Przejdź do głównej zawartości

ATOMOWY POKER 199

 

08.03.1946, wieczór - Argentyna, Buenos Aires, sowieckie przedstawicielstwo handlowo - kulturalne.

           

            - To wszystko, co macie mi do powiedzenia? - głos wysłannika Centrali zabrzmiał jak zgrzyt żelaza po szkle.

- Tak jest, towarzyszu pułkowniku - Rogozin aż się spocił tym już prawie półtoragodzinnym przesłuchaniem.

- Tak… Ale dla mnie pewne sprawy są dalej niejasne. Na przykład ta sprawa ich wyjazdu nad morze. Podobno nic o nim nie wiedzieliście.

- Tak było, towarzyszu pułkowniku. Zacząłem ich szukać intuicyjnie, pamiętając, że tydzień wcześniej Uszakow namawiał mnie i Dawidowa na taki wypad. Szczegółowo nawet opisał miejsce, więc pojechałem tam taksówką - w tym momencie Rogozin uświadomił sobie, że nigdy tu jeszcze  nie był nad Atlantykiem i zlał go zimny pot. Bo gdyby tak wysłannik Moskwy zażyczył sobie tam pojechać?

- Sprawdzimy to miejsce jutro. Pokażecie mi wszystko i sam ocenię - nagle spełnił się najczarniejszy sen Rogozina.

- Tak jest, towarzyszu pułkowniku! - w ułamku sekundy Rogozin uświadomił sobie jednak, że w pokoju Dawidowa widział plan miasta z mapą okolic. Jeżeli wiec to w nocy przestudiuje, to może jeszcze uda się ocalić głowę.

- A ta butelka, którą podobno znaleźliście w samochodzie? Sprawdzał ktoś na niej odciski palców?

- Nie. Nie mamy tutaj takich możliwości. Trzeba by zebrać odciski z pokoju Dawidowa i z mieszkania Uszakowa w mieście. To pierwsze jest możliwe, to drugie raczej nie. Butelka zaś leży w aucie, zabezpieczona wraz z ciuchami obu topielców. Oprócz niej i tych ubrań, niczego tam nie ruszałem. Przyprowadziłem tylko samochód znad morza.

- Pomyślimy o tym. A teraz jeszcze jedno. Powiedzieliście „topielców”. Okoliczności na to wskazują, ale skąd macie taką pewność? A może zostali porwani? Może też sami zdradzili i zdezerterowali, aby poszukać bardziej dostatniego życia?

- Tę możliwość wykluczam. Dawidow jest synem wysoko postawionego członka partii i zarówno w kraju jak i tutaj, niczego mu nie brakowało. A Uszakow, przez te wszystkie lata spędzone w Argentynie, ustawił się tu jak jakiś grubszy kapitalista. Wykluczam więc zdradę czy dezercję.

- No, tak. Niby logiczne, ale pozory mylą. Znacie dowcip o postępie medycyny?

- Nie słyszałem.

- No to posłuchajcie. Rozmawiają dwie babcie, takie po siedemdziesiątce. I jedna do drugiej mówi - Nawet sobie nie wyobrażasz, jak ta medycyna ostatnio poszła do przodu. Pięćdziesiąt lat temu, jak szłam do lekarza, to kazał mi się całej rozbierać i jeszcze szczegółowo mnie badał. A teraz tylko każe pokazać język i już wie, jakie leki przepisać!

- To znaczy?

- A wy co? Nie rozumiecie tego, co powiedziałem? Baba myślała, że medycyna się rozwinęła, a to wcale nie o to chodziło. To były tylko pozory. Jak miała te dwadzieścia lat, to wiadomo, że pan doktor chciał sobie popatrzeć na młode ciało, pomacać jędrne cycki. A teraz? Po co mu oglądać starą babę?

- Acha…

- Lotni to wy chyba zbytnio nie jesteście, towarzyszu Rogozin. Ale trudno. Zaprowadzicie mnie teraz do garażu. Obejrzymy tę butelkę i ciuchy, które tam zostały. Dodatkowo przeszukamy auto. Może są tam jeszcze jakieś inne ślady, które przegapiliście. A rano pojedziemy nad morze.

 

            Przegapiliście? Niczego nie przegapiłem cwany towarzyszu pułkowniku Siemionow, o ile oczywiście naprawdę tak się nazywacie! To wy przegapiliście niepowtarzalną okazję, aby mnie od razu i nieodwołalnie zdemaskować - od tej myśli Rogozin prawie unosił się w powietrzu, dwie godziny później wracając na palcach z pokoju Dawidowa. - Bo już mam polisę ubezpieczeniową, która pozwoli mi jutro pojechać jak po sznurku - klepnął się po kieszeni, w której tkwił plan Buenos Aires i mapa okolic. Pół godziny nauki i wszystko powinno być dobrze.

 

09.03.1946, popołudnie - Argentyna, Buenos Aires, sowieckie przedstawicielstwo handlowo – kulturalne.

 

            Dobrze nie było. Bo chociaż rzeczywiście pojechali jak po przysłowiowym sznurku, pułkownik z Moskwy nie dał się przekonać. A może i dał, tylko zachwycony boskim Buenos, odurzony słońcem i wodą ciepłego jeszcze oceanu postanowił tu pozostać? Jak było, tak było, ale po powrocie sprawił Rogozinowi zimny prysznic.

            - No cóż, towarzyszu Rogozin. Prawdę mówiąc, wasza wersja wydarzeń zupełnie nie trafia mi do przekonania. W związku z powyższym, zmuszony jestem użyć tego pisma. Czytajcie - wyciągnął z kieszeni szarą kopertę i wręczył Rogozinowi wyjęty z niej papier.

            Treść była krótka. „Odwołuje się towarzysza Maksyma Klimowa z funkcji przedstawiciela kulturalnego w Argentynie i poleca wracać do kraju, w terminie wyznaczonym przez osobę, która zajmie jego stanowisko”. Nagłówek nosił co prawda pieczęć Ministerstwa Kultury i Sztuki, ale na dole był podpis, który Rogozin widział przecież tak niedawno na akcie swojej nominacji. Bez pieczęci, bez określenia stanowiska, ale jedno nie ulegało wątpliwości. Był to podpis samego generała Abakumowa, jego bezpośredniego przełożonego.

- To znaczy, że co? Tutaj odwołują Klimowa!

- Nie rżnijcie mi tu głupka, Rogozin! Przyjechaliście tu na paszport z sierpem i młotem na czerwonej okładce? Przyjechaliście! Na to imię i nazwisko? Jak najbardziej! Jest tam wklejona wasza fotografia? Jest! A może chcecie to jeszcze porównać z waszą legitymacją służbową, którą się tutaj posługujecie?

- Więc definitywnie jestem odwołany?

- Tak. A ja jestem osobą, która właśnie przejmuje od was stanowisko i wyznacza wam termin powrotu. Do tego czasu nie macie prawa opuszczać terenu przedstawicielstwa. Nie mamy tu innych możliwości, więc na razie będziecie przebywać w zamkniętym od zewnątrz waszym pokoju. Wytrzymacie.

- Kiedy będę wracał?

- Czternastego w południe do tutejszego portu powinien wpłynąć nasz statek. Przybywa po zboże. Załadunek planowany jest na trzy dni. Siedemnastego po południu ma odpłynąć do kraju. My zjawimy się na nim siedemnastego przed południem.

- My?

- A co wy sobie myślicie? Że tak po prostu pozwolę wam iść samemu? Że pozwolę wam zdezerterować? - pułkownik Siemionow sięgnął do kieszeni i niespodziewanie wyciągnął pistolet. - Może nie biegam tak szybko jak wy, ale strzelam celnie. A wystrzelony z niego pocisk jest wielokroć szybszy od najszybszego na świecie sprintera.

 

12.03.1946 - Argentyna, Buenos Aires, lokal konspiracyjny Wywiadu Armii USA.


            - I co pan o tym sądzi, majorze?

- Myślę, że kapitan McFarland wykonał kawał dobrej, planistycznej roboty. Ale do działań przystąpimy dopiero po spotkaniu z „Janusem”. Oczywiście, jeżeli jego nowe informacje nie wniosą nic, co kazało by nam ten plan zmodyfikować.

- Ja też tak myślę - Brown rozluźnił się w fotelu i wyciągnął cygara. - Zapalą panowie ?

- Z przyjemnością - zarówno Orawa jak i McFarland wyciągnęli dłonie do pudełka.

- A propos… Ten nasz rusek dalej siedzi w tym ich przedstawicielstwie?

- Tak. Można rzec, że nie wychodzi ze swego pokoju. A jeżeli nawet, to chyba tylko do toalety. Tak samo ten nowy facet, który się tam pojawił. Jak wszyscy wiemy, raz tylko ruszyli się poza mury budynku, trzy dni temu. Pojechali nad morze, popatrzyli po okolicy i wrócili. Gdyby był tam sam Rogozin, to już byłby w naszych rękach. Ale skoro pan generał zabronił…

- Zabroniłem, bo nie wiemy kto to jest, a sprawie warto się przyjrzeć. Przecież oczywiste, że nie przyjechał ot, tak sobie i dla jakiegoś kaprysu. Zresztą, ruscy nie wiedzą, co to jest kaprys. U  nich wszystko musi być zaplanowane i zadekretowane. Najlepiej przez partię.

- To niewiele się różnimy - Orawa zdobył się na cyniczny komentarz.

- Myśli pan? - Brown nagle wyprostował się w fotelu. Przez chwilę wyglądał, jakby jeszcze coś miał powiedzieć, ale po chwili zrezygnował.

- Oczywiście. Też wszystko planujemy i zatwierdzamy. Tyle, że u nas nie musi nad tym czuwać żadna partia, ze stadem zadufanych w sobie i wtrącających się do wszystkiego ignorantów. Jesteśmy państwowcami, profesjonalistami i pracujemy dla kraju.

- A tak! Żeby pan wiedział. Na tym właśnie polega prawdziwa demokracja. Bo inaczej żaden z nas nie chciałby być ganiany po całym świecie i to bez chwili wytchnienia.

- Ale chyba już niedługo…

- O ile coś się jeszcze nie spieprzy, majorze. I módlmy się, abym nie powiedział tego w złą godzinę.

 

            13/14.03.1946, noc - Argentyna, Buenos Aires, sowieckie przedstawicielstwo handlowo – kulturalne.

 

            Myślał i myślał przez ostatnie dni, ale nic bardziej racjonalnego do głowy mu nie przychodziło. Rozważał nawet ponowną rozmowę z pułkownikiem Siemionowem - choć wątpił, aby było to jego prawdziwe nazwisko - ale ostatecznie zrezygnował. Przecież mu nie powie jak było naprawdę, bo albo zostanie uznany za chorego umysłowo, albo też za pechowca i nieudacznika. Do tego, bez względu na ważność celu, zostanie obciążony odpowiedzialnością za śmierć dwóch swoich ludzi. Taki Dawidow, to jeszcze pestka. Ale Uszakow? Miał rozbudowaną agenturę i mnóstwo cennych informacji. A teraz? Wszystko spieprzone, informacji zero, a siatka nie do odtworzenia. A jeszcze to okłamywanie Moskwy? Tego się nie wybacza! Trzeba więc działać inaczej i po namyśle Rogozin wiedział już jak.

            Powrócił do swego pomysłu sprzed trzech tygodni, kiedy to w pijackim widzie wymyślił inną i prawdę mówiąc, jedyną w tej sytuacji drogę wyjścia. Samemu trzeba dorwać Reschkego! Skoro też nadarza się taka okazja, to doprowadzić go na statek. A wtedy może płynąć nawet razem z nim. Nie zależy mu już na Argentynie. Bo jeżeli odniesie taki sukces, to nikt nie będzie dochodził, czy po drodze przydarzyły mu się jakieś błędy lub wpadki. A więc, do roboty!

            W siedem minut był już gotowy, z kluczykiem od auta, którego po powrocie znad oceanu jakoś mu nie odebrano. Może dlatego, że zapasowy i widoczny dla wszystkich kluczyk wisiał na ścianie w portierni? W pełni ubrany, z włożonym z tyłu za pasek, a otrzymanym jeszcze od Uszakowa pistoletem, o którego istnieniu nikt nie wiedział. Tak… Siemionow popełnił poważny błąd, nie przeprowadzając w jego pokoju gruntownego przeszukania. Zlekceważył go, uznając, że skoro wyposażono go w podpisane przez samego Abakumowa pismo odwołujące, Rogozin będzie się go już tylko bał. Nie wziął pod uwagę faktu, że zdeterminowany i przyparty do muru człowiek, może przejść do kontrataku. Ale to już inna bajka… Poza tym, był tu jeszcze jeden klucz, o którym zadufany w sobie pułkownik z Moskwy nie wiedział. Klucz, który to zaraz po przybyciu na placówkę Rogozin zabrał z portierni do siebie. Bo niby po co ma mu ktoś wchodzić do pokoju i to jeszcze podczas jego nieobecności? Coś zabierze, albo co gorsza, coś podrzuci… 

            Sprawdził jeszcze pozostałe kieszenie. Legitymacja członka sowieckiego przedstawicielstwa. Brać, czy zostawić? Może lepiej wziąć. Kto wie, na co jeszcze może się przydać. Lepsze takie dokumenty, niż żadne. Chociażby przy wejściu na statek. Tylko pieniędzy mało… Klucz od sejfu Aleksiejew odebrał mu już pierwszego dnia. No cóż… Nawet, gdyby miał jadać na mieście, tego co ma wystarczy na jakieś trzy dni. Plus zatankowanie samochodu do pełna.

             Co teraz? Spojrzał na zegarek. Pierwsza dwadzieścia, więc wszyscy powinni już mocno spać. Otworzył więc cicho drzwi swojego pokoju i wyjrzał na korytarz. Cisza i spokój. Więc? Teraz, albo nigdy! Na paluszkach przeszedł powoli do schodów, a stamtąd na parter i wyjrzał zza rogu. Pełniący obowiązki nocnego stróża gruby Kirył, siedząc z głową opartą o blat biurka chrapał jak lokomotywa. Nie słyszał więc, jak Rogozin otworzył z boku drzwi prowadzące bezpośrednio do garażu, a potem delikatnie je zamknął. No! Połowa planu wykonana! Teraz tylko uchylić wrota, a później bramę wjazdową. Problemów być nie powinno, bo zamykana była tylko na zamek, z otwierającym ją pokrętłem niedostępnym z zewnątrz. Ale od wewnątrz jak najbardziej…

 

            - Obserwator dwa do obserwatora jeden! Ktoś otworzył wrota od garażu, przebiegł przez podwórze i uchylił bramę wjazdową. Nie zapalał żadnego światła. Jak mnie słyszysz ? Odbiór…

- Jedynka do dwójki. Użyj noktowizora. Melduj o wszystkim. Ja uruchamiam lotny patrol.

 

            Rogozin nie musiał już dbać o cokolwiek. Po prostu wskoczył do auta,  przekręcił kluczyk w stacyjce i nacisnął przycisk rozrusznika. Sekundę później silnik zagrał równym rytmem i nie było na co czekać. Z piskiem opon wyjechał z garażu, tuż przed ogrodzeniem na chwilę zwolnił, zderzakiem popchnął bramę otwierając ją na oścież, skręcił w lewo i tymczasem nie zapalając świateł, pustą ulicą pognał wprost przed siebie.

 

            - Dwójka do jedynki! Wyjeżdża Ford, którym jeździł ten ruski. Bez świateł. Cholera!

- Co jest?

- Wyjechał na ulicę i skręcił w lewo. Bez świateł. Powtarzam, bez świateł! Odbiór!

- Chłopaki już ruszają. Zaraz tam będą!

            Zaraz nie zawsze znaczy na czas, więc pomimo jeżdżenia w trzy samochody i to aż do białego rana, auto Rogozina wsiąkło jak kamfora.

 

Komentarze