Przejdź do głównej zawartości

ATOMOWY POKER 200

 

            14.03.1946 - Argentyna, Buenos Aires.


            Noc spędził na terenie należącej do Uszakowa starej cegielni. - Poprzednio należącej do Uszakowa - pomyślał, bowiem po jego śmierci nie należała już do nikogo, chociaż o tym na razie wiedział tylko on. Ale, co tam… Najważniejsze, że zapewniła mu bezpieczne schronienie do czasu, aż przyszedł dzień i ulice znów wypełniły się ludźmi i samochodami.

            Wreszcie można było zaczynać. Od czego najpierw? Oczywiście od „Miramaru”, gdzie poprzednio ten Reschke już dwukrotnie pomieszkiwał, lecz mimo starannego przeglądu hotelowego parkingu, zielonego Buicka tam nie było. - Mógł zmienić samochód, ale chyba nie nazwisko - pomyślał Rogozin i poszedł nawet do recepcji pytając, czy już się zameldował jego stary przyjaciel Antonio Schlegel. Niestety, oba sprawdzenia wypadły negatywnie i początkowy optymizm Rogozina legł w gruzach. To teraz co? Szukać po innych hotelach, czy też zaczekać te dwadzieścia cztery godziny? Bo skoro poprzednio bywał tu piętnastego? Przemyślał sprawę i postanowił zadziałać dwutorowo. Do „Miramaru” można jeszcze wrócić jutro. A w tym czasie zrobić rozpoznanie przy innych hotelach. Podjechał wiec pod najbliższą pocztę, wziął książkę telefoniczna i odnalazł strony poświęcone hotelom. Niech to chuj strzeli! Wiedział, że Buenos Aires jest wielkim miastem, ale żeby telefony i adresy hoteli zajmowały całe trzy strony? Jak to kurwa sprawdzić? Nastawiony był na to, że te dane spisze sobie na kartce, ale w tej sytuacji… Rozejrzał się uważnie i po cichu, dyskretnie wyrwał te strony z książki. Przecież tej litanii nie będzie przepisywał! Trzeba tylko pogrupować to wszystko nie według alfabetu a dzielnic, i do roboty! O ile wystarczy mu czasu i pieniędzy, aby to wszystko objechać.

 

            15.03.1946 - Argentyna, Buenos Aires.


            Spotkanie Henryka z Brownem i Orawą znowu trwało ładnych parę godzin i nawet mieli by po nim świetne humory, gdyby nie jedna chmura na słonecznym niebie. Niby wszystko szło dobrze. Atomowe bomby zostały przechwycone w komplecie, ludzie schwytani, plan McFarlanda dopięty na ostatni guzik. Salwy śmiechu wywołała opowieść o reakcji Bormanna na wiadomość o ich akcji w górach Hartzu. I tylko ta jedna rzecz nie dawała rozmówcom spokoju. Gdzie jest Rogozin i co właściwie zamierza? Bo, że można się po nim spodziewać wszystkiego co najgorsze, było pewne. I właśnie dlatego cała sekcja obstawy oraz obserwacji chodziła z podkulonymi ogonami, zrównana przez Browna prawie z ziemią. Takie asy i co? Głupiego ruskiego upilnować nie umieli? I gdzie on teraz jest? Co knuje? To przecież hańba i kompromitacja! A teraz jeszcze to dodatkowe zadanie… Zapewnić bezwzględne bezpieczeństwo agentowi majora Orawy. Ale jak, skoro do chronionego obiektu zbliżyć się nie można? Przecież, z małymi wyjątkami dzień i noc pilnuje go dwóch gotowych na każdą konfrontację, fanatycznych esesmanów. To i tak cud, że agent sam potrafi tak wszystko zorganizować, aby czasami ich spławić bez wywoływania podejrzeń. Ale ile to może trwać? Może się udać dwa, trzy, a może nawet i cztery razy. A później? Czy nie wychwycą, że za człowiekiem, za którego ochronę odpowiadają głową przed Bormannem, snują się jeszcze jacyś inni? Inni, których w razie jakiegokolwiek zagrożenia bezwzględnie należy zlikwidować, a chroniony obiekt usunąć w cień?

 

            To była już ostania dzielnica Buenos, do której się zapuścił. Położona bezpośrednio przy porcie z cumującym tam właśnie „Czynem Komsomołu”, była miejscem, gdzie czaiło się największe niebezpieczeństwo. Mógł być tam Siemionow, niewątpliwie mogli też być poszukujący go ludzie,  zarówno ze statku jak i z przedstawicielstwa, awaryjnie uruchomieni przez tego skostniałego i niedostępnego aparatczyka. Trzeba było jednak zbadać i ten obszar, pełen podejrzanych spelunek, ośrodków płatnej miłości, alkoholu i hazardu. Odznaczył więc Rogozin stosowne adresy, postawił jak wielu innych samochód na parkingu firmy spedycyjnej z wielkim szyldem „Patagonia & Company” i dalej ruszył pieszo.

            Nie był to chyba dobry pomysł. Raz po raz nagabywały go spacerujące pod powoli zapalającymi się już latarniami uliczne prostytutki, podejrzani faceci oferujący zamianę waluty czy też zapite menele, żebrzące o nieco drobnych na piwo. Obejrzał jeszcze z daleka stojący w porcie parowiec z płatami łuszczącej się farby i wypisaną w cyrylicy nazwą, po czym ruszył do samochodu. No tak… Na dziewięćdziesiąt dziewięć procent cała jego eskapada zakończyła się fiaskiem. Po wysiłkach całego wczorajszego  dnia i dzisiejszych trzynastu godzin, pozostały mu bowiem do sprawdzenia już tylko trzy hotele i tylko głupiec lub niepoprawny optymista mógłby przypuszczać, że tam wreszcie coś trafi. Przecież ten Reschke vel Schlegel - pod którym to nazwiskiem tu występował - mógł zmienić prawie wszystko. Dokumenty, samochód, obstawę. Wypadające poprzednio na piętnastego terminy jego pobytu, mogły być tylko czystym przypadkiem. Trzeba więc będzie żegnać się z ojczyzną, bo przecież po ucieczce z przedstawicielstwa drogi powrotu już nie ma. Tylko kula w łeb i to w najlepszym, możliwym do wyobrażenia przypadku. Rogozin wiedział jednak, że tak łatwo by mu nie poszło. Zaciągnęli by do jakiejś wygłuszonej piwnicy i wytłukli z niego co tylko by chcieli. Umierać by przyszło długo i boleśnie. A może jednak nie? Jest przecież w sile wieku, ma dwie sprawne ręce i głowę na karku. Zna język i obyczaje, przeszedł wszelkie możliwe szkolenia. Zaprzepaścić to wszystko i w ogóle całe swoje życie? Nigdy! Da sobie radę. Zna sposoby, aby wsiąknąć w to społeczeństwo, zatrzeć za sobą ślady, zasymilować się. Pewnie, że nie będzie to łatwe, ale… Mało to pijanych gubi dokumenty? A jeśli nawet nie gubi, to co to za różnica? Wybrać choć trochę podobnego wiekiem i wyglądem miejscowego menela, przywalić mu w łeb, przetrząsnąć kieszenie, a później jechać na drugi koniec kraju. Zatrudnić się gdzieś i żyć spokojnie. Może nawet poznać jakąś kobietę i machnąć sobie z nią dwójkę dzieciaków?

            Pogrążony w tych myślach, już tylko dla porządku spojrzał w prawo. W końcu był to przedostatni hotel na liście i trudno było oczekiwać, że…

            Aż przystanął. I gdyby mógł się w tym momencie przejrzeć w lusterku, sam by się zdziwił, jak opadła mu szczęka. Bo nie dalej, jak dziesięć metrów od niego, na hotelowym parkingu, jak gdyby nigdy nic stał sobie zielony Buick  o numerach, które już od ponad miesiąca znał na pamięć. Mimo woli przetarł oczy, ale dalej nic nie chciało się zmienić. Samochód zgadzał się tak samo, jak i jego numery, oświetlone kolorowym szyldem hotelu „Cristal Palace”.

            Ruszył w końcu przed siebie, mając mętlik w głowie. Jest!!! Jest! Ale jak się do niego dobrać? Nie zna okolicy, we wnętrzu nigdy nie był… Jedyny plus jest taki, że statek niedaleko. Tak samo jak i jego samochód, stojący raptem trzy ulice dalej.

 

            - Siódemka, zgłoś się do jedynki!

- Zgłasza się siódemka.

- Wszystko w porządku?

- Tak, jak poprzednio. Obiekt chroniony jest wewnątrz hotelu, pod opieką tych dwóch z konkurencji. Tu na zewnątrz cisza i spokój. Poszukiwanego celu ani jego samochodu, jak dotąd nie namierzono.

- Dobrze. Ale uszy i oczy miejcie otwarte. Bo ten cel może być gdzieś w pobliżu i jakby co, nie odpuści.

 

            - I co teraz? - w myślach Rogozin zapytał sam siebie. - Jak to co? Trzeba wejść do środka i zorientować się w sytuacji. Na razie zaś stanął w bramie po drugiej stronie ulicy. Niewidoczny w jej czeluści, starannie zlustrował okolicę i budynek. Nic niepokojącego. Chociaż… Po chwili obserwacji wychwycił dwa cienie w stojącym blisko wjazdu samochodzie. Obstawa tego Reschke? Nie. Jego obstawa nie siedziała by na zewnątrz. Więc co? Ludzie Siemionowa? Też nie, bo skoro towarzysz z Moskwy o Heinrichu Reschke pojęcia nie ma, to tych dwóch w samochodzie nie powinno mieć z nim nic wspólnego. Więc może to po prostu pragnący chwili sam na sam homoseksualiści? Tak czy inaczej, zagrożenia stanowić nie powinni. Trzeba więc działać i już po chwili Rogozin wiedział jak. Właśnie zmierzała w stronę hotelu grupka trzech mężczyzn w towarzystwie kobiety. Z rozkołysanego chodu, głośnych rozmów i śmiechów widać było, że towarzystwo jest po dobrym kielichu. Przechodzili właśnie koło bramy w której stał i nie było żadnym problemem podążyć dwa kroki za nimi. Na wszelki wypadek wcisnął tylko głębiej kapelusz na czoło, osłaniając twarz szerokim rondem.

            Zadziałało! Pilnujący wejścia portier nie zwrócił na niego żadnej uwagi, w oczywisty sposób traktując go jako członka tego towarzystwa. Ale co teraz? Chyba najbezpieczniej będzie w barze, z którego dochodził głośny gwar i namiętny rytm argentyńskiego tanga. Już miał tam wejść, gdy nogi jakby same wrosły mu w podłogę. Nie dalej jak cztery metry od drzwi, w towarzystwie dwóch znanych mu już goryli, zwrócony do niego profilem siedział sam Heinrich Reschke! - Jeżeli tylko spojrzy w bok, przepadłem - Rogozin błyskawicznie zmienił zamiar i wycofał się trzy kroki. Ale co teraz? Chwila skupienia zaowocowała pewną myślą. Bo skoro ten Reschke jest w barze, to w jego pokoju nie powinno być nikogo. Tylko jak ustalić numer tego pokoju? Jak wejść do strzeżonej przez recepcjonistę części hotelowej? Chyba trzeba się będzie zameldować. Chociażby na jedną dobę, bo na dłużej pieniędzy raczej nie wystarczy. A więc…

            Zdecydowanym krokiem podszedł do recepcji i poprosił o pokój. Jednoosobowy. Na razie do jutra, ale jak dobrze pójdzie, przedłuży pobyt o kolejne dwa lub trzy dni.

- Pańskie dokumenty? - z obojętnym wyrazem twarzy recepcjonista wyciągnął dłoń ku niemu.

- Cholera jasna! - wymownym gestem poklepał się po kieszeniach. - Zostały w samochodzie. Ale jutro, jak tylko odbiorę go od mechanika, natychmiast je dostarczę - szerokim uśmiechem i niewymuszoną pewnością siebie, a także wyciągniętym z kieszeni zwitkiem banknotów szybko przełamał opór recepcjonisty.

- To kogo mam wpisać?

- Diego Garcia.

- Zamieszkały?

- Santa Rosa, Avenida Libertador 153 - podając te dane Rogozin pilnie wpatrywał się w książkę meldunkową. Na tej stronie nazwisko Antonio Schlegel nie figurowało, ale może na poprzedniej…

- Można tu zapalić?

- Oczywiście - recepcjonista podsunął mu popielniczkę, którą Rogozin tak przyciągnął do siebie, że sekundę później jakby przypadkiem wylądowała na podłodze, rozrzucając znajdujące się w niej niedopałki.

- O, przepraszam…

- Nic nie szkodzi - recepcjonista wyszedł zza lady i schylił się ku podłodze.

            To wystarczyło. Błyskawicznym ruchem Rogozin odwrócił kartkę i po chwili już wiedział. Antonio Schlegel zajmował pokój numer 219.

- Jeszcze raz pana przepraszam - wyjąkał niby zakłopotany. - Trochę dzisiaj wypiłem …

- Drobiazg. Popielniczka cała, a hotelowy boy zaraz to posprząta. Tu zaś jest pański klucz - recepcjonista sięgnął ku tablicy i zdjął z haczyka kawałek metalu oznaczony breloczkiem z numerem 302. - Jak pan widzi, drugie piętro, ale jedynek niżej nie mamy.

- Nie ma problemu. Chodzę jeszcze dość sprawnie. Dziękuję - dorzucił na odchodnym i skierował się ku schodom.

            Nie dotarł na drugie piętro. Od razu na pierwszym rozejrzał się szybko i chwilę później miał już w ręku swój scyzoryk, z dwoma specjalnie zaprojektowanymi i wygiętymi ostrzami. Niby niewiele, ale przecież z ich pomocą przez całe dwa tygodnie uczył się na Krymie otwierania różnych zamków. Te nie były zbyt skomplikowane i dosłownie w kilkanaście sekund Rogozin znalazł się w pokoju 219.

            Chwilę stał, aby przyzwyczaić oczy do zmroku. - W porządku - stwierdził po chwili. W pokoju nie było całkiem ciemno, przez okna wpadał blask ulicznych latarni, hotelowych świateł, a nawet reflektorów przejeżdżających ulicą samochodów. Co teraz? Oczywiście z powrotem przekręcić zamek. Nie miał by przecież żadnych szans, gdyby okazało się, że po powrocie Reschke zastał by drzwi ustępujące już po naciśnięciu klamki. Zaraz by wpadło tych dwóch, a swoje życie mógłby już liczyć tylko w sekundach. I było by to znacznie lepsze rozwiązanie, niż dać się wziąć żywcem. Rogozin nie miał żadnych wątpliwości, że w ty drugim przypadku umierał by długo i boleśnie, a wcześniej, aby uniknąć wyszukanych tortur, mówił by długo i chętnie, co i tak by go nie uratowało. Trzeba więc myśleć. Sięgnął za pasek spodni, wyjął i odbezpieczył pistolet. Przez chwilę jeszcze się wahał czy przeładować, czy też nie, pozostał jednak przy tym drugim. Przeładowanie zawsze jest instynktowne i zajmuje zaledwie pół sekundy, zaś zabawa z bezpiecznikiem oraz opór spustu jednocześnie odciągającego kurek, sprawić może, że zabraknie czasu lub celności. Chociaż… Przecież nikogo nie chciał zabijać! Nic by mu to nie dało. Gościa trzeba tylko sterroryzować wpychając mu lufę miedzy żebra i zmusić do wyjścia z hotelu. Oczywiście z uśmiechem na twarzach, jak dwaj starzy, dobrzy przyjaciele. Zważył jeszcze raz broń w dłoni. Pamiątka po Uszakowie, z której zresztą zginął Dawidow. - Nielegalna, bo nielegalna, ale nie będę się tym martwił - pomyślał Rogozin. - A jak dobrze pójdzie i dotrę do statku, będę mógł ją zachować i trzymać do końca życia, jako symbol mojego największego tryumfu.

            Ale to później. Na chwilę obecną trzeba było dokonać wyboru. Pokój, balkon czy łazienka ? Łazienka wydawała się być najbardziej atrakcyjną, ale co będzie, gdy obstawa Reschkego wejdzie ją sprawdzić? W łazience nie ma się gdzie ukryć. Na balkonie też nie. Pozostawał wiec pokój z szafą i łóżkiem. Wejść do szafy? Przecież przy sprawdzaniu pomieszczeń szafę otwiera się jako pierwszą. Pozostało więc tylko łóżko, a właściwie przestrzeń pod łóżkiem, jako jedyna dająca szansę pozostania niezauważonym. Przynajmniej w pierwszej chwili.

 

Komentarze