, nie mogąc nawet podnieść głowy, aby nie uderzyć o sprężyny pod materacem. Może godzinę, a może półtorej? W każdym razie szczęk przekręcanego w drzwiach klucza powitał jak zbawienie.
- Chwileczkę, szefie - usłyszał męski głos. - Lepiej wszystko sprawdzić.
- Co? Obawiacie się, że znowu ktoś może włazić po piorunochronie?
- Nigdy nie wiadomo - Rogozin usłyszał szybkie kroki i otwieranie drzwi na balkon. Inne kroki skierowały się do łazienki, otworzyły ją i przez chwilę błysnęło światło.
- Jeszcze szafa - powiedział znany mu już głos i kroki od łazienki skierowały się w drugą stronę pokoju. Skrzypniecie zawiasów, jedno, drugie.
- Czysto. Ale tak jak prosiliśmy. Natychmiast po naszym wyjściu, zamyka szef drzwi na klucz.
- Wiem. Mówiliście to już sto razy.
- I będziemy powtarzać. Drzwi na balkon też proszę zamknąć. Nie chcemy tu powtórki z „Miramaru”.
- Dobrze. Macie moje słowo.
- Dzięki. Ale musimy przypomnieć jeszcze jedną rzecz. Przed snem, pistolet pod poduszkę.
- W porządku. Idźcie już do siebie i dajcie mi wreszcie odetchnąć. I pamiętajcie. Nie zawracać mi głowy przed dziewiątą.
- Jawohl!
Ucichły kroki, szczeknął przekręcany przez Reschkego zamek. Czekać, czy już teraz? Widząc jednak rzucaną na krzesło marynarkę i kroki kierujące się do łazienki, Rogozin przestał mieć wątpliwości. Lepiej teraz. Kręcą się jeszcze ludzie i widok dwóch wychodzących facetów nie powinien nikogo zaniepokoić. A jeszcze ta łazienka… Jeżeli Reschke wlezie teraz pod prysznic, to potem będzie się musiał wytrzeć i z powrotem ubrać. To niepotrzebna strata czasu, tym bardziej, że nie wiadomo, czy w tym momencie, nawet sterroryzowany, czegoś nie wymyśli. Ledwo więc Reschke zniknął wewnątrz, Rogozin wyczołgał się spod łózka, kocim krokiem podszedł bliżej, szarpnął za drzwi i wraz z cichym - „spokój, albo zabiję” - przeładował pistolet.
Sytuacja, jaką zastał, była wprost wymarzona. Odwrócony plecami Heinrich Reschke stał właśnie nad sedesem, z głośnym pluskiem oddając strumień moczu. Przez chwile znieruchomiał, jakby nie dowierzając własnym uszom, ale już po chwili wykonał lekki ruch, który natychmiast pobudził Rogozina do dalszego działania. Szybkim ruchem od dołu wbił lufę pistoletu miedzy pośladki Henryka i przez zaciśnięte zęby, ale z nutą niewątpliwego tryumfu w głosie, zasyczał.
- Ręce na fiuta! Żadnych głupich ruchów, bo drgnie mi palec na spuście. A wtedy, o ile w ogóle przeżyjesz, swoje jaja wraz tym co jest pomiędzy nimi, będziesz mógł już tylko zeskrobywać ze ściany! Jasne? - mówiąc to, wyłuskał jeszcze pistolet z kabury noszonej przez Henryka na lewym biodrze. - Co? Zatkało cię? - dodał po chwili. - Dokończ lanie, zapnij rozporek i idziemy po twoją marynarkę. Założysz ją i wyjdziemy z hotelu jak para dobrych znajomych. Ale pamiętaj. Jeden fałszywy ruch i po tobie!
Zamek pokoju 219 cicho szczeknął niecałą minutę później. Dwóch mężczyzn, z tego jeden w nisko naciśniętym na czoło kapeluszu oraz z przerzuconą przez rękę marynarką, wyszło na korytarz i skierowało się do wyjścia.
- Która godzina?
- Dwudziesta trzecia, trzydzieści siedem. Jeszcze dwadzieścia parę minut i nas podmienią.
- Wreszcie. Bo jeszcze chwila i od tego ziewania szczęka sama wyskoczy mi z zawiasów.
- Cicho! - drugi z obserwatorów poderwał się nagle na swoim siedzeniu. - Obiekt wychodzi.
- Cholera! O tej porze? - siedzącemu za kierownicą pole obserwacji zasłaniał dach zaparkowanego obok auta.
- No właśnie… Idzie w towarzystwie tylko jednego faceta. Jakby rozmawiali i chyba nawet ten drugi śmieje się do niego.
- Pokaż! - pierwszy przesunął się zza kierownicy i mocno wychylił w bok. Popatrzył przez kilka sekund i aż go podrzuciło.
- Kurwa! To musi być ten ruski. Prowadzi go pod bronią!
- Skąd wiesz?
- A widziałeś u kogoś tak długie przedramię ? Facet ma gnata w łapie i żeby nie było go widać, przykrył marynarką.
- To co robimy?
- Ty idziesz za nimi. Natychmiast! Ja ogłaszam alarm, poczekam chwilę i zaraz też ruszam. Tak, aby zapewnić łączność i nie rzucać się w oczy.
Dwie sekundy później cicho klapnęły zamykane od strony pasażera drzwi, a wewnątrz auta pełen napięcia głos, do mikrofonu pokładowej radiostacji rzucił przerażające hasło - „Obserwator siedem do jedynki. Obserwator siedem do jedynki. Alarm czerwony! Powtarzam. Alarm czerwony!”.
- Długo będziemy tak szli? - Henryk powoli odzyskiwał przytomność umysłu, po wstrząsie, jakiego się nie spodziewał i na który w tym momencie zupełnie nie był przygotowany.
- A co? Nogi cię bolą? Korzystaj póki możesz, bo u nas, to głównie będziesz siedział - Rogozin aż zaśmiał się z własnego dowcipu.
- U nas, to znaczy gdzie? I dokąd mnie pan prowadzi? Czego pan właściwie chce? Pieniędzy? Jeżeli wrócimy do hotelu, to parę tysięcy dolarów da się załatwić.
- Nie rżnij głupa, Reschke - niemiecki Rogozina był zadziwiająco dobry. - I bez zbędnych pytań. Będziesz mówił, kiedy my zadecydujemy.
- Pan mnie widocznie wziął za kogoś innego. Jestem Antonio Schlegel, obywatel Argentyny - konsekwentnie nadal mówiąc po hiszpańsku Henryk szedł w zaparte. - Słabo pana rozumiem i naprawdę nie wiem, o co panu chodzi.
- Jeszcze się dowiesz, Heinrich. Będziesz miał na to mnóstwo czasu. A jak będziesz grzeczny, to popracujesz razem ze swoim kolegą, baronem Manfredem von Ardenne.
- Nie znam…
- Nie szkodzi. Wystarczy, że on cię zna. A jak dobrze się sprawicie, to może nawet dostaniecie „Nagrodę Stalinowską”!
- Jesteś rusek?
- Nie rusek, tylko Rosjanin! - Rogozin dyskretnie rozejrzał się dookoła, ale widząc jakiegoś faceta pięćdziesiąt metrów za nimi, zrezygnował z kopnięcia Henryka w dupę. Po co wzbudzać zainteresowanie? Na statku i tak da mu w pysk za tego ruska. Zrobi z nim co tylko zechce. No, prawie wszystko co zechce…
- Nie rozumiem o czym mówisz i czego chcesz ode mnie. Jestem obywatelem Argentyny, czyli waszym aliantem w zakończonej wojnie.
- Tak… A ja jestem Myszka Miki! Masz bezczelnie dobrze podrobione papiery i to wszystko. Ale ja wiem swoje. A tak przy okazji, bo już od stycznia ubiegłego roku zżera mnie ciekawość… Co i gdzie ukryłeś w rodzinnym grobowcu?
- Nie rozumiem…
- Mówię o Colonnowskiej oraz waszej ekipie, którą tam zastaliśmy i której przerwaliśmy poszukiwania. Udało im się zwiać. Co mieli znaleźć, bo rozwaliłem tam wszystko do ostatniej cegły i nic?
- Co?!!! Zniszczyłeś mój rodzinny grobowiec?
- A więc jednak Reschke, a nie żaden Schlegel! - tryumf słyszalny w głosie Rogozina był najlepszym potwierdzeniem błędu Henryka. Zareagował emocjonalnie i nie dało się już tego cofnąć. - No, idziemy, idziemy - Rogozin dodał już prawie dobrodusznie. - Jeszcze ze czterysta metrów i przejedziemy się samochodem.
- Siódemka do jedynki. Idą w kierunku firmy spedycyjnej „Patagonia”.
- Spokojnie, siódemka. Dwójka i trójka już czekają w trzeciej bramie po prawej. Taran również dojeżdża.
Dwie minuty później numer siedem musiał zgłosić kolejną porażkę. Kilka metrów po minięciu pierwszej bramy, obserwowana dwójka przeszła na drugą stronę ulicy, idąc w pełnym świetle stojących rzędem ulicznych latarni.
- Będziemy wsiadali. Do tego Forda - Rogozin wskazał ręką.
- Zamknięte - Henryk chwycił za klamkę i szarpnął dwa razy.
- Co? Tak ci się spieszy? Odsuń się i bez żadnych numerów. Sam otworzę.
- Nie boisz się? - Henryk już dwie minuty temu dostrzegł idącą za nimi postać i z każdą chwilą rosła jego nadzieja na ocalenie. - Przecież ja też mogę otworzyć.
- Pewnie… A potem upuścisz kluczyki do kratki kanalizacyjnej i powiesz, że bardzo ci przykro. No, wsiadaj - Rogozin otworzył drzwi, poczekał aż Henryk się pochyli i znienacka waląc rękojeścią pistoletu w głowę, pozbawił go przytomności.
Siódemka do jedynki! Będą wyjeżdżać! Taran, natychmiast!
- Jest już na miejscu. Zaraz…
Wyjeżdżający z parkingu Ford nie był trudnym celem, a na zbliżające się z boku światła Rogozin w pierwszej chwili nie zareagował. To przecież Argentyna! Nie dość, że kierownica jest po prawej stronie i według europejskich pojęć jeździ się tu po niewłaściwej stronie jezdni, to jeszcze miejscowi kierowcy rzadko używają hamulca, preferując głównie pedał gazu. Bo do tego, że często jeżdżą po alkoholu, Rogozin zdążył się już przyzwyczaić. - Prawie jak u nas - pomyślał nawet, skręcając w prawo.
Przeliczył się. A właściwie nie. Wyjechał przecież prawidłowo i gdyby nie ten wariat, który zjechał nagle ze swojego pasa ruchu, do niczego by nie doszło. Dojechał by spokojnie pod sam trap, wziął Reschkego na plecy i okazując legitymację oficjalnego przedstawiciela Kraju Rad, znalazłby się na pokładzie „Czynu Komsomołu”. A tak…
Specjalnie wzmocniony stalową sztabą zderzak czarnego Cadillaca rąbnął w prawą stronę samochodu, głęboko wgniatając drzwi i ułamek sekundy później łamiąc Rogozinowi kość udową. W mgnieniu oka Ford zmienił kierunek i przez chwilę jadąc przechylony tylko na dwóch lewych kołach, z trzaskiem wyrżnął w uliczną latarnię, której masywny trzon tkwił teraz w miejscu, gdzie jeszcze przed sekundą był przód silnika.
Żaden z pasażerów Forda tego nie zarejestrował. Henryk leżał bezwładnie na tylnym siedzeniu i chyba tylko to uratowało go przed poważnymi obrażeniami. Wstrząs oraz gwałtowne zatrzymanie auta spowodowało, że spadł na podłogę i znalazł się teraz za przednimi fotelami, powoli odzyskując przytomność. Odwrotnie zaś było z Rogozinem. Jeszcze chwilę wcześniej cały, zdrowy i sprawny, siedział teraz skurczony z odbitym na piersi kształtem kierownicy, co pozbawiło go tchu, i złamanym prawym udem, co chwilę przed zderzeniem z latarnią pozbawiło go przytomności.
- Biegiem! Bo jeszcze się zapali! - rozkaz, który rozbrzmiał wewnątrz Cadillaca właściwie nie był potrzebny. Dwóch na ciemno ubranych mężczyzn wyskoczyło jak z procy i rzuciło się do rozbitego Forda. Trzeci, z Thompsonem w ręku, również znalazł się na zewnątrz, gotów ostrzelać każdego, kto by chciał im przeszkodzić. Jak spod ziemi, w ciągu następnych paru sekund zjawiły się jeszcze dwa samochody, których pasażerowie rzucili się do Forda, wyciągając z niego kierowcę.
- A obiekt? - dowodzący grupą w pierwszej chwili nie dostrzegł leżącego za fotelami Henryka i prawie panicznie otwierał właśnie bagażnik.
- Jest tutaj! Na podłodze - dwóch ludzi już wyciągało Henryka za nogi, a trzeci podtrzymywał mu głowę, chroniąc ją przed dalszymi obrażeniami.
- Szybciej! Jeszcze chwila i to pudło spłonie - dowódca nie miał wątpliwości, że czarny dym wydobywający się spod potrzaskanej maski Forda, rychło zamieni się w płomień. - Albo zjawi się policja i będziemy mieli prawdziwe kłopoty.
Dwadzieścia siedem sekund od zderzenia akcja została zakończona. Henryk i Rogozin umieszczeni w osobnych samochodach, ludzie zatrzaskiwali ostatnie drzwi. Chwilę potem ryk trzech wkręcanych na wysokie obroty silników i głośny pisk opon oznajmiły, że wszelkie próby ujęcia oraz zidentyfikowania sprawców czy też ofiar zdarzenia, będą już tylko wysiłkiem daremnym.
Powiadomiona telefonicznie przez nocnego stróża firmy „Patagonia” policja, na miejscu zdarzenia zjawiła się półtorej minuty później. Akurat w chwili, gdy wydobywający się spod maski Forda płomień dotarł do baku z benzyną i w jednej chwili kopcący dotychczas wrak, zamienił się w kulę pomarańczowo-czerwonego ognia.
Komentarze
Prześlij komentarz