- Podobno nie ma niezdobytych twierdz. Są tylko źle oblegane. Albo tak, jak w boksie. Nie ma zawodników odpornych na ciosy. Są tylko źle trafiani.
- Tak pan myśli? Może i ma pan rację. Będziemy się musieli nad tym zastanowić. Razem z reichsleiterem.
- Nie z führerem?
- Führer jest od wyższych spraw.
- Oczywiście. Jak to mawiał mój dziadek, od tego kowal ma szczypce, aby sobie rąk nie poparzył.
- Słyszałem to określenie. Bardzo celne… To co? Przejdziemy się trochę? Pańską wizytę u führera wyznaczono na południe.
- U samego führera?
- Jak najbardziej. Dostąpił pan wielkiego zaszczytu. Ja zresztą też. Będzie tam również reichsleiter Bormann.
- A tematyka spotkania? Bo jakby co, chciałbym być merytorycznie przygotowany.
- Spokojnie, doktorze. To nie będzie wykład akademicki czy coś takiego. A tematykę narzuci führer. Zawsze lubił zaskakiwać, więc nie wiadomo na co się przygotować.
Wyszli wreszcie na zewnątrz i znów Henryk zobaczył strażnika z psem.
- Widzę, że dba się tu o bezpieczeństwo. Ostrzegą przed każdym wrogiem.
- Rzeczywiście. My nie popełniamy dwa razy tego samego błędu.
- Nie rozumiem…
- Tam, gdzie poprzednio byliśmy, na początku też były psy. Ale później je odesłano, bo szczekaniem budziły córkę führera.
- A tu nie budzą?
- Nie. Kojce dla nich wybudowano na skraju ośrodka. Z drewna, co dobrze tłumi dźwięk i nie powoduje problemów.
- A były jakieś?
- Jeszcze ile… Jak pan myśli? Dlaczego te budynki, a są ich tu cztery, wybudowano z kamienia?
- Nie zastanawiałem się nad tym. Aby były trwałe?
- Nie o to chodziło. Łatwiej i szybciej byłoby zbudować je z cegły. Ale proszę pomyśleć… Co by powiedziano w najbliższym miasteczku, gdyby ktoś nagle zaczął skupować cegłę i wywozić ją w dżunglę? Jakie plotki by powstały, a ilu ciekawskich chciałoby odkryć taką tajemnicę?
- Pewnie wielu.
- Właśnie. Zdecydowaliśmy więc budować z miejscowego kamienia i skały. Zrobiliśmy sobie u szczytu niewielki kamieniołom, głazy zjeżdżały po zboczu i jak widać, znakomicie się to sprawdziło. Tajemnica zapewniona, nikt niczego nie podejrzewa.
- A to pobliskie miasteczko? A ludzie, którzy to budowali?
- Nie jest tak blisko, jak by się komuś zdawało. A ludzie? Dotrzymają tej tajemnicy na wieki.
- To znaczy, że… - Henryk wykonał dłonią gest podrzynania gardła.
- Dokładnie. Zaangażowaliśmy ich i przywieźli tutaj z drugiego końca Argentyny i z kilkunastu różnych miejscowości. Z reguły osoby samotne. Dobrze karmiliśmy i co tydzień uczciwie wypłacaliśmy pieniądze. Dostawali nawet premie. Jedyny warunek był taki, że wyjadą dopiero po skończonej robocie.
- Nic się nie domyślali?
- Na początku nie. Myśleli, że budują tu ośrodek łowiecki i dom myśliwski dla jakiegoś milionera. Dopiero po ponad trzech miesiącach, kiedy budowa zmierzała ku końcowi, dwóch zaczęło się buntować. Chyba się zorientowali.
- I co?
- Pożarły ich krokodyle. Żywcem i na oczach pozostałych.
- Żart?
- Nie. Rzeczywistość.
- Nie wierzę.
- Nie? To zaprowadzę pana na brzeg rzeki. Zobaczy pan, ile ich tam jest. To zresztą najlepsi strażnicy naszej enklawy. Od miesięcy wyrzucamy tam wszelkie odpadki i zwabiliśmy ich już dobrą setkę.
- Myślałem, że krokodyle żyją w Afryce. Z tego co wiem, jakaś ich odmiana zwana aligatorami, występuje też w Ameryce Północnej. Na bagnach Florydy i w dolnym biegu rzek wpadających do Zatoki Meksykańskiej.
- Dobrze pan kombinuje. Ale żyją i tutaj. Nazywane są kajmanami. Nie jestem biologiem, ale to podobno jedna rodzina. A samce czasami nawet potrafią żywcem zżerać swoje nowo narodzone potomstwo. Jednym słowem, zimnokrwiste, żywe maszyny do mordowania, gotowe zabić i pożreć wszystko co tylko stanie im na drodze. Te tutaj, osiągają nawet ponad cztery metry długości.
- I tych dwóch naprawdę pożarły żywcem?
- A co pan myślał? Zorientowaliśmy się wcześniej, bo do ucieczki namawiali też innych. Wpadli, gdyż paru z naszych dobrze znało hiszpański, chociaż się z tym nie zdradzali. Celowo więc pozostawiliśmy na brzegu przeciekającą łódź i przymknęliśmy oko, gdy niby to po cichu wypływali na rzekę. Zatonęli sto metrów dalej, gdzie przeżyli nie więcej niż parę sekund. Rozerwało ich na strzępy chyba z dziesięć takich bestii.
- A pozostali? Co oni na to?
- Wiele do powiedzenia nie mieli, gdy otoczyli ich nasi ludzie z pistoletami maszynowymi w rękach. Aby jakoś doprowadzić to do końca, przekonaliśmy ich, że wyjadą stąd żywi i cali.
- Przecież to niemożliwe. Po czymś takim?
- A jednak. Nadzieja jest matką głupich, więc wytłumaczyliśmy im prosto. Po pierwsze, nie wiedzą gdzie są. Nie wiedzą nawet w jakim kraju. W Brazylii, Argentynie, Paragwaju czy Urugwaju. Nie są więc w stanie zlokalizować tego miejsca. Po drugie, po powrocie do rodzinnych miejscowości mają trzymać gęby na kłódkę. Wiemy kim są, skąd pochodzą i gdyby któryś zaczął kłapać dziobem, zajmiemy się nim w odpowiedni sposób. A nawet, gdyby zaczął mówić, nikt by mu nie uwierzył. Obiektywnie rzecz biorąc, w tej sytuacji nie są dla nas żadnym zagrożeniem.
- Naprawdę w to uwierzyli?
- Nie wiem. W każdym razie takie sprawiali wrażenie. A kiedy już ukończyli budowę, zorganizowaliśmy im ekstra poczęstunek z dużą ilością alkoholu.
- I pijanych…
- Nie. Wódka była zatruta. Wypili i po pół godzinie leżeli już martwi. Resztę znów załatwiły kajmany.
- Nie pozdychały po czymś takim?
- To odporne bestie. Na tyle, że zainteresowało to nawet doktora Vogla. Dwa dni temu, na jego życzenie ubito nawet jednego i doktor zrobił mu sekcję.
- To i Vogel tu jest?
- Oczywiście. Ktoś przecież musi przecież czuwać nad zdrowiem führera i tych wszystkich, którzy się tu znajdują. Myślę, że po południu znajdziecie czas, aby sobie pogawędzić. Ale jak mówi reichsleiter, tylko towarzysko. Żadnych szczegółów o swojej robocie. A na razie - Manfeld spojrzał na zegarek - muszę pana odprowadzić. Z pokoju proszę nie wychodzić. Przyjdę po pana za kwadrans dwunasta.
- Mein führer! - Henryk przywołał cały swój aktorski talent, aby tylko wypaść przekonywująco. - Jak dobrze znów pana widzieć!
- Cieszy się pan, mój drogi Henryku?
- Mein führer! Przecie to największy zaszczyt i przywilej! Widok pana tak podnosi na duchu, że aż… Przepraszam. Nie umiem tego wyrazić słowami.
- Już dobrze, herr doktor - podana na powitanie dłoń führera była już nieco inna niż ta, którą pamiętał z pokładu U - Boota. Już nie tak zimna i oślizgła, a ciepła i jakby silniejsza.
Katem oka wychwycił jeszcze Henryk jakby rozbawiony czy też z lekka drwiący uśmieszek stojącego za führerem Bormanna, ale udał, iż go nie widzi. Nic dziwnego. Zobaczyć kogoś, kto z zachwytem wpatruje się w podstawionego przez siebie sobowtóra, to rzeczywiście niezły ubaw. Nawet tutaj Bormann więc musiał wewnętrznie pękać ze śmiechu, widząc tych, którzy na to dali się nabrać. Nie było jednak czasu na dalsze rozważania, bo oto Bormann wskazał na krzesła i wyraźnie ukontentowany zasiadł przy boku rzekomego führera. Przerzucił kilka kartek z leżącego na stole notatnika i popatrzył na Henryka.
- Wie pan, po co tu został wezwany?
- Domyślam się. Zmieniamy strategię działania, a standartenführer Manfeld w kilku słowach wyjaśnił mi powody. Podobno straciliśmy część zasobów.
- Właśnie! - zmiana nastroju Bormanna była piorunująca, a złowieszczy ton wprost rozsadzał reichsleitera. - Jak to się mogło stać? Ma pan jakieś pomysły?
- Niestety. Nie znam żadnych szczegółów, nie wiem gdzie, co i jak. Aby zaś rozmawiać o zmianie strategii i zakresie naszych przyszłych działań, musiałbym wiedzieć czym aktualnie dysponujemy. Dopiero taka informacja da mi możność określenia tego, co będzie możliwe, a co nie.
- Na razie nie będziemy o tym mówić - führer, którego w myślach Henryk już wcześniej postanowił określać mianem „wtórnika” stwierdził to w taki sposób, jakby recytował wyuczony tekst. - Natomiast nasza decyzja jest taka, że zamraża pan wszelkie działania, jakie dotychczas koordynował. Następnie sporządza pan szczegółowy raport dotyczący zaawansowania naszych dotychczasowych przedsięwzięć. Miesiąc wystarczy?
- Trzeba będzie objechać całą Argentynę, więc obawiam się, że to robota na dwa miesiące. Zwłaszcza, jeżeli raport ma być szczegółowy.
- Niech panu będzie - Bormann niespodziewanie podjął decyzję, choć führer otwierał już usta. - To teraz z innej beczki. Zna pan doktora Ronalda Richtera?
- Zetknąłem się z nim przelotnie dwa czy trzy razy. Pracował w placówce badawczej Berlin - Lichterfelde - Ost, podległej baronowi Manfredowi von Ardenne. Było to chyba w roku 1943. Prowadził tam wtedy badania profesor Abraham Essau, jeden z kluczowych członków naszego programu atomowego. Wkrótce potem Richter odszedł z tego zespołu.
- Tak… A ogólnie, co pan o nim wie?
- Niewiele. W zasadzie tylko tyle, co zgromadzono w naszym zespole w SD.
- Dobrze. Więc co tam zgromadzono?
- Jego akta osobowe i przesłany nam projekt reaktora termojądrowego, na którego budowę usiłował zdobyć fundusze.
- Projekt czego?
- Reaktora termojądrowego. Richter opracowywał wzory reakcji łańcuchowych inicjowanych łukiem plazmy i sterowanych falą uderzeniową. Skutkiem tego miała być tak zwana zimna fuzja.
- Stop! Mógłby pan mówić jaśniej?
- O idei reaktora termojądrowego? Proszę wybaczyć reichsleiter, ale ta idea wyprzedza rozwój techniki o dobre sto lat. Może nawet i więcej. A to, co przed chwilą powiedziałem, jeszcze teraz zrozumiało by zaledwie dwóch czy trzech fizyków na tysiąc.
- Powoli. Może zaczniemy od początku. Z tych akt w SD… Pamięta pan coś jeszcze?
- Owszem. Mam dobrą pamięć. O ile mnie w tej chwili nie zawodzi, Richter to rocznik 1909, urodzony w Egerze. To tereny czeskie, wówczas w cesarstwie austro - węgierskim. W końcu lat 20 - tych studiował w Pradze, na Uniwersytecie Niemieckim. Z tego co pamiętam, to fizykę, chemię i chyba geofizykę. W 1935 otrzymał tytuł doktora nauk przyrodniczych. Zaraz potem w Falkenau koło Chebu, prowadził badania dotyczące generowania procesu plazmowej fali uderzeniowej. Po rozpoczęciu wojny był członkiem zespołu badawczego Junkersa w Dessau. Podobno pracował tam nad wibracjami związanymi z prędkością naddźwiękową. Następnie wylądował u von Ardenne i tam go wtedy poznałem, ale w końcu 1943 po sporze z baronem, musiał opuścić zespół. O ile pamiętam, po odejściu miał wyjechać do Turyngii, ale to już było poza naszym zainteresowaniem i przestaliśmy się nim zajmować.
- Czego dotyczył spór?
- Już mówiłem. Chciał zdobyć fundusze na budowę reaktora termojądrowego. Von Ardenne odrzucił wtedy ten projekt jako całkowicie nierealny. Celem rozstrzygnięcia sporu projekt trafił wówczas do naszego zespołu. Opiniowałem go osobiście, wraz z doktorem Schumannem.
- I co?
- Dostał opinię negatywną. Aktualnie brak jest możliwości technicznych, aby zbudować coś takiego, chociaż idea sama w sobie jest znakomita. Pod względem naukowym, powiedział bym nawet, że rewolucyjna.
- Więc co? Geniusz czy oszust?
- Tu nie ma prostej odpowiedzi. Pomysł rzeczywiście jest genialny. Tanim kosztem zapewniono by energię elektryczną całej planecie i to na wieki. On wydawał się wierzyć, że jest to możliwe, więc oszustem raczej bym go nie nazwał. Jeżeli już, to raczej wizjonerem albo genialnym szarlatanem. Inaczej nie umiem tego określić.
- Więc to nie miała być broń?
- Nie. Bezpośrednio nad bronią pracował głównie Schumann, Trinks, Klemm i ja. Z tym, że Trinks bardzo krótko. Przesunięto go do badań nad balistyką.
- A Richter?
- Słyszałem, że po odmowie otrzymania środków prowadził jeszcze jakieś badania nad łukiem plazmowym. Ale głowy bym za to nie dał.
- Dobrze. Wróćmy teraz do tematu tych reaktorów. Czym się różnią i dlaczego budowa termojądrowego jest obecnie niemożliwa?
- Zacznę może od termojądrowego. Już słowo „termo” wskazuje, że będziemy mieli do czynienia z olbrzymią temperaturą. Taką, jaka panuje we wnętrzu gwiazd, w tym również naszego słońca. Oceniamy, iż są to wielkości rzędu nawet milionów stopni Celsjusza. Do tego, prawdopodobnie za pomocą niesamowicie silnych pól magnetycznych, trzeba by pokonać siły elektrycznie dodatnio naładowanych jąder lekkich atomów takich jak hel i wodór, które ze swej natury się odpychają. Dopiero wtedy mogą się łączyć w cięższe pierwiastki. Jednym słowem, trzeba by na ziemi zapalić nowe słońce i znaleźć sposób na bezpieczne sterowanie jego reakcjami.
Komentarze
Prześlij komentarz