29.05.1946 - Argentyna, San Carlos de Bariloche, siedziba Martina Bormanna.
„Komiwojażer śmierci”! Nie inaczej, jak właśnie w taki sposób i na własny użytek podsumował Henryk swoją, wyznaczoną mu przez Bormanna rolę, kończąc kolejny już objazd przedsiębiorstw. Przygotowania szły pełną parą, wszystko było coraz bardziej zaawansowane.
- Dobrze - pomyślał Henryk. - Bardzo dobrze. Bo jeszcze parę miesięcy, może pół roku i dojdą do punktu, w którym nie będzie już odwrotu. Porzucenie programu wygenerowało by wtedy nieodwracalne straty i to bez nadziei na odzyskanie chociażby części aktywów. To tak, jakby na wielki i niezbadany ocean wypłynął parostatek. Zużył więcej niż połowę węgla, więc powrót do portu jest już niemożliwy. Co wtedy pozostaje? Tylko płynąć dalej, mając coraz bardziej puste ładownie i nadzieję, że gdzieś tam znajduje się jakiś nieznany ląd. Tyle, że tu nie będzie żadnego lądu i on się już o to postara. Załatwi ich na amen, pobije ich własną bronią. Bo skoro Bormann ostatecznie dał się przekonać, że zamrożenie programu jest niecelowe i oznacza wszelki koniec marzeń? Marzeń o przyszłej wielkości i panowaniu nad światem, alternatywą której mogło być już tylko ukrywanie się jak szczury w kanalizacji? Na to Bormann nie miał chęci i chyba nawet możliwości. No bo jak by to zostało odebrane przez innych? Chyba tylko jako tchórzostwo i podła zdrada, do tego z niskich, materialnych pobudek! Więc i sam reichsleiter jest na równi pochyłej! Jeszcze o tym nie wie, jeszcze snuje plany, ale to już tylko łabędzi śpiew. Śpiew, którego właśnie ja będę dyrygentem - uśmiechnął się Henryk sam do siebie, kończąc właśnie kolejne sprawozdanie u reichsleitera.
- Widzę, że jest pan w znakomitym nastroju - zbierający papiery z biurka Bormann uważniej spojrzał na Henryka.
- Bo wreszcie wychodzimy na prostą, reichsleiter. Jak już to wszystko się ogarnie i zadziała…
- Musi zadziałać, bo w tym nasza przyszłość. A propos… Już niedługo będzie pan ciągnął to sam.
- To znaczy?
- Zanim jeszcze przybędzie tu Richter, wcześniej możemy się spodziewać jego najbliższego współpracownika. Również doktora fizyki.
- Można wiedzieć kogo?
- Rudolf Wirth. Zna pan to nazwisko?
- Czy znam? Oczywiście. W 1937 obaj byliśmy wykładowcami na Uniwersytecie Berlińskim. Z tym, że ja już wtedy interesowałem się fizyką atomu, a on specjalizował się w mechanice płynów.
- O… To też jest fizyka?
- Jak najbardziej. Zdziwił by się pan, reichsleiter, jak wiele zagadnień obejmuje ta dyscyplina naukowa.
- No, dobrze. Nie będę się w to wgłębiał. Być może jest to odpowiedź na to, co pan już wcześniej mówił. Że reaktor to jedno, ale potrzeba chłodzenia, przetwarzania cieczy w parę, napędu turbin i co tam jeszcze.
- Prawdopodobnie tak. Zresztą, jest to zgodne z tak zwaną „Brzytwą Ockhama”.
- Co, proszę?
- To takie twierdzenie, które mówi, że najbardziej prawdziwe są i najczęściej się sprawdzają najprostsze wyjaśnienia. Sformułował to twierdzenia Anglik, niejaki Wiliam Ockham. Żył na przełomie XIII i XIV wieku, był zakonnikiem franciszkańskim, teologiem i filozofem. Dzisiaj to trochę zmieniono i mówi się, że nie należy mnożyć bytów, ale sens pozostaje praktycznie taki sam.
- Ciekawe… Nigdy o tym nie słyszałem. Ale wracając do doktora Wirtha… Co pan o nim sądzi? Bo skoro się znacie…
- Co sądzę? Nie chciałbym tu wystawiać jakiegoś świadectwa moralności, gdyż nasze kontakty były dość luźne, więc i odpowiedź będzie ogólna oraz niejednoznaczna. Jest mniej więcej w moim wieku, doktorat zrobił bodajże w 1936. Z tego co słyszałem od innych, studenci niezbyt lubili jego wykłady. Uważali je za nudne i powierzchowne. Był za to gorliwym członkiem partii.
- Coś więcej? Jakieś jego osiągnięcia naukowe?
- Prawdę mówiąc, nic o tym nie wiem. Znaliśmy się krótko, a potem nasze drogi się rozeszły. Nawet nie wiedziałem, że zaczął później pracować z Richterem.
- No, niewiele się od pana dowiedziałem. W każdym razie Richter twierdzi, że Wirth jest godnym zaufania i przydatnym współpracownikiem.
- A kiedy możemy się go tutaj spodziewać?
- Trudno precyzyjnie określić, ale może już za mniej niż dwa tygodnie. Załatwiliśmy mu przez Czerwony Krzyż w Genewie nowe papiery, więc wyruszył na południe i właśnie płynie do nas.
- To znaczy?
- Proste. Najpierw przerzut do Włoch, a stamtąd statkiem do Argentyny. We Włoszech musiał trochę zaczekać, ale to nie stanowiło problemu. Mamy tam oddanych księży, a nawet hierarchów, którzy docenili naszą walkę z bolszewizmem. Ze strachu przed Stalinem i jego długimi łapskami przymykają oczy na pewne - nazwijmy to - kwestie moralne. W każdym razie pomagają nam, przechowują aktywa naszych ludzi, udzielają schronienia, dają nowe tożsamości. Wystawiają nawet akty chrztów.
- Nie rozumiem… Chrztów?
- A tak. W kościele katolickim chrzest gładzi wszelkie wcześniej popełnione grzechy. Na chrzcie dostaje się też imię. We Włoszech wystarczy mieć świadectwo chrztu i na podstawie tego dokumentu uzyskuje się nowe papiery. Wirth też je dostał.
- Płynie więc na fałszywe nazwisko?
- Pan też na takim funkcjonuje. Tak samo jak ja oraz większość w ostatnim czasie przybyłych to naszych rodaków.
- Mam nadzieję, że nie otrzymał informacji nad czym i z kim tu będzie pracował?
- Chyba nie ma pan nas za głupców, doktorze. Takie informacje mogłyby sprowadzić na nas śmiertelne niebezpieczeństwo. O wszystkim co niezbędne, dowie się już tu, na miejscu.
- I to właśnie chciałem usłyszeć. Bo bezpieczeństwo jest najważniejsze.
Bezpieczeństwo? - już po spotkaniu pomyślał Henryk. - Cholera jasna! Jeszcze nie wiadomo, co z tego wszystkiego wyjdzie. Do dzisiaj doskonale pamiętał błyszczące fanatyzmem oczy Wirtha, podczas jednej z dyskusji w jego laboratorium. O co wtedy poszło? Zdaje się, że o podręcznik profesora Lenarda, którego Henryk wyraźnie lekceważył, a Wirth wyszedł, trzasnąwszy drzwiami. Niby niczym to nie poskutkowało, ale czy ze strony Wirtha nie poszedł jakiś donos? Przecież miał opinię kapusia i niektórzy wręcz bali się przy nim otworzyć usta. W dodatku wyraźnie nie lubił Henryka i trudno było przypuszczać, że tu nagle zapała do niego jakąś miłością. - Nie będzie więc łatwo - skonstatował Henryk. - Mogą się rozpocząć donosy, oczernianie za plecami, podkopywanie autorytetu. Ale może to i dobrze? W takiej atmosferze trudno stworzyć coś sensownego, a wszystko można spieprzyć i jeszcze zwalić winę na kogoś innego!
02.06.1946 - Argentyna, Buenos Aires, lokal konspiracyjny Wywiadu Armii USA.
- I to wszystko? - Brown jeszcze raz obejrzał papiery, jakby chciał tam znaleźć coś więcej. - Bo przecież ten Richter to jednak podobno wybitny naukowiec.
- Tylko tyle i tak na szybko dało się ustalić na jego temat - świeżo powracający z kraju McFarland nie ukrył gestu rozczarowania. - Dotychczas nie przewijał się w naszych materiałach w jakiś szczególny sposób. Owszem, są o nim wzmianki w informacjach dotyczących innych, ale postacią pierwszoplanową nigdy nie był. W tej sytuacji, to co przywiozłem, to wszystko co zdołaliśmy zebrać.
- Czyli niewiele, a sprawie dalej trzeba się dogłębnie przyglądać. Będzie to robił pan majorze, tutaj na miejscu. A propos, bo w natłoku spraw mało nie zapomniałem… Gratuluję awansu po wzorowo zaplanowanej i wykonanej akcji w Inalco - tu Brown mocno uścisnął prawicę McFarlanda. - Mnie niestety inne ważne sprawy na jakiś czas wzywają do Stanów. Pan zostaje tutaj i wraz z Orawą będzie trzymał rękę na pulsie. Zbierajcie co się da, bo zarówno o postępach ich programu jak i o tym Richterze, chcę wiedzieć wszystko. I o tym całym Wirthcie również!
- Tak jest, panie generale. Z tym, że…
- Co jeszcze?
- Powiedział pan, że mam pracować razem z Orawą. Ale kto ma za to wszystko odpowiadać? Albo inaczej… Kto tu na miejscu ma dowodzić?
- Pan majorze i to z jednego powodu. Major Orawa, jako pracownik operacyjny i pracujący tu pod przykrywką, nie ma czasu i możliwości pełnej oraz bieżącej analizy i koordynacji działań. Z tym, że kluczowe decyzje, o ile czas i okoliczności na to pozwolą, podejmować macie jednomyślnie. W przypadku rozbieżności zdań, rozstrzygał będę ja. Pozostajemy w stałej łączności, więc nie powinno to stanowić problemu. W tym czasie postaram się uruchomić wszystkie sprężyny w Europie, aby wyjazd tego Richtera opóźnić jak tylko się da. Im później tu dotrze, tym dla nas lepiej.
- A Kurt Tank? - McFarland miał na myśli niemieckiego konstruktora samolotów, którego Argentyńczycy również zaczęli kokietować. Był to wybitny inżynier, miedzy innymi twórca tak znakomitego myśliwca jak Focke Wulf Fw - 190 i Peron miał nadzieję, że jako pierwszy w Ameryce Południowej będzie miał swoje odrzutowce. Tank obracał się ostatnio w towarzystwie Richtera i sprawdzenia wyszły również na jego osobę.
- Ten konstruktor? On nie stanowi wielkiego zagrożenia. Argentyna nie posiada fabryk ani inżynierów, mogących wyprodukować maszyny dorównujące naszym. Nie na darmo zdobyliśmy w Niemczech kilkanaście sprawnych egzemplarzy Messerschmitta Me - 262 „Schwalbe”. Kilka egzemplarzy rozłożyliśmy na części, na pozostałych wykonaliśmy wiele lotów testowych. Oni po paru latach coś tu oczywiście zbudują, ale w tym czasie nasze maszyny będą już o generację lepsze.
17.06.1946 - Argentyna, Buenos Aires, siedziba firmy „Morano”.
Tym razem Henryk nie musiał już ukrywać swojego spotkania. Było przecież oficjalne i w związku z zakresem przydzielonych mu zadań. Zajechawszy więc na miejsce wyciągnął portfel, wyjął odpowiednią kwotę i wysłał Waltza oraz Rosenberga na dobry obiad w restauracji po drugiej stronie ulicy. Zdał relację Orawie i McFarlandowi, oraz poinformował o przybyciu Rudolfa Wirtha.
- Wiec dotarł tu już pięć dni temu?
- Tak. Większej wartości naukowej nie przedstawia, ale to fanatyk i donosiciel. Taką przynajmniej opinię miał w Berlinie.
- Na ciebie też donosił?
- Trudno powiedzieć. Miałem z nim kilka scysji, w tym jedną poważną, ale jakoś się to na mnie nie odbiło. A przynajmniej nic o tym nie wiadomo.
- Trzeba więc będzie szybko zebrać, co tylko się da o panu Wirthcie - Orawa nie miał cienia wątpliwości. - Na jakich papierach on tu funkcjonuje?
- Nie mam pojęcia na jakich przyjechał, ale tu Bormann załatwił mu dokumenty na nazwisko Edmundo Morales. Tak jak i ja, rzekomo obywatel argentyński.
- No to przyjrzymy się temu panu. Mamy bieżący kontakt z generałem i poprosimy go, aby spowodował odpowiednie poszukiwania w naszych zasobach. A co z tego wyjdzie, zobaczymy…
28.06.1946, południe - Argentyna, Buenos Aires, lokal konspiracyjny Wywiadu Armii USA.
Wiadomość o jego przyjeździe i konieczności stawienia się na określoną godzinę przyszła już wczoraj. Oczywiście bez żadnych szczegółów, ale rzecz była niecodzienna i przez skórę czuli, że wydarzyło się coś nadzwyczajnego. Toteż, gdy kilka minut po dwunastej ujrzeli w drzwiach sylwetkę Browna, obaj zerwali się na równe nogi.
- Siadajcie panowie! Whisky! - Brown tym razem nie bawił się w formalne powitania.
- Czyli stało się coś złego - McFarland nie owijał w bawełnę.
- Złego? Jak cholera! Wolałem nie ufać żadnym kanałom łączności, więc przyjechałem osobiście. Wiecie kim jest nasz nowy znajomy, doktor Rudolf Wirth vel Edmundo Morales, jakim to nazwiskiem będzie się tu posługiwał?
- Jak tak na pana patrzę, to sowieckim szpiegiem! - wypalił Orawa, nie siląc się na żadne konwenanse.
- A skąd pan wie?
- Nie wiem. Ale gdy tak patrzę na pana i dodam niespodziewany pański przyjazd, tylko to przychodzi mi do głowy.
- Trafił pan w dziesiątkę majorze.
- Co? - McFarland nadal nie mógł uwierzyć.
- To co powiedział major Orawa. Wirth jest sowieckim szpiegiem.
- A to pewne na sto procent?
- Niestety tak. Trochę trwało zanim dogrzebaliśmy się tego w archiwach, bo od 1938 roku nie było o nim żadnych nowych informacji.
- A co było wcześniej?
Komentarze
Prześlij komentarz